Wszędzie na świecie, w zdecydowanej większości poważnych klubów, przypadkowy, niedzielny kibic może kupić sobie bilet i ot tak wejść na stadion. Jednorazowo. W zdecydowanej większości dostanie możliwość rezerwacji internetowej albo przynajmniej telefonicznej, zapłaci kartą kredytową, a po kilku dniach kurier przyniesie mu wejściówki do domu. Na mecze Barcelony przychodzą / przyjeżdżają / przylatują ludzie z całego świata, często nawet zwykli turyści – między zwiedzaniem katedry Sagrada Familia a spacerem po Parku Gaudiego. I nie ma w tym nic złego. Przeciwnie, to oni napychają klubowe kasy, kupując pamiątki i te nieszczęsne bilety. Włączają internet, sprawdzają ceny i po trzech kliknięciach sprawa jest załatwiona.
W Polsce, oczywiście, się nie da.
Sport.pl informuje dziś, że Wisła Kraków jest JEDYNYM klubem Ekstraklasy, który nie wprowadził jeszcze internetowej sprzedaży biletów. Pisaliśmy o tym w grudniu poprzedniego roku (kliknij TUTAJ). Miała to zrobić jeszcze w rundzie jesiennej sezonu 2011/2012, ale nie zrobiła do teraz. Pomimo frekwencji na poziomie 16 tysięcy kibiców, czyli przy połowie zapełnienia stadionu. Kiedy oficjalna strona Wisły przeprowadziła ankietę, 87% głosujących odpowiedziało, że kupowałoby bilety za pośrednictwem sieci, a 69% osób wybierałoby tę opcję za każdym razem. Niestety, to ciągle niemożliwe.
Jak sprawa wygląda w innych klubach? W Koronie, Jagiellonii, Górniku, Bełchatowie – wszędzie to samo. Wchodzimy na specjalną platformę, najpierw musimy się zarejestrować, później aktywować konto użytkownika, zalogować i wreszcie nabyć wejściówkę. Większość klubów nie wysyła ich do domu kupującego (jednym z wyjątków jest Widzew), tylko prosi o odbiór w kasach stadionu.
Można? Można. Choć pominęliśmy jeden bardzo istotny szczegół – kartę kibica.
Człowiek, który przyjeżdża do Krakowa / Warszawy / Wrocławia i chce przy okazji, spontanicznie obejrzeć mecz Ekstraklasy, najczęściej nie może tego zrobić, bo żeby kupić bilet – nieważne w jakiej formie, czy w kasie czy w sieci – musi mieć te plastikową plakietkę, spełniającą ustawowe wymogi. I albo zdąży ją wyrobić, płacąc 15-20 złotych za jedną, albo nie zdąży i na stadion nie wejdzie. Oczywiście, karta nigdy więcej może mu się nie przydać, bo mieszka na drugim końcu Polski i pewnie chciał pójść na ten stadion po raz pierwszy i ostatni w życiu. Ale takie są właśnie przepisy. Można byłoby to jeszcze przeboleć, gdyby nie fakt, że w niektórych klubach, i tu znowu „dobrym” przykładem jest Wisła, karty wyrabia się tylko osobiście. Trzeba udać się do strefy kibica, złożyć uzupełniony wniosek i uiścić opłatę.
Efekt? Niemal w całej Polsce, tłumacząc to sobie względami bezpieczeństwa i koniecznością pełnej identyfikacji kibiców zagwarantowaną w ustawie, nie da się obejrzeć meczu Ekstraklasy jednorazowo, kupując bilet przez internet. Trzeba dołączyć do kolejnego klubu kibica i przejść procedurę prawie jak przy wyrabianiu paszportu. A jeśli ktoś mówi, że to nieważne, bo liczą się fanatycy z karnetami na cały sezon, to niestety bredzi i nie wie, jak funkcjonuje ten biznes.
PAWEŁ MUZYKA