Radosław Matusiak o szukaniu wyjścia z greckiego kryzysu…

redakcja

Autor:redakcja

11 listopada 2011, 19:45 • 8 min czytania

Reklama
Radosław Matusiak o szukaniu wyjścia z greckiego kryzysu…

Jest rok 2006. 24-letni Radosław Matusiak wychodzi z ekranu każdego telewizora i okładki co drugiej gazety. Często, jak żaden inny piłkarz, gości w kolorowych pismach. Opowiada o klubie? Równie chętnie o degustacji win albo rynkach finansowych. Doradza ludziom w co należy inwestować albo gdzie spędzić wakacje. Wygląda na synonim sukcesu. Prowadzi fajne, modne i dostatnie życie, nawet jeśli piłkarsko jego kariera nie jest ciągłą hossą. Przeciwnicy mówią – miał jedną rundę w karierze. Zwolennicy, że skoro raz potrafił, wkrótce pokaże się znowu. Gra w Palermo, Heerenveen, później w Wiśle. Na chwilę zawiesza karierę, ale przecież musi wrócić… więc wraca. Widzew, Cracovia, w końcu Asteras Tripoli. Czy to droga jednokierunkowa? Czy – jak ładnie ktoś to kiedyś nazwał – „przedsiębiorstwo Matusiak” jest już bliskie plajty, czy też sytuacja wciąż możliwa jest do odwrócenia?
Wrzesień 2011. W Atenach strajkują pracownicy metra i miejskiej kolei. Zresztą, żeby tylko oni. Na ulice wychodzą urzędnicy, a do strajku dołączają wkrótce kontrolerzy lotów. Wszyscy obawiają się kolejnego cięcia płac i coraz bardziej restrykcyjnej polityki rządu. Szacuje się, że pogrążona w kryzysie Grecja ma 350 miliardów euro długu.

Reklama

Niektóre kluby zalegają z wypłatami już osiem, dziewięć miesięcy. Asteras Tripoli nie płaci od czterech. W Arisie Michała Probierza przestali nawet regulować koszty wynajmu mieszań. – Ekonomicznie jest niewesoło, a podejrzewam, że może być gorzej. Opóźnienia pojawiały się już w przeszłości, ale starsi zawodnicy mówią, że prędzej czy później pieniądze w całości trafiają na konta. Pocieszamy się, że tak było dotychczas – mówi w rozmowie z Weszło właśnie Matusiak. Zdecydowanie najgoręcej jest w Atenach. Jeśli ktoś tam jeszcze nie był, po Tripoli być może nie pozna, że cokolwiek się dzieje. Miejscowe zakłady pracy wolą strajkować w stolicy. Na miejscu odbył się ledwie jeden protest. – Nie powiem, że ludziom żyje się dobrze, ale nie rozgrywają się żadne dantejskie sceny. Nic z tego, co oglądamy w telewizji. Poza tym, chyba ta pogoda dodaje optymizmu. Jadąc niedawno taksówką, zapytałem kierowcę dlaczego ci wszyscy ludzie są tak zadowoleni. Nie widać, żeby coś im dolegało. Całe dnie przesiadują w kawiarniach, opowiadają sobie dowcipy… A on na to: tylko to nam dziś zostało – dobra mina. Może faktycznie, tym się jeszcze bronią – twierdzi Matusiak.

Opowiada o swoim sąsiedzie, który pracuje jako urzędnik. Kiedyś zarabiał 1500 euro, w tej chwili dostaje już tylko 800. Szczerze przyznaje, że piłkarze nie martwią się o przyszłość tak, jak przeciętni ludzie. – Nie da się ukryć, że nasze pensje są dużo wyższe. Nawet jeśli po pół roku wypłacą choć połowę zaległości, to i tak wystarczy na sporo czasu naprzód.

Grecja. Trzeba przywyknąć.

Powtarza to kilka razy, a w międzyczasie, jak wyuczony student przytacza cytat z Mickiewicza. „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie. Ja z synowcem na czele i jakoś to będzie”. Oni właśnie tak żyją – jakoś to będzie. I piłka nie jest żadnym wyjątkiem. Szczególnie w Asterasie, gdzie ostatnie tygodnie przypominały siedzenie na tykającej bombie. Przed sezonem klub zdegradowano za korupcję. Minął ledwie tydzień i znów go przywrócono. Nagrano rozmowę dwóch działaczy, w której jeden twierdził, że Asteras jest umoczony. Federacja spuściła więc go z ligi, po czym komisja odwoławcza uznała, że nagranie to jeszcze żaden dowód. Matusiak nadal ma więc szansę gry w pierwszej lidze. Jedną z pierwszych, bo dotąd się głównie leczył. W okresie przygotowawczym zaliczył tydzień treningów. Później sześć tygodni z urazem pachwiny, znów kilka dni zajęć z drużyną i kolejna kontuzja. – Ogólnie, te problemy pojawiają się coraz częściej. Nie jestem już pierwszej młodości i pewnie z tego to wynika…

Reklama

Czuć, co za chwilę sam zresztą przyzna, że piłkę zaczyna traktować trochę bez dawnej „spiny”. – Cierpliwość, to cecha, której zabrakło mi w przeszłości. Dziś mam już prawie trzydzieści lat i nie oszukujmy się, w Barcelonie to ja już nie zagram. Zostały mi może trzy, cztery lata… Kibicom Asterasu w zasadzie nie dał się jeszcze poznać. Zanim się rozsypał zagrał cztery mecze. W jednym ze sparingów zaliczył hat-tricka. Mogą więc gdybać – dobry ten Matusiak czy słaby? Na razie wiedzą, że kontuzjowany, a i on sam kibicowskich nastrojów jednoznacznie odczytać nie umie. Ale przynajmniej, gdy siedzą w tych swoich kawiarniach, miny na jego widok jeszcze im nie rzedną. – Grecy generalnie śmieją się ze wszystkiego i wszystkich. Nie wiem czy szydzą ze mnie, czy się uśmiechają. Nie rozumiem ich języka, ani alfabetu. Nawet jeśli piszą o mnie źle, to też do mnie nie dociera – stwierdza. W szatni mówi po angielsku i włosku. Czasem po polsku, by dogadać się z Serbami. O nauce greckiego w ogóle nie myślał. Wyjedzie stąd za rok albo pół i nowopoznane słówka pójdą w zapomnienie.

Ale póki co wyjeżdżać nie chce. Na dobrą sprawę, nawet nie zaczął jeszcze grać, więc sam zamierza dać sobie szanse. Liga jest, jaka jest, ale nie można powiedzieć, że słaba. Zaplecze ok, warunki do treningu przyzwoite. Ł»aden koniec świata. Można tu jeszcze pograć na niezłym poziomie, a i rodzinie żyje się dobrze. Opowiada: – Nie zdarzyło się, żeby żona kiedyś powiedziała „pakujmy walizki i wyjeżdżajmy”. Problem był tylko na początku, gdy musiałem czekać na mieszkanie w hotelu. Dostałem zapewnienie, że będzie za dwa tygodnie, więc sprowadziłem żonę i córkę. A później skończyło się na tym, że w tym hotelu mieszkaliśmy jeszcze przez miesiąc.

Grecja. Dla nich jutro to równie dobrze za tydzień albo i za miesiąc.

Reklama

Po kilku miesiącach od wyjazdu z Polski, czkawką wciąż odbija mu się rozstanie z Cracovią. Odchodząc z klubu podpisał „ugodę”, rezygnując z trzech ostatnich pensji. O działaczach odważnie wypowiedział się na łamach prasy, więc Cracovia wytoczyła mu proces o zniesławienie. – Publicznie oskarżyłem klub o szantaż. Cały czas nie wiem, jak inaczej miałbym to nazwać, jeśli ktoś mówi: „albo ci nie płacimy, a ty odchodzisz. Albo płacimy i trenujesz z juniorami”. W dodatku na boisku, które bardziej przypomina pastwisko dla krów – broni swego, o które w Polsce walczą dziś jego prawnicy. Sami nie będziemy się powtarzać, kiedyś o tym pisaliśmy:

Czy w listopadzie i grudniu Matusiak był piłkarzem Cracovii? Tak.
Czy był nim jeszcze w styczniu? Tak.
Czy jako piłkarz Cracovii zarabiał pieniądze? Tak.
Czy w listopadzie, grudniu i styczniu również zarobił pieniądze? Tak.

Dlaczego w takim razie miał się ich zrzekać? Albo inaczej – dlaczego w ogóle mógł się czegoś zrzekać, czyli dlaczego te pieniądze nie były na jego koncie? Dlaczego nie zostały mu wypłacone? Przecież z klubu odszedł w połowie stycznia. Jak w świetle tych faktów brzmi słowo „ugoda”? Może raczej przymusowa darowizna na rzecz klubu.

Dziś Matusiak z pewnością podpisałby się pod protestem kibiców, którzy na stadionie przy Kałuży domagają się dymisji wiceprezesa Tabisza. – Ludzie dziwili się, że mówię o Cracovii takie rzeczy… Problem w tym, że wszyscy myślą tak samo, a nikt nie ma odwagi powiedzieć. Zawodnicy, którzy grali w klubie – choćby taki Bartek Ślusarski – coś chyba w życiu osiągali i mają pojęcie o piłce. Trenerzy to samo – Ulatowski, Szatałow. Cracovia niby ma wszystko. Pieniądze na kontach zawodników, trenera, kibiców, nowy stadion, a tak naprawdę nie ma niczego, bo nie ma wyników. Ktoś zastanowił się, dlaczego tak jest, że piłkarze się zmieniają, trenerzy się zmieniają, a wyniki cały czas te same?

Reklama

Image and video hosting by TinyPic

Matusiak się burzy, ale w rozmowie i tak sprawia wrażenie, że to nie ten człowiek. Dawny „RadoMatu” jakby gdzieś zniknął, tak jak uleciała jego forma. A może głównie zdrowie, bo jeśli wciąż leczy kontuzje, trudno mówić przecież o formie. Dziś nie jest już produktem, jakim bez dwóch zdań był kiedyś. Efektownym na boisku i poza nim. W przaśnej polskiej lidze na idola nadawał się świetnie – bo inteligentny, wygadany, z dobrą twarzą na czołówki gazet, sam zdawał się podsycać gorączkę wokół siebie. Przyznaje, był moment, że nikt nie gadał z nim o taktyce czy tym, jak strzela bramki. Bo co się lepiej sprzeda? Analiza فKS-u czy wakacje na Malediwach? Autopromocja była absolutnie jego najmocniejszą stroną. Dziś twierdzi, że trochę żałuje…

Mówi: – Kiedyś zobaczyłem książkę na temat marketingu, w której byłem podany jako jeden z przykładów. A tak naprawdę myślę, że wcale nie wyszedłem na tym dobrze. Medialność nie zrobiła ze mnie lepszego piłkarza. Na kontraktach reklamowych też nie zarobiłem wielkich pieniędzy. Zrobiła ze mnie człowieka znanego, któremu każdy podawał rękę, do którego ludzie podchodzili na ulicy. A kiedy znowu przyszły niepowodzenia, wszyscy wytykali, że nie trenuję tylko uśmiecham się z okładek. Często ci sami ludzie, którzy wcześniej podawali rękę. Nie mam pretensji. Dziennikarze od tego są, że raz kogoś na piedestał wynoszą, a raz z niego strącają. Kiedyś się o to obrażałem, ale dziś mam spokój. Jest pan pewnie drugim dziennikarzem, z którym rozmawiam w tym roku. Mogę spokojnie odbierać telefon. Wiem, że są w Polsce zawodnicy bardziej medialni ode mnie, a przede wszystkim grają w piłkę. Nie czaruję się, Lewandowski interesuje ludzi bardziej niż Matusiak.

Tego nie zmieni, można iść o zakład. Jako reprezentant kraju dawno już się skończył. Ale pytanie – czy to nieuchronna równia pochyła, droga nie do odwrócenia, nadal można zadać. Sam odpowiada życzeniowo: – Rzeczywistość tyle razy przynosiła mi inne rozwiązania, że niczego nie zakładam z góry. Chciałbym wrócić na trochę wyższy level. Wiadomo, że nie international, jak u Beenhakkera… Ale przynajmniej solidny league level.

Reklama

PAWEف MUZYKA

Najnowsze

Reklama
Bundesliga

Oskar Wójcik trafi do klubu z Bundesligi. Dołączy do dwóch Polaków

Maciej Piętak
4
Oskar Wójcik trafi do klubu z Bundesligi. Dołączy do dwóch Polaków

Weszło

Reklama