Nie udało się Damianowi Żurkowi, choć próbował dwa razy i w obu przypadkach był o krok od medalu. Ale w łyżwiarskich sprintach mieliśmy jeszcze jednego asa w rękawie – Kaję Ziomek-Nogal. Polka była jedną z głównych faworytek rywalizacji na 500 metrów… choć raczej mało kto oczekiwał od niej złota. Ale podium? Jak najbardziej. Nauczeni jednak doświadczeniami z rywalizacji panów, postanowiliśmy po prostu czekać. Z szybko bijącym sercem i zaciśniętymi kciukami. I niestety, znów okazało się, że kciuki nie wystarczyły. Kaja skończyła bez medalu.
Kaja Ziomek-Nogal bez medalu. Dwanaście setnych sekundy do podium
Femke Kok. Po niej jej rodaczka – Jutta Leerdam. Czyli dwie medalistki rywalizacji na 1000 metrów, przy czym złota była druga z nich, a pierwsza zgarnęła srebro. Obie pojechały tam genialnie. Holenderki były dwoma faworytkami dzisiejszego wyścigu. Tą trzecią, za ich plecami, była Kaja Ziomek-Nogal. Polska panczenistka była więc w pewnym sensie w takiej sytuacji jak wspomniany Żurek, który też był faworytem numer trzy. Jemu się nie udało.
Ale w Kaję nadal wierzyliśmy.
Ziomek-Nogal w ostatnich latach sporo przeżyła. Na igrzyskach w Pekinie jej się nie powiodło, a liczyła na więcej. Potem zaszła w ciążę. Planowaną, wymyśliła sobie, że jeśli dziecko, to po igrzyskach. Jej mama, Monika, mówiła Kubie Radomskiemu:
– To był misternie uknuty plan. Kaja i jej mąż są mistrzami logistyki. – A trener klubowy Kai Ziomek-Nogal, Piotr Wawnikiewicz, dodawał: – Po igrzyskach zauważyłem, że łyżwiarstwo szybkie przestało ją bawić. Ona tę przerwę dokładnie zaplanowała. Wszystko w tej decyzji było przemyślane.
CZYTAJ: KAJA ZIOMEK-NOGAL. WYPALENIE, MACIERZYŃSTWO I GRA W BERKA
Faktycznie, Kaja sama wielokrotnie mówiła, że przez igrzyska przeszła siłą rozpędu i zmuszania się do treningów i rywalizacji. Potem była ciąża, narodziny córeczki i macierzyństwo. Ten chwilowy rozwód z łyżwami udowodnił jej jednak, że nadal je kocha. Gdy wróciła, do niczego nie musiała się zmuszać. Cieszyła ją każda chwila na lodzie, każda chwila treningów. Owszem, musiała godzić to z rolą matki, ale wspierał ją mąż – Artur, były łyżwiarz – a do tego ona sama zmieniła nastawienie, mówiła, że na treningach teraz daje z siebie wszystko, bo wie, że tego czasu wcale nie ma tak dużo.
I to zaczęło przynosić efekty.
Standard? Szybki
Kaja nie bez powodu była jedną z głównych faworytek. Świetnie jeździła w tym sezonie Pucharu Świata. Może nie wygrywała, ale na 500 metrów regularnie była na podium. Jest druga w klasyfikacji PŚ na tym dystansie. I dużo bardziej doświadczona, podkreślała to. Przed Pekinem nie za bardzo wyszły jej przygotowania, teraz wszystko miało być idealnie – taki był plan.
Zanim jednak na lodzie pojawiła się Kaja, to pojechały jej dwie koleżanki – Andżelika Wójcik i Martyna Baran. Obie miały podstawy by wierzyć w dobre miejsca.
I obu nie wyszło.
Andżelika z czasem 37,91 s była o jakieś pół sekundy za wolna, by walczyć o wysokie lokaty. Martyna – co do niej mieliśmy mniejsze oczekiwania – wykręciła 38,15 s. W tym samym czasie najlepsze łyżwiarki podkręcały tempo. Po 12 parach – tuż przed startem Kai – standard ustaliła Jutta Leerdam czasem 37,15 s. To już było całkiem blisko rekordu olimpijskiego. Za nią nieźle poradziły sobie też Miho Takagi (37,27) oraz Serena Pergher (37,30). Żeby jednak mieć medal – najpewniej trzeba było wyprzedzić obie.
Bo w ostatniej parze miały biec Erin Jackson (obrończyni tytułu, ale po przejściach) oraz Femke Kok, wielka faworytka.
Światowa czołówka, ale… zbyt szeroka
Kaja Ziomek-Nogal skończyła jednak niemal jak Damiana Żurek. Niemal, bo o dwa miejsca niżej. Ale też blisko podium – do Miho Takagi zabrakło jej finalnie 0,12 s. Taki jest jednak urok sprintów, taka jest ich specyfika. Wszystko rozstrzyga się na setnych częściach sekundy, jeden malutki błąd, minimalne opóźnienie startu, złe przyłożenie łyżwy – to wszystko się liczy.
I Kai jakichś szczegółów dziś zabrakło.
⛔ Nie będzie medalu Polek na 500 metrów.#HomeOfTheOlympics #MilanoCortina2026 #TeamPL pic.twitter.com/9KsLfxxRCL
— Eurosport Polska (@Eurosport_PL) February 15, 2026
Dosłownie szczegółów. Detali. Przegrała podium tak naprawdę o kilka centymetrów. Ba, nawet do srebra nie miała daleko – 0,24 s. Jedynie wspomniana Femke Kok kompletnie odskoczyła wszystkim, pobijając w wielkim stylu rekord olimpijski. A poza tym – każda z pozostałych pięciu dziewczyn mogła śmiało wkraść się na podium. Wszystko zależało od wspomnianych detali i dyspozycji dnia.
Polce, niestety, się nie udało. Ale trudno jej cokolwiek tu zarzucić. To był dobry start, rywalki po prostu były lepsze. Tak to bywa.
Choć, przyznamy, bolą takie rozstrzygnięcia. Bo to już czwarty raz na tych igrzyskach, gdy jesteśmy blisko podium. Dodając oba występy Damiana Żurka, ten Kai Ziomek-Nogal i Maryny Gąsienicy Daniel z narciarstwa alpejskiego dojdziemy do wniosku, że od czterech dodatkowych medali potencjalnie dzieliło nas… 41 setnych sekundy.
Tak blisko, a tak daleko.
Fot. Newspix