Marek Papszun kontra Raków Częstochowa – takiego starcia jeszcze w Ekstraklasie nie oglądaliśmy. Byliśmy więc bardzo ciekawi, co przygotuje szkoleniowiec Legii Warszawa na konfrontację ze swoim byłym klubem. Czy obnaży i wykorzysta jakiś słaby punkt Medalików, o którym wie tylko on? A może wprowadzi niespodziewane zmiany w planie taktycznym Wojskowych, by wytrącić swoich starych znajomych spod Jasnej Góry z równowagi? Z dużej chmury spadł jednak koniec końców niewielki deszcz. Mecz Legii z Rakowem był bowiem w gruncie rzeczy bardzo przeciętny i zakończył się podziałem punktów, który nie może satysfakcjonować ani jednych, ani drugich.
Owszem, Legia dzięki remisowi wygrzebała się ze strefy spadkowej, ale ma przecież tyle samo punktów co szesnasta w tabeli Arka Gdynia. Natomiast Raków pod wodzą Łukasza Tomczyka nadal nie wygląda na zespół, który na poważnie włączy się w tym sezonie do walki o mistrzowski tytuł.
Legia – Raków. Szybki cios gości, kuriozalna „interwencja” Nsame
Spotkanie zaczęło się jednak obiecująco dla gości. Sześć minut – tyle czasu zajęło Rakowowi napoczęcie Legii.
Inna sprawa, że ekipa z Częstochowy miała w bramkowej akcji sporo szczęścia, ponieważ asystę przy trafieniu Lamine’a Diaby-Fadigi zaliczył… Jean-Pierre Nsame. Kuriozalny, podwórkowy błąd 32-letniego napastnika we własnej szesnastce. Chyba się Kameruńczyk jeszcze do końca nie przestawił z realiów treningowych na meczowe, chociaż takie nonszalanckie zagrania nawet podczas gierek wewnętrznych nie przystoją zawodnikowi o takim doświadczeniu.
GOL! Raków prowadzi w Warszawie! 🔥
Lamine Diaby-Fadiga otwiera wynik spotkania ⚽
📺 Oglądaj w CANAL+: https://t.co/ggj8f4RI2h pic.twitter.com/pqiCu2do3N
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) March 22, 2026
Tak czy owak, spotkanie rozpoczęło się dla przyjezdnych w sposób wymarzony. Trudno jednak stwierdzić, by Raków nakręcił się szybko zdobytą bramką i poszedł za ciosem. Częstochowianie nie radzili sobie zbyt dobrze z pressingiem Legii, mieli poważne problemy z utrzymywaniem się przy piłce. A zatem przed przerwą to Wojskowi przeważali, oddawali więcej strzałów. Tylko że były to głównie uderzenia z nieprzygotowanych pozycji. Sporo wrzutek posłanych przez gospodarzy w pole karne Medalików również nie miało większych szans powodzenia. Irytować fanów Legii mógł zwłaszcza Wahan Biczachczian – niby aktywny, niby przebojowy, ale jednak z jego szarż w końcowym rozrachunku wychodziło chyba więcej szkód niż pożytku. W kluczowych momentach zawsze podejmował niewłaściwe decyzje.
W ogóle cała pierwsza połowa stała na dość niskim poziomie.
Wiadomo, w porównaniu do starcia Widzewa z Górnikiem były to futbolowe decyzje, no ale w zestawieniu z tym paździerzem to każde spotkanie wypada co najmniej przyzwoicie. Prawda jest jednak taka, że w Warszawie oglądaliśmy mnóstwo szarpaniny w środku pola, prostych strat i przerw spowodowanych urazami. Zarówno tymi prawdziwymi (poturbowany Isak Brusberg musiał opuścić boisko w 28. minucie), jak i udawanymi (standardowa pajacerka bramkarza Rakowa na życzenie sztabu).
Nsame odkupił winy. Wyrównujący gol z jedenastu metrów
Czy po zmianie stron widowisko wzniosło się na wyższy poziom?
Cóż, na pewno Raków zaczął drugą połowę ze znacznie większym impetem i agresją w centralnym sektorze boiska. Zapału wystarczyło jednak gościom na jakieś pięć minut, a potem znowu oddali piłkę Legii i zaczęli się czaić na kontrataki. Tymczasem podopieczni Papszuna w grze pozycyjnej radzili sobie mniej więcej tak:
Rafał Augustyniak i jego kapitalne podanie do własnego piłkarza👌😂#LEGRCZ #Ekstraklasa pic.twitter.com/LpSW8mJkKv
— MsPL (@MsPL192114) March 22, 2026
Odpowiadając więc na postawione przed momentem pytanie: nie, po przerwie mecz wciąż był kiepski.
No ale jeśli pozwalasz przeciwnikowi na posłanie plus-minus tysiąca dośrodkowań w twoje pole karne – a takie podejście zaprezentował dziś Raków – to powinieneś liczyć się z tym, że w końcu po jednej z nich rywal zdoła narobić w twojej szesnastce smrodu. Choćby i przy odrobinie szczęścia. I tak też się stało w niedzielnym spotkaniu. W 70. minucie gry interweniujący Ariel Mosór zablokował ręką sytuacyjny strzał Nsame, a sędzia po konsultacji z VAR-em wskazał na jedenasty metr. Do piłki ustawionej na wapnie poszedł sam napastnik, który zrehabilitował się za błąd przy golu na 0:1 i wyrównał stan rywalizacji. A zaraz potem opuścił boisko.
NSAME Z KARNEGO! Mamy remis w Warszawie! 🔥
📺 Oglądaj w CANAL+: https://t.co/ggj8f4RI2h pic.twitter.com/ofztF2nFqp
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) March 22, 2026
Wychodzi więc na to, że Raków niczego się nie nauczył po ostatniej porażce z Fiorentiną. Znowu starał się bronić jednobramkowej zaliczki przy wykorzystaniu najprostszych możliwych metod i raz jeszcze został za swoje kunktatorstwo dotkliwie skarcony. Choć w niedzielę jako okoliczność łagodzącą można potraktować właśnie fakt, że gracze z Częstochowy mieli w nogach mecz pucharowy, w przeciwieństwie do optymalnie wypoczętej Legii.
Dali sobie po razie. Remis w starciu Legii z Rakowem
W końcowej fazie meczu goście mieli jeszcze swoje okazje, by odzyskać prowadzenie. Choćby Jonatan Braut Brunes huknął w słupek z szóstego metra. Ale summa summarum wynik 1:1 nieźle oddaje przebieg tego starcia. Żadna ze strony nie zrobiła wystarczająco wiele, by zgarnąć komplet punktów.
I żadna z ekip nie ma tak naprawdę po tym spotkaniu powodów do radości.
Widać to zresztą było po obliczach Marka Papszuna i Łukasza Tomczyka, którzy podziękowali sobie za rywalizację z marsowymi minami. Raków traci już sześć punktów do liderującego w Ekstraklasie Lecha Poznań, podczas gdy Wojskowi nie skorzystali z okazji, by odskoczyć od Widzewa Łódź i Arki Gdynia. Jasne, trenera warszawskiego zespołu może cieszyć kolejny mecz bez porażki w lidze, ale remisami nie sposób przyklepać utrzymania. A już zwłaszcza nie w tym zwariowanym sezonie.
Zmiany:
Legenda
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Zaskakujący motor napędowy Legii. „Bardzo mi imponuje”
- Legia bada mózgi. „Był piłkarz, który miał pamięć na poziomie U11”
- Legia planuje mecz gwiazd na 110-lecie klubu. „Też dostałem informację”
fot. NewsPix.pl