Jak co wtorek: Krzysztof Stanowski

redakcja

Autor:redakcja

01 kwietnia 2014, 15:35 • 6 min czytania

Reklama
Jak co wtorek: Krzysztof Stanowski

Tydzień temu pisałem o licencji trenerskiej dla Roberta Warzychy, teraz w bardzo ciekawym tekście Piotra Jóźwiaka wypłynęła sprawa licencji menedżerskiej dla Marka Jóźwiaka (jeden Jóźwiak z drugim Jóźwiakiem spokrewniony nie jest). Przyznam, że moje zdanie na temat tych wszystkich licencji ewoluuje, kiedyś znacznie frywolniej do nich podchodziłem, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że regulacja obu rynków jest wskazana. I widzę tu wielką rolę PZPN.
Pal licho Warzychę i pal licho Jóźwiaka. Nie o nich tak naprawdę chodzi, ale o tych wszystkich ludzi, którzy poświęcili swój czas i pieniądze, by niezbędne uprawnienia zdobyć. Ktoś wyliczył, że zdobycie licencji UEFA Pro kosztuje około 60 tysięcy złotych, do tego dochodzą stałe opłaty za jej przedłużanie. Podejście do egzaminu menedżerskiego – bardzo trudnego, większość osób nie potrafiła go zdać – też w ostatnich latach łączyło się ze sporymi kosztami. Skoro PZPN sprzedaje usługę pt. „będziesz w elitarnym gronie osób mających prawo wykonywać zawód”, to powinno otoczyć swoich klientów (absolwentów?) specjalną opieką. Dzisiaj trenerzy płacą PZPN-owi za kursy, a na koniec przychodzi ktoś bez kursów – i co? I nic. Związek jest bezradny. Podobnie z menedżerami. Zapłacili za przywilej, który – jak się okazuje – nie jest żadnym przywilejem. Jeśli okaże się, że trenerami i menedżerami mogą być ludzie bez licencji, a związek nie zrobi z tym porządku, to okaże się, że licencje w jednym i drugim zawodzie dobre są tylko dla naiwniaków. Innymi słowy: to wyłudzanie pieniędzy.

Reklama

Jako trener z licencją UEFA Pro lub menedżer z licencją czułbym się oszukany – przecież zapłaciłem (pieniędzmi i czasem) za to, by zdobyć niby niezbędne dokumenty. Skoro wmawiano mi, że muszę je mieć, a zainwestowane środki nie pójdą na marne, to liczyłbym na to, że osoby działające w szarej strefie (albo raczej – nielegalnie) będą spotykały się z reperkusjami. W innym razie cały system traci sens.

Oczywiście trudno nadążyć za życiem, za tymi, którzy prawo w sprytny sposób omijają. Nie da się wszystkiego przewidzieć, a tworzenie przepisów po fakcie bywa zazwyczaj nieskuteczne, zawsze sprowadza się do bycia o jeden krok z tyłu. Niemniej Robert Warzycha powinien mieć tak utrudnione życie trenerskie, jak to tylko możliwe. Skoro na ławce nie może usiąść Ryszard Tarasiewicz, bo krzyknął do sędziego Borskiego, żeby więcej biegał, a może Warzycha kpiący z przepisów, to coś jest tutaj stanowczo nie tak. Z Jóźwiakiem – to samo. On wykonując pracę menedżera jako osoba nie będąca menedżerem, nie podlega żadnym przepisom PZPN i FIFA. Znajduje się wręcz w sytuacji uprzywilejowanej – licencjonowanym menedżerom można coś zrobić, ukarać, coś wymóc, a jemu akurat można – za przeproszeniem – naskoczyć. Ale przecież jest rozwiązanie, podaję je za darmo: nie ma menedżera na świecie, który robi interesy sam ze sobą. Do tanga trzeba dwojga, a do dealu – zainteresowanego klubu. To kluby powinny być karane za to, że dokonują transakcji menedżerskich z osobami, które nie są menedżerami. Kluby już jak najbardziej pod prawo piłkarskie podlegają, PZPN dysponuje odpowiednimi środkami nacisku. O ile więc związek niczego nie może zrobić Jóźwiakowi, bo to osoba prywatna, o tyle może zrobić klubom, które z nim współpracują. Pięć ostrych kar i zaraz rynek byłby uregulowany.

Nie konkretnie o Marka Jóźwiaka mi chodzi (tak się dziwnie składa, że go lubię), ale o osoby z licencjami, które powinny cieszyć się przywilejami. Przywilejami, za które te osoby zapłaciły. Chyba można nawet stwierdzić, że doszło do pewnej transakcji biznesowej: my zapłacimy PZPN-owi za licencje, a PZPN będzie nas chronił przed osobami bez licencji.

Skoro dziś można pracować bez licencji, to szczerze mówiąc: lepiej jej nie mieć. Takim osobom przysługują te same prawa, natomiast nie są nakładane żadne obowiązki.

Reklama

* * *

Przeglądam ligową tabelę. Zmusza do myślenia. Na przykład: jak to możliwe, że Podbeskidzie w meczach wyjazdowych zdobyło więcej goli niż Wisła Kraków? Albo jeszcze inaczej: jak to możliwe, że drugi i trzeci klub naszej ekstraklasy do spółki wygrały pięć meczów wyjazdowych na 28 prób?!

Jak ocenić trenera, który na własnym boisku prawie zawsze wygrywa, a na wyjeździe prawie zawsze przegrywa? Dobry czy zły? Dobry co drugą kolejkę? Jak można prezentować aż tak rozchwianą formę? Przecież boiska zawsze są podobne, o podobnych wymiarach, z podobną trawą. To, że czasami coś krzyczą osoby ubrane na czerwono, a czasami na niebiesko – nie powinno mieć to znaczącego wpływu na przebieg spotkań. Tymczasem u nas Wisła Kraków przez cały sezon wygrała na wyjeździe dwa mecze, oba w żenującym stylu (Kielce, Gliwice). Mający wielkie aspiracje Lech uciułał o ledwie jedno zwycięstwo więcej.

Myślę, że trener przed meczami wyjazdowymi ma troszkę więcej roboty niż przed meczami u siebie. Spędza z drużyną więcej czasu, musi przygotować plan taktyczny odnoszący się do sposobu gry przeciwnika na własnym boisku lub też opracować koncepcję zupełnie niezależną od tego, co pokaże przeciwnik. O ile u siebie można grać „na endorfinach”, o tyle na wyjeździe często trzeba odrobinę pomyśleć.

Reklama

Z jednej strony Franciszek Smuda wykonał w Wiśle dobrą robotę, ale z drugiej – nie pamiętam kiedy ostatnio „Biała Gwiazda” grała aż tak źle na wyjazdach.

I kolejne spostrzeżenie – kiedy Paweł Brożek przychodził do Wisły, to wszyscy się asekurowali: spokojnie, jeszcze nie jest przygotowany do gry i nie jest zgrany z zespołem. Kiedy był nieprzygotowany i niezgrany, to strzelał gola za golem. Kiedy go jednak już przygotowano i zgrano, to nie może oddać strzału. Przez całą rundę wiosenną oddał tylko jedno celne uderzenie i oczywiście nie zdobył ani jednego gola i nie zanotował żadnej asysty. Nie będzie żadną przesadą napisać, że wiosną to jeden z najgorszych napastników w ekstraklasie. A może i najgorszy.

Ja wiem, że Brożek gra z jakąś lekką dolegliwością, czytam przecież prasę. Nie zmienia to jednak faktu, że im więcej czasu spędza w Wiśle, tym trudniej mu znaleźć nić porozumienia z partnerami z boiska – a przecież powinno być odwrotnie. Im więcej trenuje z tym zespołem, tym gorszy efekt. Stawiam więc zasadne chyba pytanie o jakość tych treningów i trenerski pomysł na wkomponowanie strzelca do drużyny.

Niektóre rzeczy na boisku dzieją się same. Kiedyś Jerzy Dudek opowiadał mojemu koledze scenkę z Madrytu. Real miał problemy ze stałymi fragmentami gry – nie strzelał w ten sposób goli, za to tracił. Mourinho zarządził trening. Piłkarzom szło jednak tak źle, że Portugalczyk nie wytrzymał i przerwał zajęcia: – Jesteście beznadziejni, nie mogę na to patrzeć. Nigdy nie strzelimy tak gola. Idźcie pobiegać.

Reklama

Więcej już do tego elementu Mourinho nie wracał, natomiast drużyna… zaczęła zdobywać bramki po rzutach wolnych i przestała tracić. Po prostu. Stało się. Samo. Kiedy patrzę na Wisłę Kraków, mam wrażenie, że wiele rzeczy tam się stało samo. Nie wszystko oczywiście, ale wiele. A kiedy nie wiadomo, dlaczego coś zaczęło działać, to nie wiadomo też, dlaczego przestało.

Najnowsze

Reklama

Felietony i blogi

Reklama