Za nami zimowe igrzyska olimpijskie w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo, podczas których działo się sporo, nie tylko jeśli chodzi o występy Polaków. Warto było cieszyć się tą imprezą. Tym bardziej, że Międzynarodowy Komitet Olimpijski, jak informuje dziennikarz Duncan Mackay, rozważa w kontekście kolejnych igrzysk radykalne zmiany: usunięcie bobslejów, kombinacji norweskiej, a także przyłączenie… siatkówki czy piłki ręcznej. Nie, to nie żart. A co zapamiętamy z włoskiej imprezy? Oto największe historie zakończonych igrzysk.
Największa sensacja, czyli Ilia Malinin i jego klęska
Wyobraźcie sobie Domena Prevca, który tak dominuje nad rywalami, że w ostatniej serii konkursu o mistrzostwo świata w lotach musi osiągnąć na mamucie ledwie 160 metrów, żeby zostać zwycięzcą. Ale nie daje rady: ląduje na 130. metrze i wylatuje z czołowej piątki. Łapalibyście się za głowy, prawda? Tymczasem coś podobnego wydarzyło się w programie dowolnym solistów w łyżwiarstwie figurowym. Faworyt był jeden, murowany: Ilia Malinin – genialny Amerykanin, syn łyżwiarki figurowej, który był niepokonany przez ponad dwa lata. Odniósł 14 zwycięstw z rzędu w zawodach i nikt nie spodziewał się, że w ogóle będzie miał tutaj godnego rywala.
Malinin prowadził po programie krótkim. W dowolnym prezentował się jako ostatni, mając świadomość, że rywale popełnili wiele błędów i w zasadzie żaden nie zawiesił wysoko poprzeczki. Tymczasem Malinin spalił się. Dwa razy upadł i zaprezentował się tak źle, że, choć wydawało się to niemożliwe, spadł na… ósme miejsce. A po złoto sięgnął reprezentant Kazachstanu Michaił Szajdorow, który atakował z szóstego miejsca.
Największy (- a) polski bohater (-ka), czyli Eliza Rucka-Michałek
Pewnie każdy z was spodziewał się tutaj Kacpra Tomasiaka, co byłoby wyborem logicznym i oczywistym, w końcu zgarnął dwa medale indywidualnie i jeszcze jeden w konkursie superduetów. Ale ja na równi z nim stawiam w tej kategorii Elizę Rucką-Michałek. Rany, ta historia! Przecież ona kończyła karierę, bo regularnie mdlała na trasie (!!!). Co za charakter! Próbowała sobie z tym poradzić, ale nic nie pomagało. Była pogodzona ze sportowym losem, urodziła dziecko. Uporała się jednak z zespołem wazowagalnym, który powodował omdlenia i wróciła przed tym sezonem do rywalizacji.
Kiedy zajęła szóste miejsce na jednym z etapów Tour de Ski, zaczęto dostrzegać jej bardzo duży potencjał. Ale nawet wtedy w tym tekście Jakub Cieślar, redaktor naczelny serwisu Skipol.pl, wypowiadał się, że w igrzyskach Elizę stać w biegu na 10 km łyżwą na jakieś 12., może 13. miejsce. W tej akurat konkurencji Polce poszło gorzej (była 27.), ale to, co zrobiła na 50 km klasykiem, ostatniego dnia igrzysk, to jakiś kosmos.
Każdy, kto biega na nartach albo ma jako takie pojęcie o sporcie, wie, jak morderczy to dystans. Rucka-Michałek startowała na nim pierwszy raz. Zastanawiała się w ogóle, czy się na to zdecydować. W pewnym momencie Polka miała dwie minuty straty do grupy walczącej o medal. Wtedy rozpoczęła swoją szarżę.
Przewaga błyskawicznie topniała, Polka biegła w tempie prowadzącej genialnej Szwedki Ebby Andersson i na ostatnim kółku sensacyjnie doszła do grupki, rywalizującej o brąz. Na więcej zabrakło sił, ale ósme miejsce, biorąc pod uwagę okoliczności, to wynik genialny. Mogliśmy śledzić z zapartym tchem, jak co chwilę odrabia część straty. Zagwarantowała nam niebywałe emocje.
Największy heroizm, czyli Jessica Diggins i cierpienie na trasie oraz na mecie
Tu też trzeba spojrzeć na kobiece biegi narciarskie. Amerykanka Jessica Diggins ma 34 lata i były to jej ostatnie igrzyska. Zawsze imponowała walką do końca. W swoim pierwszym starcie we Włoszech, w biegu łączonym, przewróciła się. Doznała urazu żeber, miała problemy z oddychaniem. Odpadła w ćwierćfinale sprintu. I nadszedł bieg na 10 km stylem dowolnym.
Na trasie było widać, że Diggins walczy ze sobą i potwornie cierpi. Jakimś cudem wywalczyła brąz, ale tuż za linią mety padła bezwładnie na ziemię i było widać, że jest z nią źle. Leżała długo, bardzo długo. Podbiegła do niej koleżanka z kadry, Hailey Swirbul, która później powie: – Pracowałam jako pielęgniarka i widziałam ludzi ze złamanymi kośćmi. To, co czuła Jessie, było porównywalne.
Diggins z kolei, gdy już się pozbierała, opowiadała o swoich ostatnich dniach: – Potrzebuję nowego ciała. Starałam się walczyć o każdą sekundę i dać z siebie wszystko. W nocy nie spałam, bo moje żebra trzeszczały i przemieszczały się. Ból spowodował, że na mecie nie wiedziałam zupełnie, na którym miejscu jestem. Szczerze mówiąc myślę, że jestem najszczęśliwszą brązową medalistką na świecie.
🥹 La última imagen de Jessie Diggins en unos JJOO
⛷️Diggins lo dio todo en su última prueba olímpica antes de retirarse. Acabó 5ª y desfondada
🫂 Nadja Kaelin, 3ª y con la que Diggins peleó el bronce, ayudó a Diggins retirándole los esquís y los guantes #JJOOInviernoRTVE pic.twitter.com/EbphPi5XyR
— Teledeporte (@teledeporte) February 22, 2026
Największy pechowiec (a przy okazji heros), czyli Joep Wennemars
Pewnie wielu z was oczekuje w tym miejscu Damiana Żurka. Pasowałby, w końcu zajął dwa czwarte miejsca, najpierw przegrywając brąz o 0,07 s na 1000 m, a później – o 0,09 s na 500 m. Tyle że w łyżwiarskim sprincie to wcale nie jest tyle, co nic. Polak walczył ambitnie, na 500 m nieco zaspał na starcie i przegrał medale sportowo – taka jest prawda. A w przypadku 1000 m mnie dużo bardziej przejął los Joepa Wennemarsa. Był po prostu jeszcze większym pechowcem.
Jesteś mistrzem świata z Hamar na tym dystansie. Synem legendy, Erbena Wennemarsa. Twój tata ogląda cię z trybun i bardzo przeżywa. Joep na 1000 m spisywał się fantastycznie, ale w pewnym momencie drogę zajechał mu Chińczyk. Holender musiał zwolnić, kompletnie stracił rytm. Trudno powiedzieć, ile stracił. Na pewno sporo. I tak dojechał piąty, co już było wielkim wyczynem. Gdyby nie rywal, skończyłby drugi albo trzeci.
Dzisiaj zawody te mają często mało wspólnego z fair play 👎
Tak przez holenderskiego rywala potraktowany został Joep Wennemars…
Holender dostał od organizatorów możliwość powtórzenia swojego biegu. I bardzo dobrze.#HomeOfTheOlympics #MilanoCortina2026 pic.twitter.com/puVF4Gdh4x
— Eurosport Polska (@Eurosport_PL) February 11, 2026
Wennemars był sfrustrowany i trudno się dziwić, bo przeciwnik zabrał mu marzenia. Według przepisów Holender mógł powtarzać swój bieg. Tym razem wystartować sam. Zdecydował się na to, choć każdy, kto ma pojęcie o zawodowym sporcie, wie, że była to mission impossible. To tak, jakby oczekiwać od Natalii Bukowieckiej, że dwa razy w ciągu 40 minut przebiegnie 400 m poniżej 50 sekund.
Piotr Michalski, któremu też przeszkodził rywal i też mógł powtarzać swój start, nie zdecydował się na to, tłumacząc, że byłby to występ niegodny reprezentanta Polski. Zrozumiałe podejście. A później oglądaliśmy Wennemarsa, który próbował oszukać prawa fizjologii. Ale nie oszukał, bo to po prostu nie mogło się udać. Holender spróbował, bo – tak się wydaje – odpuścić nie pozwolił mu honor. Myśl o ojcu. I ten tłum Holendrów na trybunach, dla których panczeny są jak dla Polaków siatkówka.
Największa rozpacz, czyli skialpinistka Iwona Januszyk
Każdy, kto zna Iwonę Januszyk i śledzi jej starty, wie, że jest na granicy pierwszej i drugiej dziesiątki na świecie. I każdy mógł mieć świadomość, że podczas eliminacji w sprincie coś było nie tak. Polka dobiegła do mety ostatnia w swoim biegu, ogółem była druga od końca. Już na mecie można było zauważyć, że przechodzi coś bliskiego atakowi histerii, paniki. Długo nie mogła pogodzić się z rzeczywistością. Powtarzała, że to nie jej wina.
Reporterowi TVP, Michałowi Chmielewskiemu, mówiła zapłakana: – Zaraz po starcie przykleiło mi się tyle śniegu pod fokę, że nie mogłam z tym nic zrobić. To wina złego serwisu. To było straszne. Najstraszniejszy dzień w mojej karierze. Poświęciłam tak wiele, by tu być. Tyle czasu, którego nie spędziłam ze swoim synem i teraz tego bardzo żałuję… Uważam dzisiaj, że nie było warto. Bo jedna rzecz, losowa, niezależna ode mnie, odebrała mi wszystko. Są tu moi rodzice, którzy zobaczyli, co zobaczyli. Są ludzie przed telewizorami, którzy też to zobaczyli. Jest mi bardzo wstyd.
„To najstraszniejszy dzień w mojej karierze” – stwierdziła 𝐈𝐰𝐨𝐧𝐚 𝐉𝐚𝐧𝐮𝐬𝐳𝐲𝐤 na mecie sprintu w skialpinizmie. Polka wskazała przyczynę kiepskiego startu… pic.twitter.com/ZGvoSGRtIc
— TVP SPORT (@sport_tvppl) February 19, 2026
Januszyk prawie wprost zarzuciła swoim serwismenom błąd, ci później się bronili. Ta wypowiedź, choć pewnie nadmiernie emocjonalna, pokazuje też jednak wielką ambicję. – Ja z tymi dziewczynami nigdy nie przegrywałam, a dzisiaj byłam najgorsza – dodawała Januszyk. Trochę inne podejście niż innej polskiej olimpijki, która przyleciała na te igrzyska ewidentnie bez formy, a w mixed zonie uśmiechała się i powtarzała, że jest z siebie dumna.
A sam skialpinizm? Świetnie, że pojawił się w programie igrzysk, choć sprinty nie wyglądały dobrze w obrazku telewizyjnym. Sztafeta mieszana (dziewiąte miejsce Polski) już trochę lepiej. Na pewno warto rozważyć wydłużenie konkurencji.
Największy temat pozasportowy, czyli hejtowana Pola Bełtowska
Pola Bełtowska ma 19 lat. Zajęła ostatnie miejsce w konkursie na normalnej skoczni, później wypadła źle w rywalizacji mikstów, a Polacy zajęli przedostatnie miejsce. Swój udział w igrzyskach zakończyła 41. pozycją na dużej skoczni. Już po drugim występie zaczęła opowiadać o olbrzymim i niezrozumiałym dla niej hejcie, który spada na nią w mediach społecznościowych, poprzez komentarze i wiadomości. Bardzo dobrze, że zwróciła na to uwagę. Dobrze, że media podchwyciły temat i pojawiały się m.in. teksty z wypowiedziami psychologów. Ale w pewnym momencie, ja przynajmniej, miałem już wrażenie przesytu.
Agresywne ataki i hejt, który dotknął polską skoczkinię Polę Bełtowską po jej nieudanych występach na igrzyskach, wywołały sprzeciw kibiców i dziennikarzy – wynika z analizy @IMMonitoring ⬇https://t.co/qflNPjsiDL
— Magazyn Press (@PressRedakcja) February 22, 2026
Przeczytałem tekst, w którym kolejne zawodniczki rywalizujące na skoczni ubolewały nad losem Polki. Rozumiem zamysł, ale z drugiej strony – co miały powiedzieć? Niektórzy jeszcze bardziej to nakręcali, opisując sytuację, w której Bełtowska otrzymała od wolontariuszy kwiaty.
Hejt to poważny problem, trzeba go nagłaśniać, ale mam wrażenie, że sprawa polskiej skoczkini w pewnym momencie zaczęła przechodzić w użalanie się nad losem jednostki, podczas gdy problem dotyka wielu sportowców. Bardzo podobała mi się wypowiedź Kamila Stocha, który powiedział: – Doszły do mnie słuchy, że coś się wydarzyło. Nie czuję się zobowiązany, żeby zabierać głos, ale takie rzeczy dotykają każdego z nas. Każdy z nas był w takiej sytuacji, w mniejszym lub większym stopniu spotkał się z falą krytyki. Raz jesteś wynoszony pod niebiosa, a raz skreślany. Tak to bywa, taka rola sportowca.
Idealny przykład tego, jak sporo powiedzieć, nie ujmując czegoś wprost.
Największa żenada, czyli zdjęcia Radosława Piesiewicza i ministra Jakuba Rutnickiego
Zdjęcia prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego Radosława Piesiewicza oraz ministra sportu, Jakuba Rutnickiego, z naszymi medalistami igrzysk, to w zasadzie temat na osobny tekst. A konkretnie wyścigi, kto pierwszy je sobie zrobi i najszybciej wrzuci fotkę w media społecznościowe. Zwłaszcza było to widać przy okazji konkursów skoków, w których błyszczał Kacper Tomasiak, a nie Tomasik, jak nazywał go szef PKOl. Minister Rutnicki nawet wparował na rodzinne zdjęcie Tomasiaków, żeby jak najszybciej mieć i swoją fotkę.
Flagę przekazałem Naszemu Wicemistrzowi Kacprowi Tomasiakowi. To był wielki zaszczyt przekazać najpiękniejszą 🇵🇱🇵🇱 Wszyscy jesteśmy bardzo dumni. Dziękujemy! 👏👏🇵🇱🇵🇱🇵🇱 pic.twitter.com/Jl4geWMe5D
— Kuba Rutnicki (@KubaRutnicki) February 9, 2026
Obaj panowie przed igrzyskami trochę do siebie „strzelali” w mediach. Później wydawało się, że atmosfera jest ciut lepsza, choć we Włoszech działali osobno, na swoje interesy. A te fotki? Trochę piaskownica…
Najlepszy komentarz, czyli Michał Korościel i Igor Błachut
W tej kategorii konkurencja była naprawdę spora. Przemysław Babiarz udowodnił po raz kolejny, że świetnie się go słucha, gdy relacjonuje łyżwiarstwo figurowe (podobnie jak lekkoatletykę czy pływanie).
Świetnie, spontanicznie, bieg na 50 km kobiet komentowali Kacper Merk i Justyna Kowalczyk-Tekieli. Gorzej słuchało się np. komentarza w narciarstwie alpejskim (momentami zakrzyczanego) czy w short-tracku, gdzie jedna z ekspertek przekonywała nas, że Polka, która właśnie upadła, fantastycznie walczyła, co niedawno nie było u niej częste. Cóż, dla mnie raczej świetnie walczyła Belgijka, która kilka minut wcześniej zdecydowała się na szarżę, nadrobiła okrążenie i awansowała do półfinału.
Bezkonkurencyjni byli jednak Michał Korościel i Igor Błachut, którzy kapitalnie skomentowali superduety. Jasne, wiadomo było już wcześniej, z zawodów Pucharu Świata, że panowie dają radę. Tutaj mieli jednak największą możliwą imprezę, rywalizację z szansą na polski medal, plus niezwykły scenariusz: zaskakująco dobrego Pawła Wąska, świetnego Kacpra Tomasiaka, wiatr, który zmienił kierunek, nagłą śnieżycę i jury, które zostało postawione w bardzo trudnej sytuacji. Powiedzieć, że Korościel i Błachut sobie poradzili, to jak stwierdzić, że Tomasiak był względnie przyzwoity na tych igrzyskach.

Michał Korościel
Najlepszy mecz, czyli Kanada – Czechy w hokeju na lodzie
Tu też kandydatur może być kilka. Na bardzo wysokim poziomie stał męski finał curlingu, w którym Kanada pokonała Brytyjczyków (jak ci drudzy mogli tak się dać ograć w dziewiątym endzie?). Mimo że w doliczonym czasie gry oglądaliśmy tylko dwie bramki i trzecią w dogrywce, świetnie patrzyło się na finał turnieju w hokeja, w którym USA triumfowało nad faworytami z Kanady, zdobywając pierwsze złoto po 46 latach, czyli po „cudzie na lodzie” w Lake Placid. Ale na pierwszy plan wysuwa się jednak chyba ćwierćfinał tego turnieju, w którym Kanadyjczycy pokonali Czechów.
Faworyt był jeden, zdecydowany, bo w fazie grupowej Kanada ograła naszych południowych sąsiadów aż 5:0. W ćwierćfinale powtórka i tym razem fantastyczny mecz, pełen sytuacji z obu stron. Mieliśmy kontrowersje sędziowskie (o nich w filmiku poniżej), sporo ostrej gry, m.in. Radko Gudasa, który powalił na lód Sidneya Crosby’ego i doprowadził do jego kontuzji. Świetnie grający Czesi prowadzili 3:2, ale Kanada wyrównała na trzy i pół minuty przed końcem.
Dogrywka była jazdą bez trzymanki – szanse z obu stron: Czech nie wykorzystuje doskonałej okazji, a kilkanaście sekund później Mitchell Marner zostaje niespodziewanym bohaterem, przeprowadzając akcję, której nikt się nie spodziewał. Złoty gol i po meczu.
𝐉𝐀𝐊 𝐃𝐎 𝐓𝐄𝐆𝐎 𝐃𝐎𝐒𝐙Ł𝐎⁉️
Czesi gola na 3:2 z Kanadą strzelili w momencie, gdy na tafli w ich drużynie znajdowało się 𝐒𝐈𝐄𝐃𝐌𝐈𝐔 zawodników 😮
Mecz zakończył się wygraną Kanady po dogrywce 4:3. Co by było, gdyby wynik był odwrotny?#MilanoCortina2026 pic.twitter.com/UzVQQHGig1
— Eurosport Polska (@Eurosport_PL) February 19, 2026
Nawiasem mówiąc, niezwykle widowiskowe są dogrywki w hokeju, gdy gra się trzech na trzech, do nagłej śmierci. Ale czy do końca sprawiedliwe? Czy nie jest trochę tak, że sport zespołowy staje się wtedy jednak za bardzo indywidualnym? Chyba jednak lepiej byłoby rywalizować czterech na czterech.
Największa samotność, czyli slalomista Atle Lie McGrath i jego spacer w stronę lasu
Atle Lie McGrath to Norweg. Był jednym z głównych kandydatów do złota w slalomie mężczyzn i po pierwszym, świetnym przejeździe prowadził. W drugim, choć wydawało się, że jedzie po złoto, w pewnym momencie popełnił błąd, zahaczył o tyczkę i wypadł z trasy. Marzenia legły w gruzach, ale takie historie się w igrzyskach zdarzają. Ciekawe było to, co stało się później.
Najpierw zobaczyliśmy obrazek: McGrath, który nie może uwierzyć w to, co właśnie się stało. Tuż nad nim trenerzy Austriaków i Szwajcarów, którzy cieszą się z medali swoich zawodników – złota i srebra. Dwa zupełnie różne stany emocjonalne. Po chwili McGrath zaczyna iść w poprzek stoku. Sam. W stronę lasu. W pewnym momencie, na jego skraju, siada na śniegu i ukrywa głowę w ramionach. Musi to wszystko przetrawić.
Mniej oczywisty przegląd wydarzeń z #MilanoCortina2026 – 16 lutego
Narciarstwo alpejskie/slalom. Załamany Atle Lie McGrath 🇳🇴wyrzucił kijki i zszedł z trasy, żeby w samotności przetrawić błąd w 2. przejeździe. Po pierwszym był liderem.🧵 1/12pic.twitter.com/kAeJVgWOvX
— Michał Banasiak (@BanasiakMich) February 16, 2026
– Myślałem, że odnajdę tam ciszę i spokój, ale tak się nie stało, bo znaleźli mnie dziennikarze i policjanci – powie później zawodnik, który tuż przed igrzyskami stracił dziadka i bardzo chciał zadedykować mu swój triumf.
Pięknie, w swoim stylu, opisał tę scenkę na swoim Facebooku dziennikarz Bartek Dobroch. Fragment:
„To jest teatr życia i malarstwo holenderskie w jednym (zwracam uwagę na twarze trenerów Szwajcara i Austriaka stojących z boku trasy, normalnie Hieronim Bosch gdzieś ze skraju obrazu Petera Brueghela) ze szczyptą kina Tarkowskiego i Herzoga, choć ostatni kadr malowany raczej na wzór Johna Ruskina i pisany wierszem Roberta Frosta („Ciągnie mnie w mroczną głąb tej kniei…”). Jedna z najpełniejszych w konteksty, najbardziej przejmujących scen w całej historii zimowego sportu”.
JAKUB RADOMSKI