41,4. Tyle punktów przewagi ma Domen Prevc nad drugim w klasyfikacji Turnieju Czterech Skoczni Janem Hoerlem. Przed ostatnim konkursem w Bischofshofen to różnica nie tyle komfortowa, co właściwie dająca pewność, że Słoweniec wygra całą imprezę. Jak wielka będzie jednak jego dominacja? Historycznie rzecz biorąc Domen może bowiem znaleźć się w dziesiątce „największych” zwycięstw w historii Turnieju. A może i pobić Kamila Stocha, wskakując na podium tego zestawienia. Co by jednak nie zrobił – nie dogoni Adama Małysza.
Domen Prevc dominuje w Turnieju Czterech Skoczni. Jak okazałe będzie jego zwycięstwo?
W TOP 10 klasyfikacji generalnej Turnieju Czterech Skoczni są przed ostatnim konkursem cztery strefy. Pierwszą stanowi sam Domen Prevc, który zgromadził do tej pory 895,8 punktu. Druga strefa to dwaj Austriacy: Jan Hoerl i Stephan Embacher, tracący do Słoweńca odpowiednio 41,4 i 41,7 punktu. Dalej są Japończyk Ren Nikaido oraz Niemiec Felix Hoffmann, których strata to 54,1 i 55,4 punktu. A potem to cała reszta: Ryoyu Kobayashi, Philipp Raimund, Daniel Tschofenig, Anze Lanisek i nasz Kacper Tomasiak.
Ich straty do Domena mieszczą się w przedziale od 72,3 do 103,3 punktu. Oni Słoweńca
Słoweniec odskoczył wszystkim rywalom i tylko wystrzał Nikaido w Innsbrucku sprawił, że nie ma już szans na wygranie czterech konkursów. Zabrakło mu do tego… pół punktu. Minimalnie wyższa nota od jednego z sędziów i Domen nadal liczyłby się w walce o to osiągnięcie. A tak – zostało mu powiększać i tak już dużą przewagę. A akurat to na pewno może zrobić. Z dwóch prostych powodów.
Po pierwsze, skocznia w Bischofshofen jest stosunkowo duża. Jej rozmiar to 142 metry, rekord z kolei ustanowił Dawid Kubacki, lądując o trzy metry dalej. Jeśli jest się w formie i odlatuje rywalom, to śmiało można myśleć o tym, by wygrać tam ze sporą przewagą. Choć nie jest to coś oczywistego – by znaleźć konkurs, w którym na Paul-Ausserleitner-Schanze ktoś triumfował dokładając ponad 10 oczek nad drugim zawodnikiem, trzeba cofnąć się aż do sezonu 2020/21.
Wtedy całej reszcie stawki odskoczył Kamil Stoch. Drugi Marius Lindvik stracił do niego 20,3 punktu.
Zresztą w dzisiejszych czasach w ogóle trudniej o dominację. Zdobycze punktowe wyrównują przeliczniki, więcej skoczków ze stawki lata daleko, wiatr nie ma aż takiego wpływu na rezultaty, profile skoczni też stały się bardziej przyjazne wyrównanej rywalizacji. W ostatnich 20 latach tylko dwukrotnie zdarzyło się, by ktoś wygrał Turniej Czterech Skoczni z przewagą ponad 50 oczek nad drugim zawodnikiem. Domen może być trzecim takim przypadkiem.
Skoro jednak o historii mowa, to zajrzyjmy właśnie do niej.
Spis treści
- Domen Prevc dominuje w Turnieju Czterech Skoczni. Jak okazałe będzie jego zwycięstwo?
- Turniej Czterech Skoczni i dominacje. Kto wygrywał z dużą przewagą?
- XX wiek, czyli inne skakanie
- Szlem to gwarancja deklasacji
- Ahonen i Małysz. Dwa końce skali
- Gdzie może wylądować Domen Prevc?
- Czytaj więcej o skokach narciarskich:
Turniej Czterech Skoczni i dominacje. Kto wygrywał z dużą przewagą?
Odskoczenie wszystkim rywalom w jednym Turnieju Czterech Skoczni nie jest łatwe. Z prostego powodu: na ogół trafi się ktoś, kto będzie w stanie z tobą rywalizować. Jasne, to jednak cztery konkursy, jeśli jesteś w formie, pewnie ugrasz 20, może 30 punktów przewagi. To dużo i zdecydowanie wystarczająco, by móc zapewnić sobie spory spokój przy okazji oddawania ostatniego skoku. Choć bywa i tak, jak w zeszłym roku, gdy o Złotego Orła do ostatniej chwili rywalizowali ze sobą Stefan Kraft, Daniel Tschofenig i Jan Hoerl.
Finalnie wszyscy trzej zmieścili się na przestrzeni 4,1 pkt. A przecież było i tak, że Janne Ahonen z Jakubem Jandą dzielili się wygraną. Ale bywało też, że ktoś triumfował z ogromną przewagą. Przyjrzymy się dziesiątce największych. Otwiera ją zresztą właśnie Janne Ahonen, który jako jedyny w tej dyszce nie wykręcił 50 punktów przewagi.
Z okazji wspomnienia TCS 2005/06 przypomnijmy też klasyczny komentarz Włodzimierza Szaranowicza. Z całą sympatią dla mistrza mikrofonu.
Całe zestawienie – od miejsca 10. do 1. – wygląda tak (w nawiasie nazwisko drugiego skoczka danej edycji).
- 10. 2004/05. Janne Ahonen: 49,1 pkt (Martin Hoellwarth*).
- 9. 1962/63. Toralf Engan: 51 pkt (Torbjoern Yggeseth).
- 8. 1983/84. Jens Weissflog: 55,6 pkt (Klaus Ostwald).
- 7. 2001/02. Sven Hannawald: 56,6 pkt (Matti Hautamaeki).
- 6. 2018/19. Ryoyu Kobayashi: 62,1 pkt (Markus Eisenbichler).
- 5. 1966/67. Bjoern Wirkola: 62,4 pkt (Sepp Lichtenegger).
- 4. 1991/92. Toni Nieminen: 69,2 pkt (Martin Hoellwarth*).
- 3. 2017/18. Kamil Stoch: 69,6 pkt (Andreas Wellinger).
- 2. 1987/88. Matti Nykaenen: 99 pkt (Jens Weissflog).
- 1. 2000/01. Adam Małysz: 104,4 pkt (Janne Ahonen).
*to nie pomyłka – Martin Hoellwarth był drugi w TCS-ie w latach 1991/92 (miał niespełna 18 lat, a Toni Nieminen był o rok młodszy!), 2003/04 i 2004/05. Nigdy nie wygrał.
Jak widzicie – do Orła z Wisły nikt nie ma podjazdu. Ale do tego jeszcze wrócimy.
XX wiek, czyli inne skakanie
W powyższym TOP 10 historycznych wyników mamy dwa naprawdę wiekowe, bo sprzed powstania Pucharu Świata, gdy Turniej Czterech Skoczni był imprezą osobną. Triumf Toralfa Engana nastąpił już w jego 11. edycji (a tegoroczna jest 74.). Swoją drogą Norweg też wygrał trzy pierwsze konkursy, ale w ostatnim był czwarty. Z kolei jego rodak, Bjoern Wirkola, był w pewnym sensie Ahonenem swoich czasów – Turniej Czterech Skoczni stał się w pewnym momencie jego poletkiem, jako jedyny skoczek wygrywał go trzy razy z rzędu.
Do dziś jest też rekordzistą pod względem liczby wygranych konkursów w tej imprezie – ma ich 10, tyle samo co Jens Weissflog.
CZYTAJ TEŻ: BJOERN WIRKOLA. TURNIEJ CZTERECH SKOCZNI, PIŁKA NOŻNA I „NIEISTOTNY” PARKINSON
62,4 punkty przewagi nad drugim skoczkiem Wirkola wykręcił przy okazji swojego pierwszego triumfu. Był wtedy trzeci w Oberstdorfie, a potem już tylko wygrywał. Ale o tym, jak zwariowane były to skokowo czasy, niech świadczy fakt, że Sepp Lichtenegger, który ostatecznie zajął drugie miejsce w całym Turnieju, w pierwszym konkursie był piąty, a w drugim poza dziesiątką. Całe to skakanie było wtedy dużo bardziej niebezpieczne, łatwiej było o błędy, ale też prostsze było odrabianie strat – bo różnice momentami były naprawdę spore.
Nie może dziwić, że w zestawieniu najlepszych są też skoczkowie, którzy byli dominatorami swoich czasów – wspomniany już Jens Weissflog i Matti Nykaenen. Zresztą tak naprawdę tyle o ich triumfach wystarczy napisać. To po prostu dwaj genialni zawodnicy. Niemiec wygrywał TCS czterokrotnie, uwielbiał tę imprezę. Finowi udało się to dwukrotnie, te 99 punktów przewagi wykręcił przy okazji drugiej wygranej. Ale faktem powszechnie znanym jest, że jeśli Nykaenen skakał swoje, to nikt nie mógł się z nim równać. Tak to po prostu działało.
CZYTAJ TEŻ: KAMIL STOCH ZACZĄŁ OSTATNI SEZON. A JAK KARIERY KOŃCZYLI INNI WIELCY?
Należy przy tym podkreślić, że dalej mówimy tu o skakaniu starym stylem, z nartami prowadzonymi równolegle, a co za tym idzie – o większej podatności na wiatr i błędy w powietrzu. Margines był po prostu mniejszy, wystarczyło więc, że rywal nieco się pomylił, a przewaga już się zwiększała. Do tego, wiadomo, nie było przeliczników, bywało, że wiatr potrafił kogoś „wykosić”.
Dziś takie rezultaty są już niezwykle trudne do powtórzenia, o ile ktoś nie jest w absolutnie wybitnej formie – takiej, że odlatuje reszcie stawki o kilka metrów na skok. Tak miał z jednej strony Toni Nieminem w sezonie 1991/92 – jedynym, gdy był na szczycie – ale równocześnie pomogli mu rywale. Każdy z czołówki zepsuł co najmniej jedną próbę w trakcie Turnieju. A Fin skakał równo. I wygrał o 69,2 punktu.
CZYTAJ TEŻ: TONI NIEMINEN. GENIALNY DZIECIAK, KTÓRY NIE UDŹWIGNĄŁ WŁASNEGO SUKCESU
Bywa i tak.
Szlem to gwarancja deklasacji
Trzykrotnie w dziejach zdarzyło się, że któryś z zawodników wygrywał wszystkie cztery konkursy Turnieju Czterech Skoczni w jednej edycji. I za każdym razem lądował też na przytoczonej wyżej liście. A to wcale nie oczywiste – średnio, żeby się tu znaleźć, trzeba było wykręcać ponad 12 punktów przewagi na konkurs. To nie taka łatwa sprawa, zwłaszcza dzisiaj, a przecież Kamil Stoch i Ryoyu Kobayashi swoje sukcesy odnosili odpowiednio osiem i siedem lat temu.
Zacząć wypada jednak od pierwszego, czyli Svena Hannawalda.
Niemiec przez 16 lat był jedynym skoczkiem w dziejach, któremu udało się zgarnąć turniejowego Szlema. Wcześniej wielu było blisko, ale każdemu zawsze czegoś brakowało. Potem też się to zdarzało – choćby Ahonenowi. A Hannawald tego dokonał i drugiego Mattiego Hautamaekiego zdeklasował.

Sven Hannawald świętujący wygraną w Turnieju Czterech Skoczni. Fot. Newspix
Warto tu podkreślić, że za plecami Niemca się kotłowało. Był Fin, był Martin Hoellwarth, który (jak już wiecie) lubił się z tą imprezą, byli Adam Małysz, Andreas Widhoelzl, Martin Schmitt czy Simon Ammann, dla którego był to przełomowy sezon. Wszyscy oni bili się o dalsze lokaty. Bo zwycięzca był tylko jeden… ale Hannawald wcale nie odsadzał tak rywali. W Oberstdorfie wygrał o 8 punktów, w Ga-Pa o 1,7 (mniej niż metr!), a w Bichofshofen o 2,5. Tylko w Innsbrucku – gdzie wtedy się to zdarzało regularnie – odleciał wszystkim. Tam triumfował z przewagą 23 punktów nad drugim Małyszem.
Łatwo policzyć, że gdyby na drugim miejscu był zawsze ten sam zawodnik, to Sven miałby „tylko” 35,2 punktu przewagi. Ale że ci się zmieniali, raz wyskakiwał jeden, raz drugi – no to Hannawald dobił do ponad 50 oczek. Kamil Stoch, 16 lat później, miał podobnie. Oberstdorf? 4,2 punktu przewagi, rozgrzewka. Ga-Pa? 7,6. Innsbruck? 14,5. Bischofshofen? 3,2.
Łącznie daje to tylko 29,5 punktu przewagi. Tyle że każdy z rywali za jego plecami coś psuł. Andreas Wellinger był 10. w pierwszym i 11. w drugim konkursie. Anders Fannemel kompletnie zawalił Innsbruck, gdzie skończył 16. Junshiro Kobayashi był regularny, ale ani razu nie stał na podium. Swoje skoki potrafili też zawalić Robert Johansson i Dawid Kubacki. Generalnie: mieszało się, kotłowało. A Stoch jako jedyny skakał na nie tylko równym poziomie, ale i cały czas na szczycie.
Stąd tak ogromna przewaga, bo w skokach „nowoczesnych”, w erze przeliczników za wiatr – to właśnie Kamil wygrał Turniej Czterech Skoczni z największą.
Ryoyu Kobayashi, rok później, też poszalał, bo 62,1 punktu to naprawdę, ale to naprawdę spora przewaga. To był przełomowy sezon Japończyka, który wykręcał wtedy szalone liczby. A w Turnieju Czterech Skoczni od razu rok po Kamilu postanowił go skopiować. I wygrał – i całą imprezę, i każdy konkurs. Choć momentami był bardzo blisko tego, by drugie z tych osiągnięć mu nie wyszło.
Bo już w Oberstdorfie Markusa Eisenbichlera wyprzedził o… 0,4 punktu! W Garmisch-Partenkirchen, też z Niemcem, wygrał o 1,9. I gdy wydawało się, że do końca będziemy śledzić ich fantastyczną rywalizację o Złotego Orła, to Markus zawalił konkurs w Innsbrucku. Kiedy jego zabrakło, to Ryoyu wygrywał już spokojnie – na Bergisel o 12,8 punktu nad Stefanem Kraftem, a w Bischofshofen o 13,8 nad Dawidem Kubackim.
A że wszyscy za jego plecami skakali nieregularnie, no to ostatecznie wyszło z tego ponad 60 oczek przewagi. I te trzy przypadki to najlepszy dowód na to, jak trudno jest być równym na przestrzeni tych czterech konkursów. I to nawet u skoczków z drugiego szeregu.
Ahonen i Małysz. Dwa końce skali
Janne Ahonen jest powszechnie uznawany za najlepszego skoczka w historii Turnieju Czterech Skoczni – i słusznie. Fin triumfował w TCS-ie pięciokrotnie. Ale jedna z tych wygranych nastąpiła bez triumfu w którymkolwiek z konkursów (1998/99), a inna – ex aequo ze wspomnianym Jakubem Jandą (2005/06). Dwie inne były okazałe, ale nie aż tak, by mogły się znaleźć w tym zestawieniu.
I wyszło, że Fin tylko raz faktycznie odskoczył rywalom z przytupem… a i tak mógł być rozczarowany. Wygrał bowiem trzy pierwsze konkursy, jednak w Bischofshofen dał się obskoczyć pobocznemu bohaterowi tego tekstu, czyli Martinowi Hoellwarthowi. Janne był więc drugi, nie skompletował turniejowego Szlema, a w dodatku Austriak odrobił do niego sześć punktów i jego przewaga spadła poniżej 50 oczek.
Choć Fin na swoje wyniki w niemiecko-austriackiej imprezie pewnie i tak nie narzeka.
Jeśli jednak chodzi o wygrane w Turnieju Czterech Skoczni, to po drugiej stronie skali jest Adam Małysz. Polak wygrał raz, ale z takim przytupem, że starczyłoby na dwa triumfy, które by się w tym zestawieniu znalazły. A i gdyby podzielić na trzy, to byłyby to wygrane okazałe. Orzeł z Wisły drugiego skoczka odsadził o 104,4 punktu.
Traf chciał, że tym drugim był akurat Janne Ahonen.
A przecież w Oberstdorfie Adam był czwarty i do zwycięzcy – Martina Schmitta – stracił ponad 10 punktów! Pomiędzy Niemcem a Polakiem byli jeszcze Japończycy: Noriaki Kasai i Masahiko Harada. W Garmisch-Partenkirchen wygrał Kasai, drugi był Dmitrij Wasiljew, a Małysz zajął trzecie miejsce. Japończyk został nowym liderem imprezy, bo Schmitt zajął dopiero 8. miejsce. Małysz w generalce był drugi, ze stratą niespełna 10 oczek.
A potem zaczęła się pisać historia.
Konkurs w Innsbrucku Małysz wygrał z przewagą 44,9 punktu! To więcej niż Domen Prevc ma aktualnie – a kompletnie dominuje nad rywalami – po trzech zawodach. Orzeł z Wisły skakał wtedy na 111,5 i 118,5 metra. Tę pierwszą odległość zaliczył w konkursie jeszcze tylko Kasai – nikt inny nie przekroczył 110 metrów – sęk w tym, że Japończyk w swoim pierwszym skoku klapnął na 94. metrze. Małysz już odskoczył więc rywalom. Po czym dołożył im jeszcze w Bischofshofen, gdzie drugiego Ahonena odsadził o 31,9 punktu.
Kasai, który był najbliżej Małysza, po fatalnym skoku odpadł wtedy w pierwszej serii. Niespodziewanie na podium generalki wkradł się przez to Schmitt. Ale i on, i Ahonen, i cała reszta stawki, mogli tylko z podziwem przyglądać się temu, co zrobił Adam Małysz. Gdyby Japończyk zdobył w Bischofshofen taką notę, jak wykręcił wówczas drugi Janne, to Małysz i tak wygrałby TCS z przewagą ponad 70 oczek, co dawałoby mu drugie miejsce w klasyfikacji wszech czasów.
Ale na wpadce Kasaiego skorzystał o tyle, że zapisał się w historii. A przy okazji rozpętał totalny szał na skoki w Polsce.
Gdzie może wylądować Domen Prevc?
Małysza – jak stwierdziliśmy – Domen Prevc nie dogoni, chyba że kilku jego rywali totalnie zepsuje choć jeden skok. Istnieje jednak spora szansa, że Słoweniec wypchnie z TOP 10 tej klasyfikacji Janne Ahonena. Spokojnie może myśleć o tym, by wyprzedzić nawet siódmego w niej Svena Hannawalda.
A gdyby okoliczności sprzyjały… no to może mógłby atakować i najniższy stopień podium, okupowany przez Kamila Stocha.
Na pewno stać go na wiele. W kwalifikacjach – które wygrał – dołożył 6,2 punktu drugiego Embacherowi, a 9,3 Hoerlowi, a więc swoim dwóm najgroźniejszym rywalom. Tschofenig, Kobayashi czy Raimund dostali już dobrze ponad 10 oczek. Gdyby Domen właśnie o tyle odsadził obu Austriaków, to na koniec imprezy miałby 54,1 punktu przewagi nad młodszym z nich i 60 nad starszym.
Byłby więc na 9. miejscu w klasyfikacji najbardziej okazałych zwycięstw. Ahonen wypadłby z dychy, a na to dziesiąte miejsce właśnie przesunął się ten najbardziej wiekowy wynik w niej, autorstwa Toralfa Engana. Ale wystarczy 1,3 punktu na skok więcej i Domen wyprzedziłby również Niemców: Jensa Weissfloga oraz Svena Hannawalda.
A wyżej? By tam wejść, potrzebowałby już konkursu wybitnego. Ale jeśli ktoś może nam teraz taki zapewnić, to właśnie Słoweniec. W 14 konkursach tego sezonu Domen dwukrotnie nie znalazł się na podium – na inaugurację sezonu w Lillehammer był 4., kilka dni później w Falun skończył 13. Poza tym dwukrotnie kończył trzeci, trzykrotnie był drugi. I siedmiokrotnie wygrywał. Od 11 konkursów nie spadł z podium.
I nic nie zapowiada, by w Bischofshofen miało się to zmienić.
SEBASTIAN WARZECHA
Fot. Newspix