Reklama

„Myślałem, że trudniej będzie stawiać czoła drużynie z Ekstraklasy”

Piotr Stolarczyk

Autor:Piotr Stolarczyk

12 lutego 2021, 14:09 • 6 min czytania 2 komentarze

Wczoraj wieczorem Chojniczanka Chojnice sprawiła ogromną sensację. Wyeliminowała w 1/8 finału Pucharu Polski Zagłębie Lubin. Dziś jej piłkarze i sztab szkoleniowy muszą już udać się na popołudniowy trening. Świętowanie nie trwało długo. Na temat nietypowych przygotowań do pucharowej rywalizacji oraz samego spotkania porozmawialiśmy z jej trenerem – Adamem Noconiem. Poruszyliśmy także wątek murawy, serii rzutów karnych oraz kazusu Błękitnych Stargard. Zapraszamy!

„Myślałem, że trudniej będzie stawiać czoła drużynie z Ekstraklasy”
Podróż autokarem po meczu w Lubinie była dla pana najprzyjemniejszym długim powrotem „do domu”?

Na pewno przebiegła w atmosferze dużej radości. Humory bardzo nam dopisywały. Trzeba przyznać, że fajnie się wracało po tak dobrym meczu.

I praktycznie z autokaru idziecie trening. Ponoć już o godzinie 12.00 macie zbiórkę. 

No tak, w czasie podróży był czas na chwilę odpoczynku, ale dziś już trzeba wyjść na boisko treningowe i pracować dalej.

Po meczu był pan mocno przemarznięty? Czy emocje wciąż grzały?

Emocje to jedno, a druga sprawa – ciepło ubrałem się w porównaniu do trenera bramkarzy, który w trakcie spotkania cały czas się trząsł (śmiech). Ale na pewno było u nas ławce duże zdenerwowanie. Ten mecz był taki trochę dramatyczny. Szkoda byłoby po tak dobrej grze odpaść dopiero po rzutach karnych. Bardzo się tego obawiałem. Natomiast to prawda – było potwornie zimno. Kierownik zmierzył temperaturę przed meczem – wynosiła ona minus dziesięć stopni Celsjusza. Z tym że nie była ona aż tak odczuwalna. Szczerze? Myślałem, że będzie gorzej.

Wcześniej miał pan okazję brać udział jako trener w spotkaniu rozgrywanym w czasie tak przeraźliwego mrozu?

Bodajże był to mecz pomiędzy Podbeskidziem Bielsko-Biała i Ruchem Chorzów. Pamiętam, że wówczas też niezłego psikusa sprawiła nam pogoda, a murawa była taka typowo zimowa.

Reklama
A jak ocenia pan stan murawy na stadionie w Lubinie?

Moim zdaniem była ona przygotowana na miarę możliwości. Jednak bardzo mocno się obawiałem występu na niej. Cały czas trenowaliśmy na sztucznych murawach, bardzo twardych nawierzchniach. Stąd także obawiałem się o zdrowie moich zawodników i tempo meczu. Wiadomo, na sztucznej nawierzchni gra toczy się wolniej. Przede wszystkim bałem się, że w pewnym momencie moi podopieczni mogą spuchnąć. Nogi mogły przecież nie wytrzymać trudów rywalizacji.

Mocno pan obawiał się dogrywki?

Zdecydowanie. Na normalnej murawie jest zupełnie inny wysiłek fizyczny. Uważam, że wówczas zupełnie inaczej nogi pracują. Muszę jednak przyznać, że moja drużyna bardzo dobrze wytrzymała to spotkanie wraz z dogrywką. Zwłaszcza że w poprzednim tygodniu mieliśmy bardzo utrudnione przygotowania do tej rywalizacji. Nie było miejsca, na którym byśmy mogli normalnie trenować. Trenowaliśmy na boiskach niepełnowymiarowych albo na hali. Na dobrą sprawę, taki prawdziwy trening zrobiłem dopiero dzień przed meczem. Byłem bardzo ciekawy dyspozycji swojej drużyny po takich zawirowaniach. Na całe szczęście wyszło wszystko dobrze.

Na pewno nie jechaliście z wycieczkowym nastawieniem, tylko po awans. Ale czy traktował pan ten mecz trochę jako poligon doświadczalny przed ligą, trochę taki papierek lakmusowy, wskazujący dyspozycję i potencjał zespołu przed wiosenną walką o I ligę?

Wiadomo, że bardzo chcieliśmy awansować. Skoro już znaleźliśmy się w 1/8 finału, to trzeba było walczyć o pełną pulę. Natomiast – tak, to prawda – pomyślałem sobie: jeżeli nie awansujemy, to uznam to za znakomity sprawdzian przed ligą. Z bardzo dobry, rywalem, w dodatku na trawie. W tym aspekcie będziemy mieli pewną przewagę nad ligowymi rywalami.

Dobrze, że nie macie teraz w weekend meczu ligowego. Raz, że pana gracze czują w nogach trudy rywalizacji. Dwa – często po takim sukcesie przychodzi pewne rozluźnienie psychiczne. Wówczas nieco trudniej jest szkoleniowcowi utrzymać dyscyplinę w zespole. A obecnie ma pan czas na to, żeby wyciszyć trochę drużynę, dopracować kilka elementów.

Dla całego cyklu przygotowawczego przed ligą ten mecz nie był dla nas komfortem. Musieliśmy zejść z obciążeń treningowych, bo trzeba było nastawić się na zdecydowanie szybsze tempo meczu. Dobrze, że mamy jeszcze te dwa tygodnie do startu rozgrywek ligowych. Można się jeszcze spokojnie przygotować do niego. W sumie to powiem panu, że ten termin był nawet dobry. Choć wiadomo – mniej spokojnie przebiegały przygotowania.

Długo się przygotowywaliście pod kątem meczu z Zagłębiem Lubin? Czy głównym założeniem było po prostu wyszarpać awans, czyli mityczne jeżdżenie na czterech literach i dawanie z wątroby?

Nie, nie. Mieliśmy bardzo dobrze rozpracowanego rywala. Bardzo długo analizowaliśmy jego występy oraz poszczególnych zawodników. Już nawet na obozie przygotowawczym poświęcaliśmy dużo czasu na zagadnienia związane z naszym wczorajszym przeciwnikiem. Taktykę i plan gry ułożoliśmy konkretnie pod Zagłębie Lubin.

Lubinianie wyszli wczoraj praktycznie na galowo. Przewidywał pan takie zestawienie wyjściowej jedenastki rywala?

A powiem panu, że trafiłem z obsadą pozycji bramkarza i całej linii defensywnej Zagłębia.

Reklama
Zaskoczony był pan postawą Zagłębia? Myślał pan, że będziecie mieli większe ciężary w tym meczu?

Powiem szczerze: myślałem, że będzie nam trudniej stawiać czoła drużynie z ekstraklasy. Lubinianie z Lechem mieli już dobre momenty. Obawiałem się, czy wytrzymamy napór ich siły ofensywnej, lecz daliśmy radę. Wyglądało to nawet całkiem nieźle z naszej strony.

Kiedy pan poczuł, że ten awans naprawdę jest realny?

Po pierwszej połowie. Nasza gra była więcej niż poprawna. Schodząc do szatni na przerwę, kiełkowała mi w głowie myśl, że uda nam się sprawić niespodziankę. Wprawdzie trochę bałem się, że w dalszej części meczu możemy spuchnąć, ale co do reszty nie miałem już większych obaw.

A co w przerwie powiedział pan chłopakom?

W szatni był spokój. Tłumaczyłem swoim piłkarzom, że mają grać to samo co w pierwszej połowie. I tak też było w drugiej odsłonie. Jedynie końcówka dogrywki była bardzo nerwowa, tylko to był efekt tego, że się bardzo głęboko cofnęliśmy. 

W tygodniu sumiennie ćwiczyliście rzuty karne? Osoby wyznaczone dużo wcześniej podeszły do wykonania jedenastek?

Tak, mieliśmy już wybranych egzekutorów, ale niektórzy z nich zasygnalizowali, że ze względu na zmęczenie, nie chcą uderzać z wapna. Niektórzy zawodnicy bez owijania w bawełnę powiedzieli, że ich nogi już nie dają rady. Za dużego wyboru nie było – podeszli ci najpewniejsi.

Ktoś już zgłosił po meczu jakiś uraz?

Na razie żaden z moich graczy nie zgłaszał mi problemów zdrowotnych. Natomiast czekam na raport medyczny, który pojawi się tuż przed treningiem. Wówczas dowiem się, czy ktoś mocniej ucierpiał podczas spotkania.

Wczorajszy awans to jedno z pana największych osiągnięć trenerskich? 

Jeżeli chodzi o Puchar Polski, to tak. Tylko że puchar to puchar, liga to liga.

Puchar dla was to taki sympatyczny dodatek. Przygoda życia.

Jest takie powiedzenie: puchar jest fajny, ale kiedyś wreszcie się z niego odpadnie. Z kolei, skoro jest okazja zajść w tej edycji daleko, to trzeba próbować. Na pewno będziemy mieli więcej trudności, bo czeka nas dodatkowy mecz. Ale takie trudności to ja biorę w ciemno. Jesteśmy w trakcie fajnej przygody. Niech trwa jak najdłużej.

Chodzi panu po głowie kazus Błękitnych Stargard? 

Powiem szczerze: gdy wracaliśmy wczoraj po meczu, pomyślałem sobie, że fantastycznie byłoby powtórzyć ich osiągnięcie. Tylko też należy pamiętać, że potem w końcówce ligi spuchli i nie awansowali do I ligi, a byli dość blisko tego wyczynu. Marzenia są potrzebne, a zespół ze Stargardu pokazał, że ich realizacja nierzadko znajduje się na wyciągniecie ręki.

Rozmawiał Piotr Stolarczyk

fot. Newspix

Najnowsze

Komentarze

2 komentarze

Loading...