Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

LeBron James chce grać z synem. I może mieć dość Los Angeles

Kacper Marciniak

Autor:Kacper Marciniak

23 lutego 2022, 18:18 • 9 min czytania 6 komentarzy

– Mój ostatni sezon rozegram ze swoim synem. Gdziekolwiek będzie Bronny, tam będę ja. [..] Pieniądze nie grają roli – to wypowiedź LeBrona Jamesa sprzed paru dni. Koszykarz nie ukrywa już, że wcale nie musi zakończyć kariery w Los Angeles. Co więcej – mówi się, że z Lakers może odejść… nawet w tym roku. Czyli zanim Junior w ogóle będzie miał szansę trafić do NBA (najwcześniej w 2023). Przyszłość 37-letniej legendy basketu dawno nie była tak zagadkowa.

LeBron James chce grać z synem. I może mieć dość Los Angeles

Kiedy w 2018 roku LeBron James – po raz trzeci w karierze – zmieniał klub, wydawało się, że ma jasny plan. Przenieść się na ostatnie lata kariery do Hollywood, łącząc grę w jednym z najbardziej kultowych zespołów w NBA z byciem w idealnym miejscu do rozwijania swoich biznesów oraz działalności pozakoszykarskiej. I w ten sposób dopłynąć do “sportowego brzegu”.

Przez parę lat wszystko szło tak, jak można było się spodziewać. LeBron dołączył do Lakers, dalej błyszczał na parkiecie, doczekał się stworzenia mocnego zespołu, zdobył mistrzostwo, a w międzyczasie zagrał w sequelu “Kosmicznego Meczu”, dbał o rozwój swojej wytwórni filmowej SpringHill Entertaiment, a jako producent angażował się w różne twórczości serialowe oraz filmowe (“Naomi Osaka”, “Nazywam się Muhammed Ali”, “Strategia Życia. Trenerskie zasady”).

Ostatnio jednak coraz więcej źródeł zaczęło sugerować, że LeBron James nie tylko nie zakończy kariery jako “Jeziorowiec”, ale jeszcze w tym roku opuści Los Angeles.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Los Angeles jest nieposprzątane, a on sprzątać nie będzie?

Zacznijmy od powodu, dla którego James w ogóle miałby zdecydować się do zmiany barw klubowych. Czyli – delikatnie mówiąc – nienajlepszej formy Lakers. Mistrzowie NBA z 2020 roku mieli nieudany już poprzedni sezon – ale wtedy wiele można było zrzucić na kontuzje. Bo zarówno LeBron, jak i Anthony Davis opuścili sporo meczów. I ledwo co wyrobili się na play-offy. Trudno było zatem oczekiwać, że zajdą na szczyt.

Tegoroczne rozgrywki miały być jednak tymi, podczas których Lakers wrócą do ligowej czołówki. Przed sezonem wyżej – albo na podobnym poziomie – oceniano tylko potencjał Milwaukee Bucks oraz Brooklyn Nets.

Na ten moment Lakers nie są jednak tam, gdzie chcieliby być. Ba, mało powiedziane – z 58 rozegranych dotychczas meczów wygrali zaledwie 27. Mają zatem minusowy bilans i są na najlepszej drodze, żeby, po raz kolejny, bić się w fazie play-in, która wyłoni, jakie zespoły (z miejsc 7-10 w konferencji) zagrają w play-offach.

Słabe są jednak nie tylko wyniki, ale i atmosfera w drużynie. Po tym, jak Lakers na początku lutego otrzymali bęcki od Bucks (skończyło się 116:131, ale przegrywali nawet 24 punktami), LeBron powiedział, że jego ekipa nie jest na poziomie tej z Milwaukee. Żadne odkrycie – powiecie. Ale po chwili dodał, że prawdopodobnie już na ten poziom w tym sezonie nie wejdzie.

Pewnie są jeszcze kibice Lakers, którzy wierzą, że ich ulubieńcy wrócą na właściwe tory. Jak jednak ma do tego dojść, jeśli w magiczne odrodzenie nie wierzy raczej sam LeBron? Największe wzmocnienie, jakie poczynił jego klub (choć oczywiście, ktoś powie, że on sam miał w tym udział) w okresie letnim, czyli ściągniecie Russella Westbrooka, kompletnie nie wypaliło. Tymczasem inne atrakcje – znajdujące się poza Miastem Aniołów – mogą kusić go coraz mocniej.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Wszędzie dobrze, tylko nie u niego?

Nikt by w Los Angeles jednak nie bił na alarm, gdyby swoich trzech groszy (pomijając wypowiedź po meczu z Bucks) nie dołożył sam zainteresowany. LeBron James był niezwykle rozmowny i otwarty podczas minionego Weekendu Gwiazd w Cleveland. Przede wszystkim – na prawo i na lewo rozdawał komplementy. Kierowane w stronę innych zespołów, a bardziej – osób decyzyjnych w tych zespołach.

Kiedy otrzymał pytanie o 19-letniego Josha Giddeya, momentalnie wypowiedział się na temat Sama Prestiego, menadżera generalnego Oklahoma City Thunder, w którym ten zawodnik gra. – MVP jest tam Sam Presti. On jest MVP. To znaczy, Josh Giddey jest świetny. Ale Sam Presti, trudno mi zrozumieć, jakie ten gość ma oko do talentów. Wydraftował Duranta, Westbrooka, Greena, Ibakę, Jacksona, Giddeya. Lista robi się coraz dłuższa.

LeBronowi spodobała się też praca Koby’ego Altmana, odpowiednika Prestiego w Cleveland Cavaliers. – Myślę, że Koby oraz jego zespół zrobili nieprawdopodobną robotę, jeśli chodzi o draft i transfery. Mówię o Jarecie Allenie, to wzmocnienie było świetne. Oczywiście Darius Garland to wielki gracz. […] Nie zaskakuje mnie to, jak sobie obecnie dobrze radzą.

Amerykańskie media błyskawicznie zaczęły szukać podtekstów. To znaczy – według nich pochwały LeBrona miały być… uszczypliwością wymierzoną w Roba Pelinkę, który jest generalnym menadżerem Lakers. Inaczej mówiąc – James miałby rzucać aluzję, że jest niezadowolony w Los Angeles czy też niezadowolony z pracy, jaką wykonują pewne osoby.

Na dodatek LeBron wypowiedział się w sprawie ewentualnego powrotu do wspomnianych Cavaliers, w których grał w latach 2003-2010 oraz 2014-2018. – Drzwi nie są zamknięte. Nie mówię, że wracam i tam zagram. Nie wiem. Nie wiem, co kryje moja przyszłość. Nawet nie wiem, kiedy będę wolnym strzelcem.

W odpowiedzi na stworzone zamieszanie głos zabrał już Brian Windhorst, dziennikarz ESPN i autor książki “LeBron S.A.”, który przez lata uchodził za najlepsze źródło, jeśli chodzi o plany i samopoczucie słynnego koszykarza. I zaznaczył, że Lakers, o ile nie dokonają sporych wzmocnień, mogą być zmuszeni koszykarza do innej ekipy w nadchodzące lato. Bo co kluczowe dla całej sprawy – obecny kontrakt koszykarza obowiązuje do końca sezonu 2022/2023. Jeszcze w 2022 roku nie będzie mógł zatem sam podpisać umowy, z kim mu się widzi.

Informacje co do napiętych relacji na linii LeBron-Lakers podkreślają też inni reporterzy, jak Eric Pintus z Bleacher Report oraz Marc Stein z ESPN. Wszystko zaczyna zatem przypominać sytuację ze wczesnego 2018 roku, kiedy nieustannie słyszeliśmy, że LeBron – wtedy zawodnik Cleveland Cavaliers – wkrótce przeniesie się do Los Angeles. Teraz jednak jest szansa, że Los Angeles opuści.

Na starość robi się sentymentalny. Albo rodzinny?

Gdzie trafić mógłby LeBron? Oczywiście – mimo upływu lat – to wciąż koszykarz, którego w składzie chciałby każdy zespół w lidze. Nie każdy będzie jednak gotowy przejąć jego zarobki sięgające ponad 40 milionów dolarów na sezon 2022/2023. Jeśli jednak mamy bawić się w typowanie – oczywiste jest, że Jamesowi najbliżej do drużyn, w których już grał. Nie tylko Cavaliers, ale też Miami Heat – bo z miastem na Florydzie wcale nie rozstawał się w złej atmosferze. Co warte zaznaczenia – oba te zespoły radzą sobie świetnie w trwającym sezonie i mają sporo talentu w składzie.

Patrząc jednak na dłuższą perspektywę – LeBron będzie mógł zostać graczem… każdej ekipy w NBA. Byleby ta podpisała kontrakt z jego synem, LeBronem Jamesem Juniorem, zwanym “Bronny”. – Mój ostatni sezon rozegram ze swoim synem. Gdziekolwiek będzie Bronny, tam będę ja. Zrobię wszystko, co będzie trzeba, żeby spędzić jeden sezon ze swoim synem. Pieniądze nie grają roli – powiedział w czasie Weekendu Gwiazd LeBron.

To ważna deklaracja – jakby puszczenie oczka do menadżerów zespołów, że warto ściągnąć do siebie młodego LeBrona. Bo wtedy w pakiecie otrzymasz też starszego. Zadajmy sobie jednak ważne pytanie – jakie są szanse na to, żeby Bronny James w ogóle trafił do NBA? Otóż nie mówimy o niczym pewnym. Nie ma co ukrywać, że Bronny nie ma talentu na miarę ojca. Nie wydaje się graczem o olbrzymim potencjale. Ale do najlepszej ligi świata może trafić. Podkreślmy – może.

Rzut oka na branżowe strony – według ESPN syn LeBrona jest czterdziestym trzecim najlepszym talentem w swoim roczniku (2004, choć w rankingu znajdziemy też trochę zawodników urodzonych w 2005). A według 247sports – trzydziestym czwartym.

Co warte podkreślenia – do NBA Bronny będzie mógł trafić najwcześniej w 2023 roku – ze względu na limit wieku (trzeba mieć rocznikowo dziewiętnaście lat, żeby przystąpić do draftu). Sęk w tym, że obecnie niespełna 18-latek uczęszcza do przedostatniej klasy licealnej. Naturalna drogą byłoby zatem skończenie edukacji w szkole średniej, a potem pójście na rok do NCAA (liga akademicka) albo G-League (zaplecze NBA). I wtedy wychodziłoby, że Bronny przystąpiłby do draftu NBA w 2024 roku. Przepisy są jednak takie, że może ubiegać się o skończenie liceum w 2022 roku. A to pozwoliłoby mu “zaatakować” draft w 2023 roku. Wiemy, skomplikowane.

Sprawa może zmieniać się dynamicznie. Nawet jeśli obecnie Bronny nie jest aż tak ceniony przez ekspertów (choć wspomniane 34. i 43. miejsca w rankingach do tragicznych nie należą) i skautów, okres dobrej gry w liceum może wpłynąć pozytywnie na jego notowania. Szczególnie że to wciąż nastolatek – który rozwija się nie tylko pod względem umiejętności, ale fizycznie (jest znacznie niższy od ojca – mierzy około 190 cm). Może zatem przyspieszyć cały proces i rekrutować się do NBA wcześniej.

Choć jasne – to wszystko może pójść też w drugą stronę. Nawet jeśli w planach ojca Bronny prędzej czy później trafi do NBA, może się okazać, że to dla niego za wysokie progi. W końcu – dla przykładu – synowie Michaela Jordana kariery nie zrobili. Gdyby jednak Jamesowie faktycznie połączyli siły – byłaby to pierwsza taka sytuacja w historii najlepszej ligi świata! Jeszcze nigdy ojciec oraz syn nie grali jednocześnie w NBA. Co, biorąc pod uwagę wysoki poziom rozgrywek, raczej nie zaskakuje.

Możemy też popatrzeć na inne dyscypliny. W Major League Baseball w jednym zespole grali Ken Griffey Sr oraz Ken Griffey Jr. Miało to miejsce w 1990 roku – kiedy pierwszy miał 40 lat, a drugi 21 lat. Ich współpraca nie potrwała jednak długo – bo senior w 1991 roku zakończył karierę. W XXI wieku ich wyczyn powtórzyli inni bejsboliści – Tim Raines oraz Tim Raines Jr. Oni jednak też długo razem nie pograli – pierwszy w 2002 roku zakończył karierę, a drugi spędził w MLB łącznie niecałe trzy lata (2001 i 2003-2004).

W amerykańskiej lidzie hokeja – NHL – w jednym czasie i w jednym zespole grali natomiast legendarny Gordie Howe (miał wówczas… ponad 50 lat) oraz jego synowie Mark i Martie (sezon 1979/1980). Jeśli chodzi o piłkę nożną – popularny przykład to Rivaldo i jego syn Rivaldinho. Obaj grali w drugoligowym klubie w Brazylii – Mogi Mirim. W 2015 roku nawet… strzelili bramki w tym samym meczu. Możemy również wspomnieć o serbskich piłkarzach ręcznych – Zoran Đorđić był zawodnikiem HSG Wetzlar, wtedy kiedy jego syn Petar (lata 2008-2009).

To żadna tajemnica – zawsze, kiedy w historii profesjonalnego sportu, ojciec i syn łączyli siły, byliśmy świadkami czegoś wyjątkowego. Pozostaje zatem liczyć, że LeBronowi uda się spełnić swój cel. Niewykluczone jednak, że zanim jego syn trafi do NBA (o ile w ogóle to zrobi), jeden z najlepszych koszykarzy wszech czasów będzie grał w innym zespole niż Los Angeles Lakers. Odpowiedni ludzie, w różnych rejonach Stanów Zjednoczonych, już tworzą plan, jak przekonać Jamesa do swojego projektu.

Czytaj więcej o NBA:

Fot. Newspix.pl

Na Weszło chętnie przedstawia postacie, które jeszcze nie są na topie, ale wkrótce będą. Lubi też przeprowadzać wywiady, byle ciekawe - i dla czytelnika, i dla niego. Nie chodzi spać przed północą jak Cristiano czy LeBron, ale wciąż utrzymuje, że jego zajawką jest zdrowy styl życia. Za dzieciaka grywał najpierw w piłkę, a potem w kosza. Nieco lepiej radził sobie w tej drugiej dyscyplinie, ale podobno i tak zawsze chciał być dziennikarzem. A jaką jest osobą? Momentami nawet zbyt energiczną.

Rozwiń

Najnowsze

Niemcy

Jak trwoga, to do Harry’ego Kane’a. Anglik znów dodaje otuchy Bayernowi

Patryk Fabisiak
0
Jak trwoga, to do Harry’ego Kane’a. Anglik znów dodaje otuchy Bayernowi
Anglia

Ten Hag po porażce z Fulham: Trzeba patrzeć na szerszą perspektywę, ta jest bardzo dobra

Piotr Rzepecki
1
Ten Hag po porażce z Fulham: Trzeba patrzeć na szerszą perspektywę, ta jest bardzo dobra

Inne sporty

Komentarze

6 komentarzy

Loading...