Hubert Hurkacz w wersji wielkoszlemowej. Słaby mecz Polaka

Sebastian Warzecha

22 stycznia 2026, 07:39 • 4 min czytania 0

Hubert Hurkacz w wersji wielkoszlemowej. Słaby mecz Polaka

Choć zachwycaliśmy się tym, jak Hubert Hurkacz grał w United Cup, to jednak już przy okazji zapowiedzi jego pierwszego meczu w Australian Open podkreślaliśmy, że w Wielkich Szlemach to często był inny zawodnik, prezentujący się znacznie gorzej. Była w nas jednak wiara, że może teraz – za sprawą Nicolasa Massu w roli trenera i zmiany nastawienia po kontuzji – będzie inaczej. Ziarno niepokoju zasiał jednak już pierwszy mecz, wygrany 3:1 z Zizou Bergsem. A drugi, z Ethanem Quinnem, okazał się ostatnim Polaka w turnieju.

Reklama

Hubert Hurkacz poza Australian Open. Zły mecz Polaka

Ethan Quinn gwiazdą tenisa (jeszcze?) nie jest. Amerykanin to aktualnie 80. zawodnik na świecie. Choć podkreślić trzeba, że w ostatnich sezonach młody – bo 21-letni – reprezentant USA ewidentnie idzie w górę. Na starcie 2022 roku był 454. na świecie. Przez kolejny rok podskoczył o 110 pozycji, z kolei na starcie 2024 roku był 202. Jeszcze w tym samym sezonie przebił setkę, dobijając do 70. pozycji na świecie. I od tamtego czasu dokonał czegoś, co wcale nie jest tak łatwe – w TOP 100 się zadomowił.

W Szlemach radził sobie nieźle, choć bez szału. W głównej drabince wystąpił przed tym Australian Open czterokrotnie – raz udało mu się do tej pory dojść do III rundy, na ubiegłorocznym French Open. Dziś walczył więc o to, by wyrównać wielkoszlemową życiówkę i drugi raz z rzędu miał się mierzyć z podobnym rywalem – wysokim, dobrze serwującym, generalnie zaliczanym do szerokiej światowej czołówki. W pierwszym meczu w trzech setach ograł bowiem Tallona Griekspoora.

Reklama

A w drugim – też bez straty partii – dołożył Hubertowi Hurkaczowi.

Bo chyba tak to należy określić. Owszem, nie był to mecz, w którym zabrakłoby walki, wręcz przeciwnie. Dwa pierwsze sety były bardzo wyrównane, rozstrzygały się w pojedynczych punktach. Tyle że za każdym jednym razem w tych najważniejszych, kluczowych momentach lepszy był Quinn. Hurkacz w całym spotkaniu miał osiem break pointów. Wiecie, ile wykorzystał? Okrągłe zero. Często ze swojej winy, bo kiedy dostawał od rywala szansę, to był pasywny, z rzadka próbował atakować.

A Amerykanin właśnie to robił. Ryzykował, szukał rozwiązań, aktywnie przechodził do ofensywy. Ta odwaga często była nagradzana. Trzeba podkreślić, oczywiście, że miał znakomity dzień. Co mogło mu wpaść w kort, to na ogół wpadało. Sprzyjało mu też to, że Hubi prezentował się słabiej niż zwykle – zresztą podobnie jak w pierwszej rundzie – jeśli idzie o serwis. Wiele pierwszych podań nie wpadało mu w karo, w efekcie trzeba było grać drugim serwisem i wdawać się w wymiany.

Hurkacz jednak i drugie podanie, i forehand, i backhand ma na poziomie, który powinien gwarantować mu punkty. A często łatwo je oddawał. W pierwszym secie zdecydowało to ostatecznie o stracie podania, której nie udało się odrobić. W drugiej – o porażce w tie-breaku, której nie powinien doznać (inna sprawa, że na milimetry uniknął wcześniej kolejnej straty serwisu, bo Quinnowi do trafienia returnu przy break poincie zabrakło właśnie kilku milimetrów). Gdy Hubi wyrzucił decydujący o wyniku gema forehand, złapał się za głowę.

I my też. Bo naprawdę był to tie-break wręcz podarowany rywalowi, który ciężko na punkty pracował, owszem, ale przy „normalnej” dyspozycji Hurkacza wielu z nich by nie otrzymał.

Ale to nie była normalna dyspozycja Polaka. To była jego wielkoszlemowa forma. Ta gorsza, wolniejsza, mniej precyzyjna. Taka, której wiele brakuje do optymalnego poziomu. Niestety, to schemat, który powtarza się – z drobnymi wyjątkami – od lat i trudno zrozumieć, z czego to wynika. Hurkacz grający do dwóch setów to często zupełnie „inna bestia” od Hurkacza w meczach do trzech partii. Jesteśmy przekonani, że gdyby ten sam mecz rozegrać w United Cup, Miami, Rotterdamie, a nawet na mączce w Rzymie czy Monte Carlo, Hubi by go wygrał.

W Melbourne przegrał. 0:3 w setach. I może zauważyliście, że nie wspomnieliśmy jeszcze ani słowem o ostatniej partii. A to dlatego, że nie ma o czym pisać, serio. Hurkacz był rozsypany, łatwo oddawał punkty, ugrał tylko jednego gema. Quinn z kolei poszedł po swoje.

I tak się to skończyło.

W turnieju singla w Melbourne została nam więc już tylko Magda Linette i, potencjalnie, Iga Świątek, bo ta mecz II rundy właśnie rozgrywa.

Hubert Hurkacz – Ethan Quinn 4:6, 6:7 (5), 1:6

Fot. Newspix

Czytaj więcej o tenisie na Weszło:

0 komentarzy

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Polecane

Reklama
Reklama