Sześć bramek? Jakim cudem tak mało!

redakcja

Autor:redakcja

25 września 2019, 20:26 • 4 min czytania

Sześć bramek? Jakim cudem tak mało!

Coś tam pograł w półfinale Liverpool, w miarę meczyki serwował Tottenham, niezgorsze Ajax, wreszcie Śląsk z Zagłębiem, ale wszelkie rankingi najlepszych meczów 2019 roku zostały dzisiaj przetasowane jak talia przed makao. Cracovia – Jagiellonia zagrały meczyk na klasyczne hokejowe siedem siedem, jakim cudem skończyło się tylko na 4:2 dla Pasów: tego nie wie nikt. No, może trochę Kadlec.

Reklama

W pierwszym składzie Pasów wystąpił tylko jeden grajek, który w weekend wyszedł na Legię, a przecież i Hanca zszedł w przerwie, bynajmniej nie ze względu na nieudaczną grę – wygląda dobrze – tylko ze względu na weekendowe derby. Jaga pod tym względem zaprezentowała większą mobilizację, względnie, mniej wiary w to, że jej ławkowicze nie przyniosą wstydu: z wysokości boiska hymnu Maleńczuka słuchali Runje, Pospisil, Romanczuk, Imaz, Guilherme. Trzon zespołu był.

Co było widać i zarazem nie było tego widać zupełnie. Jak się wytłumaczymy z takiego paradoksalnego zdania? Otóż Jagiellonia, owszem, zakładała dzielnie wysoki pressing, potrafiła klepnąć ze sobą a nie z bandą reklamową zakładu pogrzebowego, potrafiła nadać akcjom płynność. Ofensywa działała. Ale w tyłach jedne wielkie jajca. Wiesz, że nie jest dobrze, jeśli bodaj najlepszym graczem bloku defensywnego został Wojciech Błyszko, dwudziestolatek debiutujący w Jadze, który może i zdolny, ale jednak ostatnio grał w II lidze.

Reklama

To, że Sandomierski jest w jako takiej formie, należało się domyślić, kilka wiosen minęło odkąd był w orbicie kadry – tak, to zdarzyło się naprawdę, Sandomierski kiedyś zatrzymał Liberopoulosa – i szedł podbijać wielki belgijski Genk. Podobno Sandomierski nie gra regularnie nawet u siebie w FIFIE, bo sam siebie wpieniał. Żarty żartami: Grześkowi wybitnie brakowało czucia gry, to widać było bardzo wyraźnie, ile dla golkipera znaczy regularnie granie, a ile jego brak. Sandomierski ostatecznie wybronił przecież nawet karnego, w końcówce pokazał, że to i owo umie, ale początek – dramat. Prawie każde wyjście do wrzutki takie, że piłka w jedną stronę, on w drugą stronę. Jak raz wyszedł przed pole karne i zatańczył tam coś w rodzaju piłkarskiego kankana nie było wiadomo co powiedzieć.

To Sandomierski pomógł otworzyć wynik, wybijając strzał Hancy przed siebie, prosto w gąszcz nóg, idealnie na dobitkę, której nie omieszkał wykonać Piszczek. To Sandomierski też pokpił sprawę przy trzecim golu, uderzeniu z kilometra autorstwa Vestenickiego – Grzesiek miał uderzenie na ręce, choć faktycznie, rykoszet od Runje nie pomógł.

No właśnie, Runje. On miał trzymać obronę Jagi. On w przemodelowanej defensywie powinien rządzić, wprowadzając młodego partnera z zespołu, pokazując z czym to się je. Tymczasem był to zapewne jeden z jego najgorszych meczów w karierze. Umaczał oba łapska przy trzech golach – to rykoszet, to krótkie wybicie, to odpuszczenie – a jeszcze sprokurował karnego, choć piłka była wyrzucona do boku pola karnego i faul nie miał najmniejszego sensu. Dobrze, że widzieliśmy chłopa w jeszcze paru innych meczach, bo po takim podejrzewalibyśmy, że występ na boisku wygrał w fundacji „Mam marzenie”.

Gdyby nie sabotażysta Runje i wolno rozgrzewający się Sandomierski to kto wie, kto wie. Jagiellonia stwarzała przecież okazje i to mimo faktu, że grała bez napastnika, bo wyrzucony tam Imaz źle wygląda i tak naprawdę najbardziej się przydawał, gdy swoje nominalne stanowisko opuszczał. Jagiellonia miała obowiązek trafić po kuriozalnym pośrednim z piątego metra – tak, w tym meczu zdarzyło się wszystko – ale Hrosso przyjął na głowę uderzenie lecące zapewne z prędkością niedozwoloną dopiero na autostradzie. To byłoby trafienie na 1:1.

Jaga cały mecz goniła króliczka, ale robiła z wielką pasją i wiarą, tego nie można jej odmówić. Gol kontaktowy tuż przed przerwą? Camara w zasadzie powinien zagrywać, to było beznadziejne ustawienie pod strzał. Ale nie kalkulował i Hrosso wpadł z piłką do siatki. Bramka na 2:3 to też konsekwencja kolejnych nieustępliwych ataków, zupełnie tak, jakby Jaga nie grała od pół roku, a nie od paru dni – w końcu po kornerze najwięcej przytomności zachował Błyszko i płaskim strzałem pokonał Hrosso. Kibice Jagi mogą wspominać: ten gol powinien dawać remis, bo chwilę wcześniej Imaz wystawił patelnię Kadlecowi, dwustuprocentowa pozycja, tylko trafiać, a jednak pudło, niemniej to oszukiwanie się: Cracovia też miała okazji od cholery i trochę. Gra była wyrównana, na remisową strzelaninę, ale bramka na 4:2 w końcówce Van Amersfoorta nie pozostawia złudzeń:

Wygrał zespół dojrzalszy. Wygrał zespół skuteczniejszy. Wygrał zespół mądrzejszy?

Można się spierać, ale sam fakt, że takie epitety padają do – w dużej mierze – ławkowiczów Cracovii musi budzić optymizm kibiców Pasów. Zespół Probierza ma głębię, nie cierpi na syndrom krótkiej kołdry.

Cracovia – Jagiellonia 4:2

Piszczek 16, Cecarić 25, Vestenicky 51, Pelle 94 – Camara 41, Błyszko 85

Najnowsze

Ekstraklasa

Kowal wydał wyrok na trenera Widzewa. „Właściciel nie będzie się patyczkował”

Braian Wilma
13
Kowal wydał wyrok na trenera Widzewa. „Właściciel nie będzie się patyczkował”
Reklama

Weszło

Reklama
Reklama