Górnik Zabrze ciągle sprawdza, na czym polega ligowa reforma. Czy na przykład jest możliwe, by wicelider po 21. kolejce zakończył ligę na drugim miejscu, ale od końca? Nie wiemy, jak daleko podopieczni Józefa Dankowskiego i jego pomagiera, Roberta Warzychy, chcą się posunąć, ale my ich zapewniamy: tak, jest to możliwe. Wciąż trzeba brać pod uwagę ewentualność, że zabrzanie spadną z ligi.
Powiecie, że to niemożliwe?
Jeśli w następnej kolejce Górnik przegra z Lechem Poznań, co przecież jest prawdopodobne, to będzie miał wielkie szanse zakończyć sezon zasadniczy w dolnej ósemce. Po podziale punktów zostanie mu 21 punktów, a przedostatnie Podbeskidzie będzie miało wtedy zapewne punktów 14. Siedem oczek różnicy i siedem kolejek do końca, w tym bezpośredni mecz. Biorąc pod uwagę, że Górnik jest najgorszą drużyną 2014 roku, czyli…
a) zdobył najmniej punktów (4, dla porównania Podbeskidzie – 11)
b) stracił najwięcej goli (16, dla porównania Podbeskidzie – 8)
…to trzeba brać pod uwagę, że naprawdę może dać się minąć bielszczanom. Dzisiaj taka katastrofa wciąż brzmi trochę jak science-fiction, ale kiedy poprzednio Górnik spadał z ligi, to też wszyscy zakładali do samego końca, że na pewno jakoś to będzie. A nie było.
Wiadomo, że spadek Górnika to scenariusz z 10-procentową sprawdzalnością, ale jeszcze niedawno to było nie 10 procent, tylko 1 procent. Albo i mniej. Pocieszeniem może być fakt, że chyba na dobre z zimowego snu przebudza się Nakoulma, a więc facet, który może mecz wygrać w pojedynkę. Gorzej, jeśli trener Dankowski i jego pomagier Warzycha dalej będą wystawiać Witkowskiego, bo jak wiadomo, Witkowski jest w stanie zdecydowanie więcej puścić, niż Nakoulma strzelić. Już za sam pomysł, by w bramce grał ktoś taki, nie dopuszczalibyśmy możliwości przyznania jakiejkolwiek licencji Warzysze.
Cracovia zrobiła swoje – wyszła na boisko, pokopała troszkę, gole wpadły same, głównie dzięki żywiołowości Ntibazonkizy. Niczego nadzwyczajnego nie zaprezentowała, po prostu nie położyła się na boisku, a to na Górnika wystarczy.

Kapitalne widowisko obejrzeliśmy w Bielsku-Białej, gdzie zazwyczaj padał jeden gol (albo żaden). Tym razem padło sześć, w tym trzy autorstwa Dalibora Stevanovicia, więc sami rozumiecie, dlaczego w przerwie nawzajem badaliśmy się alkomatem i robiliśmy test na obecność narkotyków. Stevanović finalizował akcje jak niegdyś Gabriel Omar Batistuta, a Sokołowski odpowiadał karnymi strzelanymi z precyzją Platiniego. Mówiąc krótko – było niedorzecznie. Na sam koniec wygrać chcieli jedni i drudzy, jedyne co miało w tym spotkaniu sens to to, że ostatecznie ani jedni, ani drudzy nie wygrali (jak mają w zwyczaju).
Tabela zmieniała się raz po raz. Kiedy prowadził Śląsk – mógł już czuć, że uciekł Podbeskidziu na sporą odległość. Po chwili jednak miał punktów tyle samo, co bielszczanie (w sumie, zabawne). Ostatecznie zachowane zostało status quo. I tak jak trzeba brać pod uwagę, że Górnik może się z ligi spierniczyć, tak cały czas należy to zakładać w przypadku wrocławian. Niby mają skład, ale w 2014 roku zdobyli marne 7 punktów. Dzisiaj byli o krok od porażki z Podbeskidziem i nie można wykluczać, że w fazie finałowej faktycznie przegrają. A Tadeusz Pawłowski – to fakt, a nie żadna złośliwość – jak już prowadził jakąś drużynę, to zawsze spadał z ligi.
Słowo musimy napisać o Remigiuszu Jezierskim, który przez cały mecz wychwalał jednego z najgorszych zawodników na boisku, Piotra Malinowskiego. To wpisywało się w przebieg absurdalnego meczu całkiem nieźle. Kiedy jednak przyrównał pierdołowatego „Malinę” do Michaela Owena, a następnie stwierdził, że wprawdzie ten 30-letni zawodnik nie strzela goli, ale „zbiera cenne doświadczenie, by w końcu strzelać”, to był to już odlot za wysoki nawet jak na nas. Jezierski próbuje być oryginalny na siłę i niestety w efekcie nie jest zabawny, tylko śmieszny. Może czas, by ktoś mu powiedział, że nie musi się tak wysilać, niech mówi, co dziesięć minut jaki jest wynik i wszyscy telewidzowie będą zadowoleni.
