Minął ponad rok od kiedy przedstawiciele Piłkarskiej Ligi Polskiej, czyli z grubsza mówiąc – odpowiednika Ekstraklasy SA dla rozgrywek pierwszej ligi, opowiadali na naszych łamach okrągłe słówka o tym jakie plany mają w zakresie rozwoju zaplecza Ekstraklasy i ile kroków naprzód powinno udać się wykonać. Ponad pół roku minęło już też od momentu, kiedy prezesem PLP został Michał Listkiewicz. Efekty? Z widzialnych gołym okiem – żadne. Oczywiście, zrobienie poważnych rozgrywek jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki z brzydkiego kaczątka, to zadanie karkołomne. Jeśli jednak rozliczać działaczy z ich zapowiedzi, należy odnotować, że zmieniło się… niewiele? Właściwie nic, co mogłoby popchnąć kluby naprzód.
Jak pieniędzy brakowało na wszystko, tak brakuje nadal.
Istotny plus na dziś jest tylko jeden: koszty opłacenia sędziów, obserwatorów i delegatów, które dotąd ciążyły na klubach, zostały przejęte przez Polski Związek Piłki Nożnej.
Listkiewicz od dawna mówi, że sytuację na zapleczu może poprawić tylko wspólne przedsięwzięcie marketingowo – telewizyjne, ale już wiadomo, że w najbliższym czasie nic w tej kwestii się nie zmieni. Przynajmniej do końca sezonu 2014/2015 Ekstraklasa będzie transmitowana w Canal+ (czyli nC+), zaś pierwsza liga na dziewięćdziesiąt dziewięć procent nadal będzie gościć w stacji Orange Sport. Ta z jednej strony sprawia, że rozgrywki medialnie wychodzą do ludzi, ale z drugiej – nie daje zarobić klubom. Zyski z tytułu transmisji wciąż będą groszowe, tylko symbolicznie wyższe niż dotychczas. Prezesi i władze ligi jak mantrę powtarzają, że trzeba dążyć do tego by stosunek wpływów z praw telewizyjnych zbliżył się do modelu niemieckiego (80% Bundesliga, 20% 2. Bundesliga), ale u nas ciągle będzie to raczej 99 % do 1%. Koło się zamyka. Ł»adna stacja za przywilej transmitowania piłki na tym poziomie nie wyłoży poważnych pieniędzy.
Od dawna słychać głosy, że zgodnie z nową umową jeden mecz kolejki pierwszej ligi będzie odbywał się poza weekendem – tak, żeby nie nakładał się terminami z Ekstraklasą. To jednak zmiana kosmetyczna. Frekwencja na stadionach już dziś, nawet w dni wolne od pracy, wygląda bardzo słabo. W tym sezonie średnią widzów na poziomie przewyższającym 5 tysięcy ma tylko jeden zespół – Cracovia (8 tysięcy). Arka czy Zawisza już blisko dwa razy mniej. Pół ligi nie przekracza nawet średniej 2 tysięcy ludzi na spotkanie.
Marketingową „ofensywę” Piłkarska Liga Polska postanowiła rozpocząć od przebudowy strony internetowej z kompromitującej na już tylko… bardzo słabą, która w dalszym ciągu a) nie jest przez nikogo odwiedzana, b) nie oferuje żadnej oryginalnej treści, c) jest rzadko aktualizowana. Pomijając już to, że jej twórcą i jedynym autorem jest niejaki Artur Staroń, ale zbieżność nazwisk z wieloletnim działaczem PLP – Jerzym Staroniem z pewnością jest tu… przypadkowe.
Sponsor tytularny rozgrywek (coś jak Yeti w Himalajach, o którym każdy słyszał, ale niestety nikt nie widział) nadal pozostaje mitem. Mimo tego, że PLP porozumiewało się już nawet z firmami zewnętrznymi, mającymi znaleźć inwestora. Na dziś stanowisko w sprawie jest ciągle życzeniowe. Na zasadzie: „Rozmawiamy, powinniśmy pozyskać sponsora przed rozpoczęciem nowego sezonu”. Niestety, jak dotąd, wszyscy wiedzą, co powinni, tylko jakoś nikt nie wie, jak zrobić to w praktyce.