Był taki moment, kiedy Hubert Hurkacz nie tylko dobijał, ale znalazł się w najlepszej „10” świata. Wygrał kilka dużych turniejów, był w półfinale Wimbledonu. Jasne, bywały i spore zawody – głównie w turniejach wielkoszlemowych – ale ogółem jak na polskie warunki, Hurkacz grał w tenisa znakomicie. A potem przyszła kontuzja, zbyt szybki powrót, kolejne problemy. Teraz Hubert wraca na kort po ponad półrocznej przerwie. Czy będzie to powrót udany?
Hubert Hurkacz wraca. Co pokaże Polak?
Mogło to być pewnym zaskoczeniem, ale ostatecznie nie odczuliśmy aż tak nieobecności Hurkacza w światowej czołówce, bo w zeszłym sezonie znakomicie grać zaczął Kamil Majchrzak. I choć drugi z Polaków – a w rankingu ATP aktualnie pierwszy – nie wszedł tak wysoko (i pewnie nigdy nie wejdzie), jak to był Hubi, to jego wyniki i kolejne wygrane sprawiały nam sporo radości.
Prawda jest jednak taka, że Majchrzakowi brakuje warunków. Nie gra mocno, nie gra agresywnie, nie ma mocnego serwisu. Przez lata wszystko to rozwinął, to mu pomogło.
Ale jeśli chcemy mieć Polaka w światowej czołówce, to musi to być Hurkacz. Innego kandydata po prostu brak. A Hubi – jeśli wszystko pójdzie dobrze – ma jeszcze trochę lat grania przed sobą. W tym roku będzie obchodzić 29. urodziny, a dziś można być w czołówce dobrze po trzydziestce. Sęk w tym, że problemem naszego tenisisty jest kolano. A Hubert jest wysoki, do tego bazuje na wybieganiu, zwrotności.
Czy nadal więc będzie w stanie grać na najwyższym poziomie? Trudno stwierdzić. Najbliższe tygodnie sporo nam o tym powiedzą.
A na razie – przypomnijmy sobie, co tam u Huberta nie grało.
Najgorszy moment
To był Wimbledon, druga runda. Mecz z Arthurem Filsem i akcja przeciągnięta w dużej mierze na własne życzenie, bo Hubert powinien był ją skończyć wcześniej. Skończyła się, gdy Fils trafił w siatkę, ale po chwili okazało się, że za wygranie punktu Polak zapłacił urazem, który – choć wrócił jeszcze na moment na kort – zakończył dla niego tamte spotkanie.
A ostatecznie zdecydował też o tym, że Hurkacz nie pojechał na igrzyska olimpijskie.
Z tej perspektywy to był naprawdę najgorszy moment na taką kontuzję. Najgorszy, bo Hurkacz w Paryżu miał grać w trzech konkurencjach – singlu, deblu i mikście – a tak i w grze podwójnej, i w grze mieszanej nie mieliśmy przedstawicieli. Huberta zresztą za to (niesłusznie) krytykowano, ale to już zostawmy. Co istotne – ze względu na bliskość igrzysk i marzenia o występie na nich, polski tenisista podjął kilka decyzji, które potem się na nim odbiły.
Doktor Robert Śmigielski, ceniony ortopeda, jedna z osób, z którymi Hurkacz się konsultował, mówił wtedy Interii:
– Z tego, co ja pamiętam, były dwie opcje operacji. Rzeczywiście bardziej inwazyjna i mniej inwazyjna, ale w obu wersjach to były operacje. Jedna, mniej inwazyjna, miała być prostsza, ale z większym ryzykiem powstania problemów w kolanie. A druga, bardziej złożona, z mniejszym ryzykiem późniejszych problemów kolanowych. Czy oni wybrali jakąś opcję? Tego nie wiem. Z racji zagranicznego pobytu konsultowałem Huberta tylko zdalnie, mając pełny dostęp do badań, lecz sam go nie badałem. Od tego momentu już więcej się ze mną nie kontaktowali.
Śmigielski dodawał też, że nie nastawiałby się na start w Paryżu. Ale Hubert o nim myślał i próbował, stąd zakładać można było, że podjęto decyzje o mniej inwazyjnym zabiegu (artroskopii), który potem wymagał krótszej rehabilitacji. Zresztą doktor Bartłomiej Kacprzak, który przeprowadził zabieg, mówił portalowi Medonet:
– Hubert Hurkacz jest zdrowy. Do treningów wrócił w zasadzie bezpośrednio po zabiegu, dziś jest w pełnym trybie treningowym. Wraz ze swoim zespołem, przy wsparciu moim i współpracujących ze mną specjalistów, robi, co w jego mocy, by powrócić do motoryki sprzed urazu. Powtórzę: Hubert Hurkacz jest zdrowy. Przebyty zabieg w żaden sposób go nie ogranicza i nie stanowi przeszkody w treningach czy powrocie na kort. W obecnej sytuacji najważniejszy jest powrót do pełnej sprawności.
Szybko jednak okazało się, że o igrzyskach nie ma co marzyć. A i późniejsze miesiące nie wypadły najlepiej. Rok 2025 miał być jednak już w wykonaniu Huberta Hurkacza lepszy.
A wyszło zupełnie inaczej.
Stracony sezon
Początki były jednak dobre. Razem z Igą Świątek zagrał w finale United Cup. Nie wyszło mu Australian Open – odpadł w II rundzie – ale rozkręcił się nieco w kolejnej części sezonu. W Rotterdamie był w półfinale i rzucił prawdziwe wyzwanie Carlosowi Alcarazowi. Potem jednak trafił się uraz pleców, przez który nie zagrał w turnieju w Miami, ale po nim akurat nieźle się pozbierał: w Rzymie był w ćwierćfinale, w Genewie o mały włos nie wygrał trofeum. A byłby to triumf znaczący, bo w finale grał z Novakiem Djokoviciem.
Nie wyszło… i od tego momentu nie było już w sezonie Hurkacza nic pozytywnego. Nieudane Roland Garros, potem turniej s’Hertongenbosch, którym zakończył sezon. Wygrał mecz pierwszej rundy, na drugą nie wyszedł.
W końcu poinformował, że już w 2025 roku nie zagra.
– Chciałbym Wam bardzo podziękować za wszystkie wiadomości, wsparcie i dobre słowa, które od Was dostaję. To dla mnie ogromnie ważne i dodaje mnóstwo energii. Czuję się dobrze, wszystko idzie tak jak trzeba i wygląda naprawdę pozytywnie. Codziennie pracuję z moim Zespołem na siłowni, na korcie i z fizjoterapeutą. Jednocześnie wiem, że aby wrócić do gry w turniejach i rywalizować na najwyższym poziomie, muszę być przygotowany na 110%. Dlatego najlepszą decyzją jest start w kolejnym sezonie – w pełni gotowy do walki. Dziękuję, że jesteście ze mną i do zobaczenia już wkrótce na turniejach! – pisał w swoich social mediach.
Jeszcze przed Wimbledonem Hubert przeszedł kolejną operację. Z kolana usunięto mu wówczas przerośniętą błonę maziową. Wywoływała ona stany zapalne, przez nią zbierał się tam płyn i trudno było trenować oraz grać. Po zabiegu trzeba było się rehabilitować, a dopiero potem myśleć o powrocie na kort. Tę decyzję Huberta zresztą powszechnie chwalono, jego koledzy po fachu mówili, że w takiej sytuacji nie było sensu grać.

Hubert Hurkacz wróci na kort w United Cup, gdzie zagra w polskich barwach razem z Igą Świątek. W dwóch ostatnich edycjach ten duet docierał do finału. Czy uda im się znowu?
No i pewnie nie było. Sęk w tym, że to wszystko było jednak skutkiem decyzji podjętych wcześniej – o niekoniecznie właściwym zabiegu, zbyt szybkim powrocie. Hurkacz bardzo chciał, a może niekoniecznie powinien, po prostu. Później Interii mówił o tym co nieco Piotr Woźniacki, ojciec Caroline, który w Monako mieszka w tym samym budynku co Hubert, więc dość często się z polskim tenisistą widuje:
– Hubert płaci cenę między innymi dlatego, że chciał wystąpić na olimpiadzie. Po zabiegu, moim zdaniem, za szybko podjął rehabilitację, która była obciążeniem. I raz, że niestety i tak nie wystąpił, a ponadto pojawiły się konsekwencje, trwające do dzisiaj. Myślę, że teraz podjął mądrą decyzję, iż nie ma co się siłować i jeździć pod koniec sezonu na turnieje. […] Na pewno dzisiaj, z perspektywy czasu, podjęliby inne decyzje. Na sto procent. To logiczne. Ale oni byli w pełni świadomi i myśleli, że wówczas podejmując takie a nie inne decyzje, są one właściwe. Jemu przyświecał jeden cel: wystąpić i reprezentować Polskę na arenie olimpijskiej, zagrać tam z Igą Świątek w mikście i zdobyć medal. On do tego wszystkiego dążył, ale widzimy, jaka jest konsekwencja tych zdarzeń.
Konsekwencje faktycznie były spore. Ale teraz Hubert wraca. Zgodnie z zapowiedziami – w pełni sił, zdrowy i gotowy.
Czego więc oczekiwać po Hurkaczu na starcie 2026 roku?
Powrót, czyli czego się spodziewać
– Czuję się w pełnił sił, to najważniejsze. Dotarcie do tego etapu zajęło trochę czasu. Bardziej doceniam teraz możliwość rywalizacji. Zwłaszcza po takim czasie powrotu, próbach rozwiązania problemów – mówił Hurkacz na konferencji polskiej kadry przy okazji startu United Cup. Dodawał też, że cieszy się na myśl o tym, że pierwszy mecz sezonu rozegra z Alexandrem Zverevem, czyli światowym numerem trzy. Bo to duże wyzwanie na start i będzie mógł się sprawdzić.
Ta droga Huberta do tego, że w ogóle w United Cup gra faktycznie chwilę trwała. Od ostatniego meczu Polaka minęło już ponad pół roku… i dobrze. Bo dzięki temu Hurkacz może korzystać z zamrożonego rankingu. Nie pomoże mu to co prawda z rozstawieniami w Szlemie, ale zamiast przystępować do turniejów jako 73. tenisista świata (na tym miejscu jest aktualnie w rankingu ATP), będzie 47.
Co to zmieni? Możliwe, że w kilku turniejach – limit tych, w których może wystąpić z takim rankingiem, to dziesięć – nie będzie musiał przedzierać się przez kwalifikacje. W mniejszych imprezach być może załapie się dzięki temu na rozstawienie. Generalnie zwiększa się – nawet jeśli nieznacznie – szansa na dobre rezultaty.
Ale ostatecznie wszystko i tak będzie zależeć od gry Huberta i jego zdrowia.
Przygotowania ponoć przebiegły pomyślnie. Hurkacz spędził dużo czasy w Monte Carlo, gdzie mieszka. Początkowo – gdy musiał oszczędzać nogę – skupiono się na treningach siłowych (zresztą widać, że rozbudował mięśnie), potem przyszła kolej na rehabilitację kolana i pracę nad dolną połową ciała. Obudowano staw, zmniejszając ryzyko nawrotów urazów. Ponoć – jak w Przeglądzie Sportowym Onet mówił Przemysław Piotrowicz, trener przygotowania fizycznego Huberta – Polak nie stracił przy tym na zwrotności czy koordynacji.
W listopadzie Hubert w końcu wrócił na kort, później zagrał kilka sparingów. Piotrowicz mówił:
– Od początku widać było, że pamięć mięśniowa została, bo wszystko zaczęło bardzo szybko wracać. Zarówno fizycznie, jak i mentalnie Hubert czuje się dobrze, może stopniowo wchodzić w rytm rywalizacji. Już w grudniu graliśmy pełnowymiarowe treningi: po dwie-trzy godziny z zawodnikami na korcie. Biega znakomicie. Pracujemy na wysokich obciążeniach treningowych, kolano dobrze reaguje na wysiłek, bez sygnałów alarmowych. […] Było kilka piłek, do których Hubert poszedł wślizgiem, takim potężnym wykrokiem. I na prawą, i na lewą nogę. Ta piłka już praktycznie mu uciekała, ale on ją łapał, tak jak w swoich najlepszych meczach i dynamicznie wracał do wymiany. To była taka chwila, w której wszyscy pomyśleliśmy: jest naprawdę dobrze.

Hubert Hurkacz w czasie treningu przed United Cup. Jak widać – kolano pozwala się gimnastykować.
Wydaje się więc, że Hurkacz faktycznie został doprowadzony „do porządku”. Choć ostatecznym testem będą dopiero faktyczne mecze i to na twardych kortach, bardziej obciążających kolano. Jeśli w Sydney, a potem w Melbourne nogi będą spisywać się dobrze, to znaczy, że Hubert jest „uleczony”. I tak naprawdę to jest najważniejsze, wyniki na tym etapie sezonu będą drugoplanowe. Dopiero potem – po powrocie do Europy i na turniejach w USA – zaczniemy zwracać na nie baczniejszą uwagę.
A na razie: niech gra i daje z siebie wszystko, testuje tę nogę. Bo powroty po kontuzjach kolana w tenisie to trudna rzecz. Niektórzy już zawsze męczą się z konsekwencjami urazów, a inni potrafią niemal z miejsca powrócić na topowy poziom. Co ciekawe: obie te historie można przypisać Rogerowi Federerowi. W 2017 roku Szwajcar po zabiegu i półrocznej przerwie wygrał Australian Open. A ostatecznie – pięć lat później – to przez kolana zakończył karierę.
Hubertowi życzymy, by był bliżej tego pierwszego scenariusza. Nawet jeśli na jego skalę i możliwości. Zresztą ma ku temu atuty – choćby potężny serwis, który może mu bardzo pomóc oszczędzać nogę, jeśli będzie w stanie regularnie uzyskiwać nim przewagę. Ale czy tak będzie – zobaczymy w najbliższych tygodniach.
Mecz Hurkacza z Alexandrem Zverevem w poniedziałek około 7:30 polskiego czasu.
SEBASTIAN WARZECHA
Fot. Newspix
Czytaj więcej o tenisie na Weszło:
- 25 momentów polskiego sportu na ćwierćwiecze. Sporo Igi Świątek
- Bitwa płci? Nie, dziękuję. Tenis już ich nie potrzebuje
- Iga Świątek wraca na kort. Jakie mieć wobec niej oczekiwania?
- Gazprom wykłada kasę, gwiazdy lecą grać do Rosji
- Linda Klimovicova. Czeska tenisistka wybrała Polskę i już dla niej wygrywa