Jaki pierwszy turniej, taki sezon? Sprawdzamy, jak jest u Świątek

Sebastian Warzecha

05 stycznia 2026, 16:32 • 10 min czytania 1

Rozpoczęła się już czwarta edycja United Cup. Przy tym czwarta, gdy w tym turnieju bierze udział Iga Świątek. Czy jednak z postawy Polki w tej imprezie można wyciągać głębsze wnioski dotyczące jej późniejszego sezonu? Na ile ekscytować się zwycięstwami lub zamartwiać porażkami Igi, a na ile powiedzieć sobie: „spokojnie, wszystko wyjaśni się później”? I co właściwie daje Idze występ w tym turnieju, a nie innych imprezach poprzedzających Australian Open?

Jaki pierwszy turniej, taki sezon? Sprawdzamy, jak jest u Świątek
Reklama

Iga Świątek i początek sezonu. Czy pierwszy turniej coś nam powie?

12-2. To bilans singlowych spotkań Igi w United Cup z poprzednich lat. Generalnie australijska impreza może się Polce kojarzyć pozytywnie… poza tym, że Polacy w dwóch ostatnich edycjach przegrali w finałach. A w 2024 roku – gdy grali z Niemcami – byli nawet o punkt od końcowego triumfu. Sama Świątek jednak niewiele może sobie zarzucić.

W pierwszej edycji United Cup wygrała trzy mecze – z Belindą Bencić, Martiną Trevisan i Julią Putincewą. Pokonała ją dopiero (i to dość gładko, oddając cztery gemy) Jessica Pegula. W 2024 roku Iga była bezbłędna. Jej wyższość musiały uznać Beatriz Haddad Maia (ugrała trzy gemy), Sara Sorribes Tormo (też trzy), Qinwen Zheng (pięć), Caroline Garcia (osiem, wygrała nawet seta, ale dwa kolejne przegrała 1:6, 1:6) i Angelique Kerber (trzy).

Reklama

CZYTAJ TEŻ: CO ZA MECZ HURKACZA! ZVEREV AŻ ROZWALIŁ RAKIETĘ

Generalnie: Iga była w gazie.

W 2025 było inaczej. Wiadomo, to był pierwszy turniej nowego sezonu, a poprzedni rok zakończył się problemami pozatenisowymi – krótkim zawieszeniem za nieumyślny doping – i zmianą trenera. Tak więc na United Cup raczej patrzyliśmy na to, jak Iga chce grać, jaki ma plan na mecze i czy coś się zmieniło. I o ile mecz z Malene Helgo niewiele nam powiedział (Norweżka była wtedy 404. na świecie), o tyle spotkania z Katie Boulter i Jeleną Rybakiną – wygrane po ciężkich bojach – napawały optymizmem.

Ale potem przyszła stosunkowo łatwa – 4:6, 4:6 – porażka z Coco Gauff, gdy Iga może nie była bezradna, ale też nie wyglądała, jakby mogła Amerykance przesadnie zagrozić. I nagle nie do końca wiedzieliśmy, co o postawie Polki myśleć.

I tu pojawia się pytanie: na ile United Cup jest papierkiem lakmusowym dla reszty sezonu Polki? Czy po tym, jak gra na otwarcie sezonu da się w ogóle cokolwiek wnioskować? Przeanalizujmy to wszystko razem.

Nieco dalej w przeszłość

Warto cofnąć się jeszcze do lat 2021-2022. Nie dalej, bo rok 2019 to pierwszy Igi w pełni w seniorskim tenisie – nie ma co wyciągać z niego wniosków – a 2020 przez pandemię został przerwany i też niewiele nam powie. Natomiast te dwa kolejne lata, gdy Polka była już jedną z najlepszych zawodniczek na świecie, są interesujące.

Bo rok 2021 Iga zaczęła z problemami. W Gippsland Trophy – turnieju poprzedzającym Australian Open – już w drugim meczu pokonała ją Jekatierina Aleksandrowa. Na Australian Open pewnie przeszła przez pierwsze trzy rundy, ale też nie mierzyła się z przesadnie groźnymi rywalkami. Taka trafiła się w IV rundzie w osobie Simony Halep i to Rumunka – po trzysetowym starciu – okazała się lepsza. Ale potem Iga została jeszcze w Australii (terminarz przez COVID był nieco inny) i wygrała turniej w Adelajdzie, w pięciu meczach nie tracąc nawet seta.

A jaki był potem rok 2021?

No w sumie to taki jak początek sezonu. Mieszany. Świątek potrafiła zagrać świetnie, zdarzało jej się nawet w znakomitym stylu wygrać turniej w Rzymie, ale na ogół jednak brakowało jej stabilizacji, zbyt często trafiały się słabsze mecze, by myśleć o dominacji w świecie WTA. Rok kończyła w najlepszej „10” rankingu, ale w WTA Finals odpadła w grupie, z jedną wygraną na koncie, a wcześniej przytrafiły jej się bolesne porażki: z Marią Sakkari w Roland Garros czy Paulą Badosą na igrzyskach w Tokio.

Rok 2022 z kolei – z nowym trenerem, Tomaszem Wiktorowskim – Iga zaczęła w Adelajdzie i tam lepsza okazała się Ash Barty, która w dwóch setach wygrała swój półfinał. Podobny wynik zanotowała Iga w Australian Open, gdzie też dotarła do półfinału… choć nie było jej łatwo, bo i mecz z Soraną Cisteą, i epickie starcie z Kaią Kanepi były spotkaniami niezwykle wymagającymi. A w półfinale w dwóch setach lepsza od Igi okazała się Danielle Collins.

Wniosek mógłby być więc jeden: Iga się rozwija, ale jeszcze brakuje jej czegoś, by turnieje wygrywać. I raczej nie powinniśmy spodziewać się sezonu, gdzie będzie dominować.

Przypuszczenia jednak swoje, a rzeczywistość swoje. Polka bowiem – o czym wszyscy dobrze wiemy – sezon 2022 absolutnie rozniosła, nie pozostawiając żadnych wątpliwości co do tego, że jest najlepsza na świecie. Początek sezonu więc nieco nas „okłamał” i dość szybko okazało się, że Iga będzie jednak grać dużo lepiej, niż na start roku.

A jak to było już na United Cup?

W United Cup zawsze dobrze. A potem… różnie

Jeśli o występy Igi Świątek w United Cup chodzi, to – jako się rzekło – one same w sobie są albo dobre albo bardzo dobre. Przynajmniej wynikowo, bo jeśli o grę chodzi, no to raz bywało lepiej, raz gorzej. Wygrane jednak na ogół się zgadzały. A co było po nich?

No to weźmy rok 2023. Iga w United Cup gra cztery mecze, wygrywa trzy z nich, ogrywa ją potem Jessica Pegula. I ten ostatni mecz był zapowiedzią tego, co stało się w Australian Open, gdzie Polka w czwartej rundzie uległa w dwóch setach Jelenie Rybakinie. Z drugiej strony zaznaczyć trzeba, ze Kazaszka doszła wtedy do finału i grała świetny tenis, bo to zmienia nieco optykę na tamto spotkanie. Niemniej: Polka zagrała stosunkowo słabo.

Ale potem było lepiej. Wygrany turniej w Dosze. Finał w Dubaju. Triumf na mączce w Stuttgarcie i finał w Madrycie (lepsza była Aryna Sabalenka), a w końcu i w Roland Garros, broniąc tytułu. Iga wygrała też w Warszawie, a na finiszu sezonu zaliczyła świetną serię z triumfami w Pekinie i WTA Finals. Ostatecznie był to naprawdę udany sezon, w którym – choć na chwilę z tego miejsca spadła – udało jej się obronić pozycję liderki rankingu WTA.

Początek mógł zwiastować problemy, ale im dalej w las, tym było lepiej. Nawet jeśli po drodze zdarzały się wpadki – jak na US Open, gdzie przegrała w IV rundzie.

Rok 2024? Na United Cup to absolutnie najlepszy występ Igi. Pięć meczów, pięć wygranych, tylko jeden stracony set. A rywalki były mocne. Ich ranking to kolejno: 11., 53., 14. i 20. miejsce. Angelique Kerber, z którą grała w finale, w rankingu nie była klasyfikowana, bo miała przerwę związaną z urodzeniem dziecka. Ale równocześnie to była wielka mistrzyni, trzeba było doceniać. Tymczasem Iga oddała jej trzy gemy, a łącznie w całym turnieju straciła ich 21. Na 11 rozegranych setów, a więc mniej niż dwa na partię.

Fenomenalny wynik.

Tymczasem jej sezon już tak fenomenalny nie był. Jasne, zdarzały się wielkie wygrane, nawet sporo: znów najlepsza była w Dosze, potem wygrała Indian Wells i zaliczyła świetny okres na mączce – Madryt, Rzym i Roland Garros raz jeszcze padły jej łupem. 90 procent zawodniczek oddałoby rękę za takie wyniki, serio. Tyle że sezon oceniać trzeba jako raz, że w skali samej Igi, a dwa – jako całość. A drugiej połowie sezonu 2024 bliżej było poziomem gry do tego, co Iga zaprezentowała w Australian Open, gdzie odpadła w III rundzie. United Cup przełożyło się więc tylko na turnieje pierwszej części roku.

Druga była gorsza, a do tego doszły zmiany w sztabie i wspomniane problemy z zawieszeniem. To wszystko sprawiło, że Iga wpadła w mały (jak wówczas myśleliśmy) kryzys.

Niezłe przełożenie z kolei mieliśmy rok temu, gdy Iga, owszem, nieco w United Cup powygrywała, ale potem ograła ją Coco Gauff. A poza tym to sporo się w United Cup namęczyła, również w wygranych meczach. W Australian Open za to początkowo wszystko szło gładko, ale potem przyszedł półfinał. A tam był znakomity mecz z Madison Keys, tyle że przegrany. I to – na kilka kolejnych miesięcy – był najlepszy moment Igi. Bo im dalej w sezon, tym męczarni w jej grze było więcej i więcej, coraz rzadziej też po tych męczarniach wygrywała. United Cup stanowiło więc zapowiedź tego, że Świątek może być w ubiegłym roku trudniej grać z wieloma rywalkami – zwłaszcza tymi operującymi szybką, agresywną piłką.

Ale nie tylko z nimi. Bo finalnie, owszem, ogrywały ją Jelena Ostapenko czy Mirra Andriejewa, ale też na przykład Alexandra Eala.

Sezon Igi odmieniła, oczywiście, wygrana na Wimbledonie. I to w sumie to, co też widzieliśmy na United Cup – że jeśli Polka zbierała się w sobie, to potrafiła nadal grać na niebotycznym poziomie. Ale potrzebowała to poczuć, dojść do takiego stanu. A to nie zawsze jej się udawało. Wyszło na Wimbledonie, potem w Cincinnati i Seulu. Ale końcówka sezonu znów była fatalna, Świątek grała wówczas naprawdę kiepsko.

A więc: 2023 rok nie bardzo dał nam korelację na linii United Cup – reszta sezonu. 2024 zgadzał się tylko do połowy roku, ale nie w Australian Open. A 2025 w miarę się z tym, co obejrzeliśmy w United Cup pokrywał.

Jak będzie tym razem?

Męczarnie na start. Czy taki to będzie sezon?

– Skupiam się na własnym procesie. Obie te rzeczy są trudne do osiągnięcia. To niezwykle ambitne cele. Droga do nich jest długa. Na Wielkim Szlemie musisz grać świetnie przez dwa tygodnie, nie możesz mieć gorszego dnia, musisz być konsekwentny – mówiła Iga, gdy pytano ją o Australian Open. Pytano nie bez powodu, po wygranej na Wimbledonie tylko tego Szlema brakuje Idze do tego, by mieć w kolekcji wszystkie.

Polka odpowiadała, jak widać, ostrożnie. Ostrożnie też mówiła o odzyskaniu pozycji liderki rankingu. Twierdziła, że skupia się na sobie, a Aryna Sabalenka – aktualna numer jeden – jest znakomitą tenisistką, dlatego nie będzie łatwo tę jedynkę jej odebrać.

I powiedzmy sobie szczerze: jeśli Polka będzie grać tak jak dzisiaj, w starciu z Evą Lys, to będzie jeszcze trudniej.

O samym tym spotkaniu więcej przeczytacie w tym miejscu. W skrócie: Iga grała nerwowo, popełniała sporo niewymuszonych błędów, nie trzymała podania, miała problemy z agresywną grą rywalki. Czyli… właściwie wszystko to, co nie grało i w poprzednim sezonie. Jasne, to dopiero pierwszy mecz, sporo jeszcze przed Polką, ale nie było to optymistycznym sygnałem. Jednak – jak ustaliliśmy – może to znaczyć naprawdę niewiele.

Bo prawda o United Cup jest taka, że to idealna impreza na rozruch. Gra się reprezentacjami, nie indywidualnie. Jest weselej, nie ma aż takiej presji wyniku. Można pozwolić sobie na błędy, choć wiadomo, że one nadal frustrują. Ale nawet jeśli przegra się swój mecz, można mieć nadzieję, że wygra się całe spotkanie z inną reprezentacją. Iga w dodatku mówiła przed sezonem, że skupia się na poprawie techniki i tak naprawdę najbliższe tygodnie będą szlifowaniem tego, nad czym pracowała przez krótki okres przygotowawczy.

Sęk w tym, że Australian Open nie czeka, a wręcz przeciwnie – czyha właściwie za rogiem. Jeśli Polacy dojdą do finału United Cup, Świątek dostanie tydzień przygotowań, a potem trzeba będzie grać. I ta gra – by triumfować – będzie musiała z pewnością być dużo lepsza, niż dziś.

Miejmy jednak nadzieję, że na lepszą grę nie będziemy musieli czekać aż do Melbourne, a zobaczymy ją jeszcze w Sydney. I że napędzi ona Polkę na resztę sezonu, przy czym szczególnie na Australian Open, bo miłoby było podbić i tego szlema. Przy czym warto podkreślić, że po poprzednim sezonie wiemy, że Iga potrafi, niestety, zatracić się w narastającej spirali błędów. A teraz to ostatnie czego naszej zawodniczce potrzeba.

Innymi słowy: oby United Cup finalnie dał nam dobrą grę, dobre wyniki i okazał się pozytywnym prognostykiem. Iga potrzebuje teraz sygnałów świadczących o tym, że idzie do przodu (być może takim było samo to, że z Evą Lys finalnie, mimo problemów, wygrała, choć i rok temu akurat w United Cup trudne mecze wygrywała).

A i my chętnie je zobaczymy. Bo bez nich będzie można obawiać się powtórki sprzed roku. Czyli wielomiesięcznych męczarni – i dla nas, i (szczególnie) dla Igi.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Czytaj więcej o tenisie:

1 komentarz

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Anglia

Grał dla Śląska w wicemistrzowskim sezonie. Po 1,5 roku znalazł klub

Maciej Bartkowiak
3
Grał dla Śląska w wicemistrzowskim sezonie. Po 1,5 roku znalazł klub
Reklama

Polecane

Anglia

Grał dla Śląska w wicemistrzowskim sezonie. Po 1,5 roku znalazł klub

Maciej Bartkowiak
3
Grał dla Śląska w wicemistrzowskim sezonie. Po 1,5 roku znalazł klub
Reklama
Reklama