Gdybyście spytali kogokolwiek przed igrzyskami, o naszą największą szansę medalową, to – o ile tylko się zna – powiedziałby: Damian Żurek. Czy to na 1000 metrów, czy na 500 – choć na tym drugim pewnie minimalnie bardziej – nasz łyżwiarski sprinter miał walczyć o podium. Ba, może nawet o złoto. Dziś wystartował na dłuższym dystansie… i do medalu zabrakło niespełna jednej dziesiątej sekundy. Był blisko, o krok. Ale jednak – tym razem – się nie udało.
Damian Żurek czwartym zawodnikiem igrzysk. Był o krok od medalu
Wiecie, to jest piękna historia, że taki gość w ogóle był kandydatem do medalu, bo łyżwom podporządkował swoje życie.
To tomaszowianin z urodzenia, od dziecka gdzieś przy torze – najpierw naturalnym, potem w hali – od dziecka zajawiony łyżwami. Miał w pewnym momencie do wyboru je albo piłkę, bo koledzy wołali na boisko. Ale wolał łyżwy. Ciężkie treningi, zimno, urazy, obtarcia, wymiotowanie z wysiłku. Nic go nie odstraszyło. I tak się rozwijał. Cztery lata temu jechał jeszcze do Pekinu, żeby się z olimpijskimi zmaganiami zaznajomić. Nikt nie liczył na jego sukces.
Tam w sprintach walczyć miał przede wszystkim Piotr Michalski. I faktycznie, dwa razy był blisko podium.
Damian był dalej, w tle. Ale zbierał doświadczenia. I z czasem jego talent wybuchł. A o tym, że ten talent ma, też było wiadomo od dawna. Wiesław Kmiecik, legendarny już w polskim łyżwiarstwie trener, mówił nam:
– Prowadziłem juniorów. 2017 rok, Damian jako junior młodszy wziął udział w prestiżowych zawodach Viking Race w Holandii, uznawanych za nieoficjalne mistrzostwa Europy młodych zawodników. I skubany wykręcił absolutny rekord imprezy. Do dziś pamiętam czas: 36,40 na 500 m. Trenerzy z innych państw byli w szoku. Jeden po drugim podjeżdżali i mi gratulowali tego chłopaka – wspominał Kmiecik. Trochę na wybuch tego talentu poczekaliśmy.
CZYTAJ: ŻUREK DA POLSCE MEDALE? „NIECH BĘDZIE NAJSZYBSZY NA ŚWIECIE”
Ale ostatnie lata to wielka forma Damiana. Gdyby nie to, że ma na swoim dystansie Jordana Stolza – wręcz dominatora – to pewnie byłby faworytem nawet do dwóch złotych medali. A tak po prostu był mocnym – bardzo mocnym – kandydatem do podium. Podstawy by w to wierzyć były naprawdę mocne. W tym sezonie Żurek dziewięć razy stał na podium Pucharu Świata. Na mistrzostwach Europy został podwójnym mistrzem.
Jedynym pytaniem pozostawało więc: czy forma na igrzyska została przygotowana odpowiednio? I liczyliśmy, naprawdę liczyliśmy, że odpowiedź brzmi: „tak, najlepiej, jak się dało”.
Jeden przeszarżował, drugi miał pecha
Zanim wystartować miał Damian – w ostatniej parze – to prezentowali się jego dwaj koledzy, czyli Marek Kania i Piotr Michalski. Obaj raczej specjaliści od pięćsetki, mniej uniwersalni od Żurka, ale liczyliśmy na ich dobre rezultaty. Kania jednak przeszarżował, zbyt mocno otworzył i na dystansie ostatecznie sporo stracił, zabrakło mu pary na ostatnie metry. Michalski z kolei jechał bardzo dobrze, ale… rywal zajechał mu tor jazdy przy zmianie torów.
Wiadomo, dla przeciwnika to dyskwalifikacja. Ale Piotrek stracił przez to tempo i jakiekolwiek nadzieje na dobre miejsce.
Niedługo potem to samo przeżył zresztą Joep Wennemars z Holandii, który… i tak został wtedy liderem. Ale szybko to miejsce stracił. A gdyby nie błąd rywala – którego zresztą wściekły Holender odepchnął i rzucił kilka gorzkich słów już po biegu – to pewnie walczyłby o medal, może nawet srebro (ostatecznie dostał prawo do powtórki biegu, jednak kwestia regeneracji odegrała rolę). I słuchajcie, będziemy szczerzy: stresowało nas to. Cholernie. Bo dostaliśmy dwa szybkie przypomnienia o tym, że nie wszystko na torze łyżwiarskim zależy tylko od formy zawodnika.
Pozostawało więc liczyć, że u Damian zepną się te dwa czynniki – forma i szczęście. A najlepiej jeszcze jakby do tego rywale nie pojechali zbyt szybko. I do 13. pary tempo faktycznie nie było zbyt okazałe. Chińczyk Zhongyan Ning – dotychczasowy lider – wykręcił 1:07.34. Niezły wynik, ale wiedzieliśmy już po innych konkurencjach, że da się na torze we Włoszech nawet bić rekordy olimpijskie, do którego Chińczykowi jeszcze nieco zabrakło. Jednak to dopiero w trzech następnych parach wszystko miało się rozstrzygać.
Było jednak inaczej.
W 13. parze ani Cooper McLeod z USA, ani Finn Sonnekalb z Niemiec nie ogarnęli tematu. Jednak w parze 14., przedostatniej, miał jechać Jordan Stolz. Fenomen, geniusz łyżew i sprintów, zaledwie 21-latek, a już utytułowany i rekordzista świata. Z nim Jenning de Boo, świetny Holender.
A po nim – w parze ostatniej – Damian Żurek. Nasza nadzieja.
Zabrakło naprawdę niewiele
I Stolz, i de Boo pojechali genialnie. Otworzyli mocno, obaj przed dotychczasowym liderem. I, o dziwo, długo fantastycznie jechał de Boo, który odsadził rywala na pierwszym kółku. Ale Stolz nie odpuścił i pojechał na olimpijski rekord. Genialny wynik – 1:06.28. Równe pół sekundy za nim był de Boo.
I to był margines dla Damiana Żurka. Pokonać Holendra, wygrywając przy okazji swoją parę, znaczyło – mieć medal. Sęk w tym, że Damian dostał słabszego rywala w swojej parze. Na papierze nie miał możliwości nakręcić się tak, jak zrobili to rywale.
I może właśnie tego ostatecznie zabrakło.
Bo Damian Żurek skończył czwarty. Potencjalnie piąty, jeśli Joep Wennemars zdołałby się zregenerować (nie zdołał). W każdym razie jeszcze do połowy dystansu Damian jechał kapitalnie, nawet przed Stolzem. Potem jednak spuścił z tonu. I powtórzymy: gdyby miał Stolza czy de Boo, to kto wie, czy nie urwałby z tego czasu jeszcze sporo. A tak – tempo dyktował sam, Liiv Marten z Estonii skończył z 14. czasem, nie był dla Żurka żadnym rywalem, niestety.
Damian Żurek bez medalu na 1000 metrów 🤷
Zabrakło niewiele. 𝐓𝐚𝐤 𝐧𝐢𝐞𝐰𝐢𝐞𝐥𝐞 🤏#HomeOfTheOlympics #MilanoCortina2026 #TeamPL pic.twitter.com/J9wEbqO1M2
— Eurosport Polska (@Eurosport_PL) February 11, 2026
I skończyło się, jak się skończyło – Damian wylądował siedem setnych sekundy za trzecim Chińczykiem Ningiem. Tak jak Piotr Michalski w Pekinie, tak i on był bardzo blisko medalu. Ale tak jak Michalski wtedy, tak i on dostanie jeszcze drugą szansę. I oby skończyło się tak, jak mówił Wiesław Kmiecik:
– Dobrze, że Damian ma dwie szanse. Gdyby miał tylko jedną, w konkurencji, gdzie jeden błąd może tak wiele kosztować, byłoby to ciężej wytrzymać mentalnie. To jak w życiu – jeśli człowiek ma dwie szanse, czuje się zupełnie inaczej. Myślę, że Damian się nie pomyli i wykorzysta przynajmniej jedną.
500 metrów – ten najważniejszy dla Damiana start – za trzy dni. Obyśmy wtedy mogli się ucieszyć. Bo forma – jak widać – zdecydowanie była. I wydaje się, że na najkrótszym dystansie Damian faktycznie będzie kandydatem nawet do złota.
Fot. Newspix