Czas na hit Premier League! Tym razem oba zespoły nie walczą o mistrzostwo, bo Liverpool traci aż 17 punktów do Arsenalu i trudno go poważnie traktować w kontekście tytułu, natomiast Manchester City ciągle ma jakąś tam malutką nadzieję. Goni, goni i goni… Jeżeli wygra, to będzie tracił sześć oczek do lidera, mając w perspektywie jeszcze bezpośredni mecz z Kanonierami. The Reds jednak ostatnio trochę się rozszaleli, wygrywając 6:0 z Karabachem i 4:1 z Newcastle. Kto będzie górą?
Zapraszamy na dość oryginalną zapowiedź meczu Liverpool – Manchester City. Jak w rzutach karnych – są to strzały wzajemnych pytań – Patryka Idasiaka do Wojciecha Pieli i odwrotnie. Oto 10 takich w ramach zapowiedzi hitu Premier League.
Piela: Czy będzie to ostatni ligowy mecz City z Liverpoolem dla Pepa Guardioli?
Idasiak: Też chciałbym to wiedzieć, Stefan. Guardiola specjalnie wdaje się w gierki z mediami. Cały czas jednak powtarza, że ma ważny kontrakt, który wygasa mu w 2027 roku. Wyobraźmy sobie jednak, że nagle wygrywa po raz kolejny Ligę Mistrzów. Mogłaby go na przykład już gdzieś w półfinale najść taka refleksja, że fajnie byłoby odejść na samym szczycie. Guardiola nie ma już tylu zwolenników, wielu kibiców otwarcie domaga się nowego spojrzenia na drużynę, zespół Pepa notorycznie przestaje grać w piłkę w drugich połowach, próbuje grać już trochę inaczej, ale oddawanie inicjatywy rywalowi kończy się nawałnicą i tzw. „sraczką”.
W przeszłości była to po prostu kontrola, teraz często jeden wielki chaos. Pepowi po prostu tu dobrze, przyzwyczaił się do życia, zna każdy kąt, ma na wiele rzeczy wpływ. Na pewno nie przyzna, że doszło do jakiegoś wypalenia. Kłopoty w życiu prywatnym musiały odcisnąć na nim piętno, bo nikt nie jest robotem. Należy mu się jednak ogromny szacunek i to on powinien zdecydować, kiedy chce odejść. Pamiętajmy, że mimo „tragicznego” poprzedniego sezonu i mnóstwa porażek – zajął trzecie miejsce w Premier League. No to ja chciałbym w swoim fatalnym sezonie zajmować trzecie miejsce. Zobacz, Tottenham i Manchester United też mieli fatalne sezony, ale skala tego była zupełnie inna.
Idasiak: Który letni transfer najmniej, a który najbardziej rozczarowuje w Liverpoolu?
Piela: Zdecydowanie muszę wskazać Hugo Ekitike. Nie chodzi tylko o ostatni dublet przeciwko Newcastle, ale równą formę na przestrzeni całych rozgrywek. Od 6 grudnia jest najlepszym strzelcem w całej Premier League i strzelił siedem goli w ostatnich siedmiu starciach. W lidze ma tylko jedno trafienie mniej niż Cody Gakpo, Mohamed Salah i Alexander Isak razem wzięci. Wydane na niego 82 miliony funtów mogły latem budzić zdziwienie, ale okazuje się, że była to przemyślana inwestycja. Francuz zadebiutował zresztą w tym sezonie także w reprezentacji i imponuje wszechstronnością. To nie jest typowy egzekutor, a również piłkarz, który umie cofnąć się po piłkę i przyspieszyć grę nieco bliżej środka boiska. Znakomicie prowadzi piłkę i jest mu trudno ją odebrać.

Hugo Ekitike pokonuje Mateusza Kochalskiego i strzela gola w meczu z Karabachem
Zdecydowanie mniej pozytywnych akcentów pojawia się natomiast wokół trójki: Alexander Isak, Jeremie Frimpong i Milos Kerkez. Za największe rozczarowanie trzeba by pewnie uznać Szweda, choć oczywiście dajmy mu czas. Na razie jednak Isakowi głównie wypomina się rekordowe 125 milionów funtów zapłacone za niego Newcastle United po długich letnich przepychankach. Złamał nogę i od kilku tygodni pozostaje poza grą, ale zanim doszło do urazu w meczu z Tottenhamem, miał na swoim koncie tylko dwa gole. Frimpong również zmaga się z różnymi urazami i zabraknie go w niedzielnym starciu. Nadal ani on, ani Kerkez nie nawiązują do formy Trenta Alexandra-Arnolda oraz Andrew Robertsona z najlepszych lat. Brakuje im pewności w defensywie i zbyt łatwo przegrywają pojedynki. Ich kiepskie wprowadzenie w nowe realia zdecydowanie stanowi jeden z głównych powodów dopiero szóstego miejsca Liverpoolu w tabeli.
Piela: Dlaczego Erling Haaland strzelił w tym roku tyle samo goli co Antonio Colak?
Idasiak: Bo marnuje je na potęgę. Z Tottenhamem? Ładnie wygrał pozycję i posłał nieudanego loba. Z Newcastle w Pucharze Ligi dwa razy zatrzymał go Ramsdale. Kurczę, nawet jak się cofniemy do tego nieszczęsnego Bodo/Glimt, to nie trafił tam w piłkę z trzech metrów, a mógł podłączyć zespół do prądu. Rywale dobrze go odcinają, że nie ma wielu tych sytuacji i np. kompletnie nie istnieje – jak w derbach Manchesteru, a kiedy już się trafi jakaś szansa, to po prostu pudłuje. Zwróćmy jednak uwagę do jakiego kosmicznego poziomu nas przyzwyczaił. U niego każde trzy, cztery mecze bez trafienia będą wypominane. Ale teraz to jednak tylko jeden gol z gry w tym roku, a było 1o meczów. Nawet jak wszyscy strzelali z Exeter City i padło 10 bramek, to Haaland przez 45 minut nie trafił.
Idasiak: Czym Arne Slot irytuje kibiców Liverpoolu?
Piela: – Cieszymy się, że bezpośrednio awansowaliśmy do 1/8 finału, zwłaszcza że jeszcze dwa lata temu graliśmy w Lidze Europy i odpadliśmy w ćwierćfinale z Atalantą – to słowa Arne Slota bezpośrednio po spotkaniu z Karabachem Agdam, w którym Liverpool efektownie wygrał 6:0 i zapewnił sobie 3. miejsce w fazie ligowej Ligi Mistrzów. Takimi wypowiedziami chyba bardziej wzbudza podwyższone ciśnienie u niektórych fanów niż niektórymi decyzjami boiskowymi. Zwłaszcza, że to nie jedyny taki przypadek. Oto inny:
– To dla mnie zaskakujące słyszeć, że ludzie we mnie nie wierzą, skoro zdobyłem mistrzostwo w klubie, który wygrał je dwa razy w ciągu ostatnich trzydziestu lat – to jego kolejne słowa z jednego z wywiadów w styczniu. Niektórzy fani byli nieco skonsternowani, a w sieci pojawiły się komentarze: „Kiedyś wypominali nam to fani Manchesteru United, teraz robi to nasz własny trener”.
How is this actually a real quote https://t.co/6qfiB2BAav pic.twitter.com/QrF0NyMZL2
— Bradley (@BradleyLFC24v3) January 28, 2026
Zaskoczenie może potęgować fakt, że chwilę po zdobyciu tytułu, w maju, podczas świętowania, Slot zwracał uwagę, że to drugie mistrzostwo w ostatnich pięciu latach. Wychodzi na to, iż narrację szkoleniowiec Liverpoolu lubi dopasować sobie do aktualnego nastroju i swojej pozycji w klubie. Ta nie jest w tym sezonie zbyt mocna – tym bardziej, że cień na Anfield cały czas rzuca Xabi Alonso, który z pewnością coraz bardziej intensywnie będzie rozglądał się za nowym zajęciem po zwolnieniu z Realu Madryt.
Slot utrzymuje się jednak w siodle dalej, choć niektórych kibiców mocno zastanawia również jego nadmierne zaufanie względem Cody’ego Gakpo. Rodak szkoleniowca Liverpoolu bywa na boisku chaotyczny i często niweczy wysiłek kolegów. Sporo było głosów domagających się częstszego wystawiania Federico Chiesy. Wątpliwości dotyczące atmosfery w zespole budzą natomiast zimowe pogłoski o odejściach zżytych ze środowiskiem graczy, takich jak Andrew Robertson czy Curtis Jones. To wszystko tworzy obraz Slota, który po zdobyciu mistrzostwa w tym sezonie nieco się pogubił.
Piela: Czy kibic Liverpoolu powinien zazdrościć Marca Guehiego?
Idasiak: Absolutnie tak. Pewnie będzie go zazdrościć przez wiele lat. Chyba, że wykopie kogoś takiego, kto stanie się następcą Virgila van Dijka. Guehi miałby taki potencjał, bo jest przede wszystkim sprawdzony w Premier League. Nikt już nie będzie się dziwił, że obrońca Crystal Palace gra w podstawowym składzie reprezentacji Anglii, bo wykonał ten kolejny krok w karierze. No i najważniejsze – przez pięć sezonów gra niemal non stop. Jak spojrzysz na jego ligowe minuty, to trzy razy przekroczył 3000, a maks to przecież 3420. W tym też pewnie przekroczy, bo w Crystal Palace był mocno eksploatowany. Jeszcze teraz zajmuje tam drugą pozycję pod względem rozegranych minut w drużynie.
Biorąc pod uwagę liche zdrowie Johna Stonesa, często wypadających z gry Rubena Diasa i Nathana Ake – jest to naprawdę rewelacyjna opcja na bycie tym środkowym obrońcą numer jeden. I ma dopiero 26 lat, więc jeszcze 6-7 na wysokim poziomie śmiało pogra. A Liverpool kogo ma na środku obrony? Pragnącego uciec Konate, 35-letniego już van Dijka i wiecznego rezerwowego Joe Gomeza, którego nigdy nie byłem fanem. Wiadomo, rewelacyjny potencjał ma kupiony Jeremy Jaquet, ale to jednak 20-latek, który musi się jeszcze otrzaskać w Premier League.
Idasiak: Który Liverpool jest bliższy prawdy – ten z Bournemouth czy z Newcastle?
Piela: To trudne pytanie, bo właśnie rozchwianie poziomów w tym sezonie stanowi klucz do niezadowalającej pozycji w tabeli. Do tej pory polegał on po prostu na tym, że w Premier League Liverpool zawodził, a niepowodzenia odbijał sobie w Lidze Mistrzów. Ostatnio jednak dotknął meczów w krótkim odstępie czasu tylko na krajowym podwórku. Najświeższe wspomnienie to jednak starcie ze Srokami i w nim fani The Reds upatrują nadziei na pokonanie Manchesteru City.
Liverpool był w stanie odwrócić losy meczu. Po 36. minutach przegrywał u siebie 0:1, a Newcastle w pełni kontrolowało wydarzenia na boisku. Gol Anthony’ego Gordona był efektem przewagi w posiadaniu piłki oraz dobrego pressingu. Gospodarze mieli kłopoty, aby w ogóle wyjść z własnej połowy i Alisson kilkukrotnie był zmuszony do interwencji.
Kiedyś za czasów Jurgena Kloppa to było domeną Liverpoolu, ale w obecnych rozgrywkach The Reds zdecydowanie nie przyzwyczaili do tego, że potrafią się z takich sytuacji podnosić. Znajomym obrazkiem stało się raczej tracenie goli w końcówkach, tak jak właśnie niedawno z Bournemouth, czy wcześniej z Chelsea, Crystal Palace i Fulham.
Przeciwko Newcastle podopieczni Slota atakowali jednak znacznie szybciej niż dotychczas, a ich wyjścia z własnej połowy były zabójcze dla defensywy ekipy Eddiego Howe’a. Liverpool wygrał 4:1 i mógł nawet wyżej, bo stworzył sobie aż 7 dogodnych okazji. Taki triumf był zarazem jego najwyższym w tym sezonie Premier League – ostatni raz tak wysoko wygrali w kwietniu zeszłego roku, gdy pokonali Tottenham 5:1, a po tym meczu świętowali 20. tytuł w historii.
Jedna jaskółka zazwyczaj wiosny nie czyni, ale mimo wszystko taki mecz w połączeniu z efektownym rozbiciem Karabachu oraz faktem, że Liverpool zagra z Manchesterem City u siebie wlewa nadzieję w serca fanów The Reds.
Piela: Co się dzieje z Philem Fodenem?
Idasiak: To samo, co w sezonie 2024/25. Znika, nie umie sobie znaleźć przestrzeni do gry i nie zasługuje na grę w pierwszym składzie. I tu nawet trudno go jakkolwiek bronić, bo często mówiło się: „A, bo on jest najlepszy na dziesiątce, nie może być wystawiany na skrzydle”. No i co? Teraz jest wystawiany i za plecami Haalanda, i bliżej prawej strony, i bliżej lewej strony, a jest po prostu bezużyteczny. Bernardo Silva nie robi liczb w ofensywie, ale jest bardzo pożyteczny w nękaniu przeciwnika, pressingu. Z Fodena niestety nie ma pożytku. W derbach Manchesteru – tak ważnych dla niego jako wychowanka – zjechał do bazy po 45 minutach, było to wyjątkowo dla niego bolesne. Licząc takie mecze, gdzie grał co najmniej pół godziny – jest to 12 z rzędu bez jakiejkolwiek liczby z przodu, to wręcz przerażające. Foden ostatnio dał coś drużynie w połowie grudnia.
Phil Foden has 0 G/A in his last 13 games pic.twitter.com/V56lqnyajq
— Stompey🇸🇪 (fan) (@stompey__) February 4, 2026
Najbardziej dziwne, że pojawił się w listopadzie wystrzał formy – dwa gole z Fulham, przede wszystkim ta bramka z Leeds United, która była dokładnie tym, czego się od Fodena oczekuje. Że indywidualną magią zrobi różnicę. Strzelił wtedy gola w doliczonym czasie. Był też dublet z BVB w Lidze Mistrzów, dobry impuls z ławki w meczu Anglików. Phil „November” Foden. Nagle rozbłysnął, ale się wypalił jak świeczka.
Idasiak: Czy Mohamed Salah już się skończył?
Piela: W takich przypadkach do głowy zawsze przychodzi słynny cytat Marka Twaina o tym, że pogłoski o jego śmierci są znacznie przesadzone. Salah już raz udowodnił swoją determinację oraz nieprzeciętne możliwości. Gdy zespół przejmował latem 2024 roku Arne Slot wydawało się, że czeka go tylko rok pracy z Egipcjaninem. Nie chodziło nawet o wygasający kontrakt, a gasnący blask legendarnego skrzydłowego. Salah już pod koniec kadencji Jurgena Kloppa często był cieniem samego siebie, dodatkowo wdając się w pyskówkę z niemieckim trenerem, gdy ten chciał go wprowadzić z ławki rezerwowych w meczu z West Hamem.
Holender znalazł jednak sposób na to, aby do niego dotrzeć i odrestaurował jego formę. 29 goli w poprzednim sezonie dały mu czwarty w karierze tytuł króla strzelców Premier League, a przede wszystkim doprowadziło Liverpool do mistrzostwa Anglii. Świetny występ potrafił zaliczyć choćby właśnie przeciwko Manchesterowi City na Anfield, gdy strzelił gola i zaliczył asystę. Liverpool wygrał 2:0, a Pep Guardiola pokazywał na palcach słynną „szóstkę” oznaczającą liczbę tytułów The Citizens. Hiszpan chciał w ten sposób uciszyć śpiewających o jego zwolnieniu fanów The Reds.

W tym sezonie sytuacja 33-latka po przedłużonym kontrakcie jest jednak znacznie trudniejsza. Apogeum obserwowaliśmy na początku grudnia, gdy po jego negatywnych wypowiedziach w kierunku Slota, Holender nie zabrał go na mecz Ligi Mistrzów z Interem Mediolan. Decyzja o posadzeniu Egipcjanina na ławce była uzasadniona, a po 16 meczach w tym sezonie ligowym ma na koncie tylko cztery gole i pięć asyst.
Salah coraz częściej irytuje nieudanymi dryblingami, prostymi stratami i niedokładnymi zagraniami. Nadal pokazuje oczywiście przebłyski wielkiej klasy, jak choćby przy golu z rzutu wolnego z Karabachem czy asyście do Wirtza przeciwko Newcastle, natomiast stanowi o wiele mniejsze zagrożenie dla drużyn przeciwnych niż kilka miesięcy temu. Grudniowy konflikt pomiędzy Slotem a Salahem został całkiem nieźle rozegrany medialnie i załagodzony przez holenderskiego menedżera. Nadal to wszystko wygląda jednak na rozwiązanie doraźne, a fani mają uzasadnione powody, aby zastanawiać się, czy nie trzeba szykować się na erę post-Salahową.
Piela: Co jest największym zagrożeniem ze strony City, kiedy Foden i Haaland zawodzą?
Idasiak: Zdecydowanie Rayan Cherki. Konsekwentnie pracuje na to, by zostać w klubie piłkarzem sezonu. Za chwilę będzie miał double-double, biorąc pod uwagę bramki i asysty we wszystkich rozgrywkach, a w samej Premier League pewnie osiągnie dwucyfrówkę asyst. Myślę, że to teraz najważniejszy piłkarz Manchesteru City, bo bez niego nie ma gry. Walnął już w okienko w Pucharze Ligi, przekładając gościa, jakby to było najłatwiejsze na świecie. Albo podał do Phila Fodena raboną. Albo przeciwko Brentford na małej przestrzeni przy linii wykiwał z pięciu zawodników i podał jeszcze do Haalanda podcinką (ten oczywiście zmarnował sytuację). Z Tottenhamem kiwnął jednego, posadził na tyłku drugiego i tylko genialne, instynktowne machnięcie ręką Vicario sprawiło, że nie było gola.
I ogólnie w każdym meczu ma takie zagrania, że mówisz po prostu „wow”. Nawet ostatnio wszedł raptem na 20 minut w półfinale Pucharu Ligi, a Erling Haaland okradł go ze spektakularnej asysty. Albo w środku pola zrobił tak, aż się Dan Burn uśmiał, a Chusanow złapał za głowę:
Cherki’s skill vs Newcastle and Khusanov’s reaction 😂
pic.twitter.com/EbqJOrNss0— Footy Humour (@FootyHumour) February 5, 2026
To taki gość, który podrywa cię z krzesła, gdy siedzisz na stadionie albo w domu przed telewizorem.
Idasiak: Kto jest obecnie światełkiem w tunelu dla Liverpoolu?
Piela: Dominik Szoboszlai. Wyrósł na przywódcę mentalnego tej ekip, często podnosząc ją w trudnych momentach. Strzelał bardzo ważne gole przeciwko Arsenalowi, Leeds United czy Interowi, a poza tym pomaga zespołowi tam, gdzie jest najbardziej potrzebny. Wiele wskazuje na to, że w niedzielne popołudnie zagra na prawej obronie wobec urazów Frimponga i Conora Bradleya. Nie jest to dla niego naturalna pozycja, ale radzi sobie tam całkiem nieźle.
Kibice utyskują jednak na jego brak w środku pola, bo kiedy tam się pojawia, może pokazać znacznie więcej swoich atutów, jak strzał z dystansu czy prostopadłe podania. Szoboszlai popełnia również zdecydowanie najmniej błędów spośród wszystkich graczy i poza wtopą w starciu Pucharu Anglii z Barnsley, gdy zgubił piłkę pod własną bramką przy golu Adama Phillipsa, jest dosyć pewną polisą ubezpieczeniową dla skołatanych nerwów fanów.
— s. (@lfcsavvy2) February 7, 2026
W ostatnich tygodniach z dosyć głębokiego snu budzi się jednak jeszcze jedna głośna postać, a więc Florian Wirtz. Latem The Reds zapłacili za niego Bayerowi Leverkusen ponad 100 milionów funtów, ale pierwszego gola w lidze strzelił dopiero 27 grudnia przeciwko Wolves. Od tamtej pory we wszystkich rozgrywkach zanotował jednak sześć trafień i dwie asysty stając się liderem ofensywnych poczynań Liverpoolu. Widać w jego zagraniach o wiele większą pewność siebie, lekkość w prowadzeniu piłki oraz nieszablonowość przy obsługiwaniu partnerów podaniami.
Mecz Liverpool – Manchester City już o 17:30.
CZYTAJ WIĘCEJ O ANGIELSKIEJ PIŁCE NA WESZŁO:
- Palmer, Palmer i Palmer. Pierwszy taki mecz Anglika od dawna
- Manchester United Carricka mknie jak TGV. Kolejna wygrana
- Piłkarze Premier League pogodzili się po awanturze
Fot. Newspix