Barcelona ma się czego obawiać. Atletico znów zwycięskie

Kacper Korpak

25 października 2026, 00:08 • 5 min czytania 0

Reklama
Barcelona ma się czego obawiać. Atletico znów zwycięskie

Atletico po raz kolejny wygrało w lidze. Tym razem ekipa Cholo Simeone pokonała Deportivo A Coruna. Dla Rojiblancos było to już szóste zwycięstwo z rzędu w rozgrywkach La liga. Coraz częściej za swoje plecy ogląda się Barcelona, której klub z Madrytu depcze po piętach. Jeśli Duma Katalonii przegra nadchodzące El Clasico, ich przewaga nad Atletico będzie wynosić zaledwie dwa punkty. 

Reklama

Zmiany na boisku i w… nazwie

Jednym z najpopularniejszych hiszpańskich klubów jest ostatnio… Deportivo A Coruna. Ekipa ta po ośmiu latach wróciła do hiszpańskiej elity. Nie zamierzała jednak wejść do ligi po cichu. W Deportivo pojawiły się spore pieniądze, a co za tym idzie, do Galicji trafiły ciekawe nazwiska. Na tej ofensywie transferowej zyskał też Motor Lublin, który za około 6 milionów sprzedał do Deportivo swojego defensora – Brighta Ede. Oprócz Polaka do klubu trafili też m.in. Pierre-Emerick Aubameyang, Adama Traore, Jose Maria Gimenez, Angelino czy Marc Casado.

Zmiany nie dotknęły jedynie zawodników. Klub postanowił także na lekką roszadę w nazwie. Nie ma już bowiem Deportivo La Coruna. Teraz zespół nazywa się Deportivo A Coruna. Jedna literka została zmieniona. Teoretycznie minimalna zmiana, ale spowodowała nawet wymianę klubowego herbu. Pytanie nasuwa się jedno – po co?

Klub chciał dostosować swoją nazwę do oficjalnego brzmienia miasta w języku galicyjskim – A Coruna. Dotychczas używano hiszpańskiej formy „La Coruna”, jednak zgodnie z obowiązującymi przepisami prawnymi należy stosować galicyjskie określenie. O dziwo, zmiana nie wywołała kontrowersji wśród społeczności kibiców. Fani dostali możliwość wypowiedzenia się na temat potencjalnej roszady w nazwie. W głosowaniu w czerwcu 2026 roku aż 79,41% głosujących opowiedziało się za zmianą. Kibicom spodobał się pomysł, który miał przecież podkreślić regionalną tożsamość klubu i jego związki z Galicją. Afer więc nie było, a renowacja przeszła sprawnie.

Reklama

Problemy kadrowe po obu stronach

Zmiany zmianami, ale grać trzeba. Tylko, jak grać skoro nie ma kim? Do ligowego starcia Atletico i Deportivo podchodziły bardzo mocno osłabione. Szczególnie ekipa z Galicji musiała radzić sobie m.in. bez kontuzjowanych Brighta Ede, Aubameyanga, Casado i Zakarii Eddahchouriego. Panowie o długich nazwiskach to oczywiście napastnicy. Jako, że dwaj snajperzy leczą urazy, Deportivo na szpicy było w zasadzie skazane na Bila Nsongo.

Atleti też nie mogło liczyć na wszystkich graczy. Cholo Simeone nie mógł skorzystać bowiem z usług kapitana zespołu Koke i lidera defensywy – Cristiana Romero. Ponadto urazu w meczu ze Stuttgartem nabawił się Johnny Cardoso. Amerykanin wrócił po kontuzji właśnie na mecz z Niemcami. Jak widać, jego zdrowie niestety mocno szwankuje.

Mimo licznych problemów kadrowych, wciąż oczekiwano dużego spektaklu. Atletico przed tą kolejką zajmowało pozycję wicelidera, a Deportivo plasowało się w czołowej dziesiątce.

Reklama

Pierwsza połowa dedykowana fanom snu

Mimo sporych oczekiwań pierwsza połowa mocno zawiodła. Cieszyć się mogli jedynie fani snu. Trudno było nie usnąć patrząc na bierną postawę Atletico. Podopieczni Cholo Simeone przez pierwszą odsłonę starcia nie potrafili oddać nawet celnego strzału. Kibiców, którzy w wyniku postawy zawodników „odlecieli” obudzić mógł krzyk komentatora po niezwykłym pudle, które zanotował Yeremay Hernandez. Po jednym ze stałych fragmentów gry, Jan Oblak odbił piłkę tuż przed siebie. Na jego nieszczęście futbolówka trafiła wprost pod nogi gracza Deportivo. Mimo niezłego przyjęcia, Hiszpan trafił jedynie w słoweńskiego golkipera. Pudło fatalne, ale możemy wybaczyć skrzydłowemu, gdyż w zasadzie w pojedynkę starał się dostarczyć nam jakichkolwiek emocji w pierwszych minutach.

Jeśli chodzi o drużynę Rojiblancos ciężko cokolwiek pozytywnego wyciągnąć po tej odsłonie. Jedynie na pochwały mógł zasługiwać Kang-in Lee, który próbował coś ugrać. W 38. minucie oddał nawet dość groźny strzał, który wycelowany kilka centymetrów niżej mógł trafić do bramki strzeżonej przez Leo Romana.

Reklama

Barcelona ma się czego obawiać. Kolejne zwycięstwo Atletico

Dopiero w drugiej połowie ekipa Cholo Simeone wróciła na odpowiednie tory. Powrót zespołu wiązał się z powrotem zdobywającego gole na własnym obiekcie Juliana Alvareza. Argentyńczyk od 347 dni nie potrafił zdobyć gola na Metropolitano. Tym razem po prostu nie mógł nie strzelić. Człowiek, który chce trafić do Barcelony został bowiem idealnie obsłużony przez Alejandro Grimaldo. Boczny obrońca posłał takie „ciasteczko”, że wystarczyło jedynie dołożyć nogę.

Reklama

To trafienie było też pierwszym golem Alvareza z gry od 395 dni. Całkiem słabo wyglądają statystyki gościa, za którego klub z Madrytu chciał uzyskać ponad 100 baniek. Co by jednak nie mówić, napastnik wraca powoli do formy. Myśli o transferze zeszły na dalszy plan, Argentyńczyk skupił się na graniu i przynosi to pozytywne efekty. W trzech ostatnich spotkaniach miał on bowiem zawsze wkład w wynik strzelecki swojej drużyny.


Atletico po golu Alvareza kontrolowało przebieg spotkania. Nie miało jednak zbyt wiele klarownych okazji. Jak wiemy, taka bierna postawa naprawdę może się źle skończyć. Tym razem Rojiblancos się upiekło. W ostatniej akcji spotkania największe pudło meczu zaliczył Kevin Sanchez. Młody gracz został idealnie obsłużony przez Adamę Traore i mając otwartą całą bramkę wycelował wprost w Jana Oblaka. Jego trener – Antonio Hidalgo jedynie rzucił kilka nieparlamentarnych słów pod nosem, podał rękę Diego Simeone i zszedł do szatni. Atletico umocniło się więc na pozycji wicelidera i czeka co jutro zaprezetuje Barcelona w ligowym klasyku przeciwko Realowi.

Reklama

Atletico Madryt – Deportivo A Coruna 1:0 (0:0)

  • 1:0 – Julian Alvarez 48′

Fot. Newspix

0 komentarzy
Kacper Korpak

Pasjonat polskiej ligi. Wierzy jedynie w Boga i w prawa Ekstraklasy. Nie pogardzi dobrym jedzeniem i polskim żużlem. W przeszłości zamiast grać z kolegami w Minecrafta, oglądał jak Emilijus Zubas w pojedynkę próbował utrzymać GKS Bełchatów w Ekstraklasie. Twierdzi, że dzieci chętniej czytałyby książki, gdyby lekturą w szkole był Hrabia Monte Christo. W życiu chce jedynie pracować przy Ekstraklasie, spełniać marzenia i założyć szczęśliwą rodzinę.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Ekstraklasa

Piłkarz Pogoni wyjaśnił całą awanturę. Zaapelował do władz ligi

Mikołaj Duda
2
Piłkarz Pogoni wyjaśnił całą awanturę. Zaapelował do władz ligi
Ekstraklasa

Wisła królową doliczonego czasu i własnego stadionu! Znów to zrobiła

Mikołaj Duda
6
Wisła królową doliczonego czasu i własnego stadionu! Znów to zrobiła

La Liga

Reklama
La Liga

Problem Barcelony przed meczem z Realem. Nie zagra ważny obrońca

Maciej Piętak
1
Problem Barcelony przed meczem z Realem. Nie zagra ważny obrońca
La Liga

Alonso wrócił do czasu w Realu. „To się różni pod każdym względem”

Marcin Długosz
0
Alonso wrócił do czasu w Realu. „To się różni pod każdym względem”
La Liga

Lewandowski wskazał faworyta do Złotej Piłki. „Trzymam kciuki, jest niesamowity”

Braian Wilma
8
Lewandowski wskazał faworyta do Złotej Piłki. „Trzymam kciuki, jest niesamowity”
La Liga

Courtois broni sędziów. „Są ludźmi i mogą popełniać błędy”

Braian Wilma
3
Courtois broni sędziów. „Są ludźmi i mogą popełniać błędy”