Robert Lewandowski – rekordzista i bohater

redakcja

Autor:redakcja

11 kwietnia 2012, 22:43 • 2 min czytania

Reklama
Robert Lewandowski – rekordzista i bohater

Jeśli ktoś wcześniej miał wątpliwości, kto obok Mario Gomeza jest najlepszym napastnikiem trzeciej (lub czwartej) najsilniejszej ligi na świecie, dziś poznał odpowiedź. Robert Lewandowski w dużej mierze przyczynił się do ogrania w najważniejszym meczu sezonu Bawarczyków, półfinalisty Ligi Mistrzów, i praktycznie zapewnił Borussii drugie z rzędu mistrzostwo. Bo to, że tytuł zostaje w Dortmundzie, jest tak samo pewne, jak to, że to wszystko nie wydarzyłoby się bez niego. „Lewy”. Człowiek, z którego po raz kolejny jesteśmy tak po prostu, po ludzku, dumni. To jest jego wieczór, jego noc. Chociaż nie, to jego rok.
Środowy występ z najbardziej utytułowaną drużyną z Niemiec to jedynie wisienka na torcie, ukoronowanie znakomitego sezonu. Lewandowski z łatwością wbiegał między czołowych obrońców Europy, wypracował sobie dwie świetne okazje (trafił w poprzeczkę i w słupek), a wykorzystał trzecią. Tę jedyną. Jedyną, która pozwala mu wyrównać historyczny wynik Jana Furtoka, która daje Borussii majstra, która potwierdza, że Polak to klasa sama w sobie, klasa światowa. To delikatne, niepozorne dotknięcie piłki piętą, które przesądziło o wszystkim… Z dziennikarskiego jedynie obowiązku odnotowujemy – Lewy przez wszystkie media został wybrany piłkarzem meczu. Znowu.

Reklama

Zapamiętajcie tę chwilę, tego dwudziestego gola, bo na taki moment, taki wyczyn i na takiego napastnika będziemy musieli czekać tyle, ile czekaliśmy teraz. Dwadzieścia jeden lat.

To nie był piękny mecz, raczej – jak na drużyny na tym poziomie – nudna łupanka. A przynajmniej do 77. minuty gry, gdy Robert otworzył wynik spotkania. Dopiero wtedy, przy stanie 0:1, próbujący powalczyć o tytuł Bayern wziął się do roboty. Wcześniej grał słabo, bardzo słabo, nie był w stanie stworzyć sobie właściwie żadnej sytuacji, nie był agresywny, nie był spragniony zwycięstwa, nie atakował, a kwadrans przed końcem pozbawił się jedynego żądła (za Gomeza wszedł Olić). I wtedy się zaczęło – goście naciskali, gospodarze się bronili, momentami w dziesięciu (!) we własnym polu karnym, w końcu popełniali błędy.

W roli kata miał wystąpić Arjen Robben. Przez całe spotkanie niewidoczny – rzadko przy piłce, niewiele udanych dryblingów, ofensywnych akcji – zapragnął być bohaterem. Najpierw wywalczył rzut karny, potem go zmarnował, a na deser spudłował z pięciu metrów do pustej bramki. W doliczonym czasie! Jeżeli Holender nadal się zastanawia, czy ma ochotę wciąż grać w Bawarii, to od dziś powinien błagać o nowy kontrakt. Na kolanach. A na początek zacząć przynajmniej od autozjebki a’la Marcin Budziński. Bo jeśli ktoś zdmuchnął ostatni płomień nadziei w Monachium, jest to z pewnością Robben.

PT

Reklama

Najnowsze

Reklama
Mundial 2026

Iran został skrzywdzony na mundialu. Tak jak irańskie piłkarki przez reżim

Szymon Janczyk
10
Iran został skrzywdzony na mundialu. Tak jak irańskie piłkarki przez reżim

Weszło

Reklama