Czy Hubert Hurkacz obudzi się w Miami?

Sebastian Warzecha

18 marca 2026, 18:21 • 9 min czytania 1

Reklama
Czy Hubert Hurkacz obudzi się w Miami?

Sześć porażek z rzędu. Tak źle u Huberta Hurkacza nie było od dawna. A przecież niedawno – by przerwać tę serię – zszedł na poziom Challengerów, czego nie robił od czasów… pandemii. I tam jednak nie udało się zaliczyć zwycięstwa. Ostatnią nadzieją na przełamanie przed sezonem gry na kortach ziemnych jest więc Miami, bo to turniej, który Hubi lubi. Czy więc możliwe jest „odzyskanie” polskiego tenisisty?

Hubert Hurkacz w kryzysie. Jest naprawdę źle

Rok 2021. To wtedy Hubert Hurkacz po raz ostatni przegrał sześć meczów z rzędu. Pocieszać dziś kibice mogą się tym, że tuż po tamtych fatalnych rezultatach niespodziewanie doszedł do półfinału Wimbledonu. Tyle że wtedy wszystko rozbijało się o kilka składowych – Hubert miał drobne problemy zdrowotne (jedna z tych porażek nastąpiła po kreczu), aż cztery z tych meczów rozgrywał na nielubianej mączce, a do tego miał nieco pecha w losowaniach.

Bo choć sam był rozstawiony, to trafiał na solidnych rywali, z gatunku tych, z którymi nigdy nie było mu łatwo – takich jak Daniel Evans, John Millman czy Felix Auger-Aliassime.

Reklama

Do tego większość tamtych spotkań to były solidne mecze, rozstrzygające się w detalach. Jasne, bolały takie porażki jak sensacyjna przegrana ze 154. na świecie Botikiem Van De Zandschulpem na Roland Garros, mimo prowadzenia 2:0 w setach. Ale w gruncie rzeczy w wielu tych spotkaniach Hubert pokazywał sporo dobrego tenisa.

W tych ostatnich, obecnych sześciu meczach… było o to bardzo ciężko. Do tego podchodzimy do tego w innych nastrojach. To początek sezonu, Hurkacz niewiele zdążył pokazać. Oczywiście, jego występy w United Cup – do czego jeszcze wrócimy – nastawiły nas pozytywnie, ale nie zgarnął tam przesadnie wielu punktów. W 2021 roku był po wygranej w, no właśnie, Miami Open. Zdobył sporo punktów i zaliczył największy sukces w karierze.

Więc nawet gdy przegrywał, miał już ten triumf jako solidny wpis do CV. W tym roku niczego takiego nie ma. W poprzednim – też nie było. Ani dwa lata temu. Ostatni wielki turniej Huberta to Szanghaj z 2023 roku, gdy wygrał swojego drugiego „tysięcznika”. Potem były jeszcze „drobniejsze” finały – w Bazylei (2023), Estoril i Halle (2024, ten pierwszy wygrany).

A później wszystko się sypnęło. Bo przyszła kontuzja, wymuszony szybki powrót, miesiące gry z dyskomfortem i w końcu – drugi zabieg.

Reklama

Gdy wrócił po nim, wszystko wydawało się jednak iść we wspaniałym kierunku.

United Cup dało wielkie nadzieje

Sprawę powrotu Huberta Hurkacz do rywalizacji szerzej opisywaliśmy przed United Cup. Dokładniej: w TYM MIEJSCU. Jeśli chcecie dłuższego opisu, klikajcie. W skrócie: kontuzja doznana w czasie Wimbledonu 2024 i szybki powrót do gry sprawiły, że Polak na dłuższą metę nadal miał problemy zdrowotne. Owszem, trafiały się niezłe mecze – a nawet i turniej, bo w Genewie mógł (powinien?) wygrać, pokonując przy okazji Novaka Djokovicia – ale było ich niewiele.

Hubert poddał się więc drugiej operacji i wyszedł na kort pod koniec ubiegłego roku. Wydawało się, że na United Cup może być zardzewiały.

Ale nie był. Ba, grał najlepszy tenis od dawna. Może najlepszy w karierze.

Reklama

Bo nie chodziło tylko o to, że zgadzały się wyniki. Na korcie widzieliśmy Huberta takiego, jakiego do dawna chcieliśmy oglądać. Polak grał pewnie, odważnie, nie przejmował się tym, kogo ma po drugiej stronie siatki. Pokonał Alexandra Zvereva, potem poprawił wygraną nad Tallonem Griekspoorem, a później ograł jeszcze Taylora Fritza i Stana Wawrinkę.

Lepszy od niego w całym turnieju był tylko Alex De Minaur, znakomity w defensywie i będący w stanie odgrywać ataki Huberta na drugą stronę siatki. A to i tak był wyrównany, naprawdę dobry mecz.

Polacy – w dużej mierze za sprawą postawy Hurkacza – wygrali cały United Cup. To był naprawdę świetny start sezonu dla Huberta, który wracał po ponad półrocznej nieobecności. Zaliczył kilka naprawdę sporych wygranych, nabił nieco punktów, odniósł sukces i mógł się nim cieszyć. Na Australian Open jechał w dobrym nastroju. Tam wygrał jeden mecz, z Zizou Bergesem, choć grał stosunkowo słabo.

Reklama

A w drugim ograł go Ethan Quinn.

Fatalna seria

Mecz z Quinnem był przedziwnym powrotem nie tyle do Hurkacza słabego, co wręcz beznadziejnego. I bezradnego. Polak na korcie wyglądał tak, jakby przylecieli kosmici i zabrali mu wszystkie umiejętności. Nie było też w nim żadnego ognia, nie było chęci gry ofensywnej. Nie było niczego, jak to mawiał klasyk. Oglądając to spotkanie, właściwie ani przez moment nie można było uwierzyć, że Hurkacz finalnie wygra.

Ethan Quinn był po prostu tenisistą znacznie, ale to znacznie lepszym.

Reklama

A potem wcale nie było lepiej. W Montpellier – w warunkach halowych, które Hubert lubi i powinny sprzyjać jego grze – pokonał go 160. na świecie Martin Damm. W dwóch setach, pierwszego Hurkacz przegrał w tie-breaku, które były jego ogromną siłą w czasie United Cup. Ale po nim nawet tego atutu już nie miał. Bo niedługo potem zmierzył się w Rotterdamie z Aleksandrem Bublikiem.

Kazacha wcześniej regularnie ogrywał. A wtedy przegrał po trzysetowym, długim starciu – 7:6 (2), 6:7 (1), 5:7.

To był mecz, który mógł to wszystko odmienić, z perspektywy czasu tak się wydaje. Hurkacz w drugim secie prowadził bowiem 5:4 i serwował. A potem w jednym gemie popełnił trzy (!) podwójne błędy i kompletnie sprawę zawalił. W tie-breaku seta nie istniał. W trzecim z kolei stracił podanie przy stanie 5:5. Gdyby Hubert utrzymał nerwy na wodzy, to miałby awans do kolejnej rundy i wygraną nad 10. wówczas tenisistą świata.

Reklama

Niezły mecz rozegrał też potem w Dubaju, ze światową „13”. Tam było 4:6, 6:7 (7). Wyrównane spotkanie, minimalnie lepszy był Czech, ale taką porażkę po prostu trzeba zaakceptować. Nie udało się też – w Indian Wells – pokonać Aleksandra Kovacevicia, 72. tenisisty świata (Hurkacz w tym samym momencie był 71.), ale tam Polak przegrał po dwóch tie-breakach. Jasne, znów brakowało opanowania w kluczowych momentach i to wielki problem.

Ale w gruncie rzeczy gra nie była taka zła. W przeciwieństwie do Challengera Cap Cana, gdzie 94. na świecie Mattia Bellucci dał Hurkaczowi ugrać sześć gemów i bez problemu go ograł. W dużej mierze dlatego, że właściwie… otrzymywał od Polaka stałą pomoc. Hurkacz popełniał dziesiątki niewymuszonych błędów, słabo funkcjonowało jego podanie (minimalnie ponad 50 procent wygranych punktów po trafionym pierwszym serwisie, katastrofalny wynik), a forehand był rozregulowany bardziej niż silnik w trzydziestoletnim Passacie.

Wydawało się, że Bellucci jest bardzo dobrym rywalem na przerwanie złej serii Hurkacza. Lewa ręka, dobra gra kątowa, ale duże limity jeśli chodzi o serwis i prędkości z głębi kortu. Mając w pamięci jak okrutnie zdominował go w styczniu Ruud, trudno zrozumieć jak Hubert stracił serwis aż pięciokrotnie. Seria przegranych meczów z rzędu niebezpiecznie się wydłuża – w ostatnich sześciu spotkaniach (od 2R AO) Hubi wygrał tylko jednego seta – pisał po tym starciu Marek Furjan, komentator i ekspert do spraw tenisa.

Reklama

I faktycznie, trudno zrozumieć tamto spotkanie, trudno zrozumieć tę fatalną serię sześciu porażek. United Cup wskazywało bowiem, że przed Hurkaczem dobry sezon. A teraz zastanawiamy się, czy aby zaraz nie wypadnie z najlepszej setki rankingu ATP.

Czy Miami to zmieni?

Miami Open? Lubimy. I Hubert też

Fajnym turniejem jest Miami Open. Godziny są całkiem przystępne dla polskich kibiców, korty dość szybkie, zachęcające do efektownej gry. No i mamy z nim dobre wspomnienia. W 2022 roku wygrywała tam przecież Iga Świątek. Ale nie tylko ona tam triumfowała. Robił to też Hubert Hurkacz – i to dwukrotnie.

Z poprzednim trenerem, Craigiem Boyntonem, często też na Florydzie trenował. Pasował mu od zawsze tamtejszy klimat, pogoda, po prostu dobrze mu się tam i żyło, i pracowało nad swoim tenisem.

Reklama

No i ostatecznie też – grało.

Bo to nie tylko wspomniane triumfy. W Miami od zawsze potrafił zaskoczyć. Już w 2019 roku – gdy zagrał tam po raz pierwszy – wygrał dwa mecze, pokonując po drodze Matteo Berrettiniego i Dominica Thiema, świeżo po zwycięstwie Austriaka w Indian Wells. Polaka odprawił dopiero Felix Auger-Aliassime, ale po równym, dobrym meczu.

Drugi występ? To już rok 2021 i wspomniany triumf. Największy sukces – obok półfinału Wimbledonu i wygranej w Szanghaju – w karierze Huberta. Wygrał wtedy kolejno z Denisem Kudlą, Denisem Shapovalovem, Milosem Raoniciem (znakomity mecz, zakończony tie-breakiem trzeciego seta), Stefanosem Tsitsipasem, Andriejem Rublowem i Jannikiem Sinnerem. Jasne, to nie był jeszcze ten Włoch, ale Hubert na drodze do triumfu ograł dwóch zawodników z TOP, czterech z TOP 20 i pięciu z TOP 40 rankingu ATP.

Reklama

To był znakomity turniej Polaka, w którym pokazywał swój absolutnie najlepszy tenis. A po nim – jak już wspomniano – niespodziewanie przyszła seria taka, jak obecna: sześć porażek z rzędu. Ale wtedy Hubert o tym nie wiedział i mógł się cieszyć z ogromnego sukcesu.

W kolejnych latach w singlu było różnie.

W 2022 doszedł do półfinału, gdzie przegrał po świetnym meczu z Carlosem Alcarazem. W 2023 już w drugim spotkaniu pokonał go Adrian Mannarino. W 2024 udało się to Grigorowi Dimitrowowi w 1/8 finału. A w 2025 Hubi w Miami nie zagrał. Jednak pisząc o jego sukcesach na Florydzie nie można pominąć roku 2022.

Hubert niespodziewanie wygrał tam wtedy w deblu w parze z Johnem Isnerem. Innymi słowy: dobrało się dwóch wysokich, świetnie serwujących facetów i okazało się, że to recepta na sukces. A Miami po raz kolejny było szczęśliwym dla Polaka miejscem.

Reklama

A więc: pogoda, którą Hubert lubi. Szybkie kort, jak Hubert lubi. I to takie, gdzie już odnosił sukcesy.

No jak się przełamywać, to to idealne miejsce.

Może potrzeba jednego meczu?

– To spotkanie [w Challengerze] miało bardzo przykry obraz. Starałem się znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego Hubert był aż tak mało aktywny, dynamiczny – mówił Michał Dembek, były tenisista i kolega Hurkacza z kortów w programie „Weszło w Linię”. Jego przemyślenia? Cóż, znalazł trzy opcje, które – jego zdaniem – są prawdopodobne.

Reklama

Pierwsza jest taka, że pojechał po sześciu latach na Challengera i spodziewał się, że przeciwnicy się nieco położą na korcie, jak zobaczą takiego rywala. Druga rzecz jest taka, że ta pewność siebie jest tak niska, że ciężko mu wydobyć z siebie dynamikę na korcie. Bo taka seria sprawia, że wchodzisz na kort mając tej pewności mniej i trudno ci o aktywność. A u Huberta to ważne, jeżeli on sam siebie usypia – będąc i tak spokojnym na korcie – to każdy kolejny punkt, gdzie musi się ruszyć, jest problemem. Choćby do tego forehandu, gdzie te błędy są ogromne i jest dużo. Trzecia rzecz jest taka, że może Hubert nadal nie czuje się do końca dobrze zdrowotnie. Może coś się znowu odezwało? Mam nadzieję, że nie, bo z tymi pierwszymi dwoma punktami da się walczyć – mówił.

Faktycznie, Hubert musi być bardziej aktywny, musi wykrzesać z siebie nieco ognia. Niekoniecznie da to od razu wygrane, ale obraz gry może się diametralnie zmienić, a to podstawa. Tym bardziej, że przed nami mączka, gdzie Hurkacz normalnie gra jednak nieco gorzej.

Jeśli więc nie obudzi się w Miami, możliwe, że trzeba będzie poczekać kolejnych kilka dobrych tygodni. A to byłaby już katastrofa.

A przy okazji może zrewanżować się za porażkę, która zapoczątkowała tę serię – bo w I rundzie zagra z Ethanem Quinnem. Czemu by więc nie zatoczyć w tej historii pełnego koła?

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Czytaj również na Weszło:

1 komentarz
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Inne sporty