Reklama

Śląsku, jak nie chce ci się grać na wyjazdach, to powiedz

redakcja

Autor:redakcja

21 października 2020, 20:31 • 4 min czytania 41 komentarzy

Znacie takich ludzi, którzy generalnie są spoko, można się z nimi spotkać, pogadać, ale zawsze nalegają, żeby spotkać się u nich w domu? A jak już mają gdzieś wyjść, ruszyć dupę, to niby się zgadzają, a tak naprawdę są naburmuszeni cały wieczór jakby robili wielką łaskę? Otóż tak jest ze Śląskiem Wrocław. Śląsku, jak ci się nie chce grać na tych wyjazdach, to siedź we Wrocławiu, pewnie samą grą u siebie też się utrzymasz, szczególnie w tym sezonie. A poza tym oddawaj walkowery zamiast męczyć bułę.

Śląsku, jak nie chce ci się grać na wyjazdach, to powiedz

Śląsk zaczął z wysokiego C, bo od bramki. Z tym, że Exposito pomyślał, że gramy na stare, bez spalonych. Jarzębak nie zgodził się z tą interpretacją. Gola anulował. Exposito w ramach protestu wkrótce strzelił w aut. Takiego rogala nie powstydziłby się Juninho Pernambucano, a może nawet Sławomir Wojciechowski.

W zasadzie trudno do końca wytłumaczyć jak to możliwe, że Śląsk schodził na przerwę bez straty bramki. Szczerze spodziewaliśmy się, że po grze w chodzonego, jaką zaprezentowali wrocławianie w Płocku, jednak spróbuję dziś uprawiać sport zwany piłką nożną. Śląsk kadrowo potrafił mieć zespół śpiewu i tańca, ale nie w tym sezonie. Przecież Środek pola Śląsk Sobota-Mączyński-Praszelik to nie jest trio, które w grze przeciwko Gwilii-Sliszowi-Karbownikowi musi biegać za piłką. Tymczasem najwięcej z przodu dawał Musonda, bo przynajmniej czasem komuś uciekł po skrzydle. Potem nie wiedział co zrobić z piłką, ale chociaż biegał. Praszelik próbował, ale najbardziej zapadała w pamięć akcja, gdy przy wycofaniu trafił w Sobotę.

Jedyne, co ratowało Śląska, to że Legia, co miała, to pudłowała.

Reklama

O Pekharcie po dobrym początku sezonu, ukoronowanym golem z Zagłębiem zza szesnastki mówiono, że odpruł łatkę piłkarza, który nieźle gra głową, a piłka od niego czasem się fartownie odbija. No to  w pierwszej połowie postanowił przypomnieć swoją kabaretową stronę. Trzeci metr, nikogo wokół, Pekhart zaplątuje się we własne nogi.

Tu powinno być 1:0. Tak samo jak przy akcji Luquinhasa, który dobrze wpadł w pole karne, miał przed sobą tylko Putnockiego, ale jeszcze postanowił odgrywać – Karbownik w słupek. Szanujemy, że Luquinhas nie jest egoistyczny, ale miał czystą pozycję, nie potrzeba było szukać kogoś, kto ma lepszą, bo nikt nie miał. Dodajmy też kontrę 5 na 3, którą spartaczył Wszołek dla odmiany zagraniem zbyt egoistycznym. Jak wychodzisz piątką na trzech obrońców, to skorzystaj z tej przewagi, a nie uderzasz z ostrego kąta. Kompletnie bez sensu zagranie.

To tylko stuprocentowe szanse, bo Legia okazji stwarzała więcej – Śląsk, jeśli miał coś z Warszawy przywieźć, musiał zmienić granie. Kontynuacja swojej klasycznej wyjazdowej zachowawczości była skazana na rychły oklep. Legia tylko w pierwszej połowie oddała 11 strzałów, miała 69% posiadania piłki.

Po zmianie stron dokonała się formalność. W zasadzie pierwsza akcja Legii, trochę przebitek w polu karnym, wreszcie Juranović uderza zza pola karnego i Śląsk dostaje gonga. Tak zasłużonego, że bardziej już nie można. To również nie otrzeźwiło w żaden sposób zespołu Lavicki. Mistrzostwo świata w niedokładnościach, wicemistrzostwo w prostych stratach. Skok Adama Małysza w Trondheim w złych decyzjach. Symbolem luta Exposito, który wiedząc, że za chwilę zostanie zmieniony, po prostu sobie kopnął piłkę. Kompletnie nie patrząc czy jest ktoś lepiej ustawiony – a lepiej ustawiony był każdy – tylko a co tam, strzelę sobie. Exposito umie grać w piłkę, ale taki festiwal egoizmu, jaki dzisiaj zaprezentował, to było coś szczególnego.

A Legia grała w piłkę i robiła to całkiem nieźle. Dobrze wyglądał środek pola, gdzie znowu świetnie prezentował się Karbownik. Tradycyjne sporo pozytywnego zamieszania robił Luquinhas. To on dopadł do otwierającego podania Pekharta na lewym skrzydle, wstrzelił piłkę, gdzie finalnie Putnocky wystawił ją na strzał praktycznie do pustaka Pekhartowi. Należy tu docenić to dogranie do Luquinhasa – śmichy chichy z sytuacji z pierwszej połowy, ale przy golu pokazał znakomite, jakościowe dogranie otwierające, czyli coś, z czym się nie kojarzy.

Reklama

A jednak goście z niczego strzelili gola kontaktowego, wykorzystując prezent Jędrzejczyka. Jędrzejczyk parę lat gra w piłkę, ale widać jeszcze się nie nauczył, żeby nie grać wzdłuż bramki. Szczególnie, jak jest w pobliżu napastnik. Piasecki przechwycił, pewnie wykończył, a Boruc był ewidentnie wściekły na Jędzę, do czego miał prawo.

Do końca meczu było jeszcze ładnych kilka minut, ale nawet gol kontaktowy nie sprawił, by Śląsk cokolwiek zaczął grać. Dziesiąta porażka wyjazdowa w 2020 stała się faktem. To jest ta powtarzalność. Powiedzieć, że Śląsk wraca z Mazowsza na tarczy, to nic nie powiedzieć. Dwa żenujące spotkania, każące cieszyć się kibicom, że nie ma jeszcze jakiegoś meczu z Pogonią Siedlce albo Żyrardowianką.

Legia? Pełna kontrola spotkania minus jeden B-klasowy błąd Jędrzejczyka. Pewnie do czegoś można się przyczepić, ale prawda jest taka, że rywal został przeczołgany. Wynik nie oddaje pełni obrazu, bo do ostatnich minut Legia stwarzała obiecujące okazje. I to by był powód do radości dla warszawskich kibiców, gdyby nie mącące nastrój, cisnące się na usta pytanie:

Nie można było wcześniej, na przykład w pucharach?

Fot. FotoPyK

Najnowsze

Komentarze

41 komentarzy

Loading...