Depresja piłkarza – o tym się nie mówi

redakcja

Autor:redakcja

11 listopada 2011, 10:48 • 7 min czytania

Reklama
Depresja piłkarza – o tym się nie mówi

W środowisku piłkarskim od lat jest tematem tabu. Gdy ktoś wymienia w jednym zdaniu słowa „piłkarz” i „depresja”, wszystkim zapala się czerwona lampka alarmowa – niebezpieczeństwo, zmienić temat. Przecież piłkarz ma być macho. Najlepiej, gdyby bez przerwy tryskał testosteronem na lewo i prawo. Zawsze ma być uśmiechnięty i pewny siebie. Niezależnie od sytuacji. Niektórzy, na przykład taki Marcin Burkhardt, opanowali tę sztukę do perfekcji. Przegraliśmy mecz? Trudno. Hollywoodzki uśmiech na twarz i jedziemy dalej. W końcu śmiech to zdrowie. Gorzej, jeśli jest to tylko przykrywka do tego, co kryje się głębiej. A tam, pod powłoką niezniszczalnego superbohatera, często czai się ona – depresja.
Dziwnym trafem nikogo nie dziwi, gdy do problemów mentalnych przyzna się prezes banku albo sprzątaczka w szkole. Chandra może w końcu dopaść każdego. Ale piłkarz? Niemożliwe. Przecież on ma wszystko. Pieniądze, samochody, dziewczyny – i to w niemalże nieograniczonych ilościach. Hulaj dusza, piekła nie ma. W takim otoczeniu depresja wydaje się być tak egzotyczna, jak wizja Franciszka Smudy na konkursie oratorskim. A jednak… Zdarza się i to częściej niż się wszystkim wydaje. Sprawa jest prosta. Piłkarz trafia do klubu za grubą kasę i nie ma wyjścia – musi spełnić pokładane w nim nadzieje. Kibic jest wymagający. Nie wybacza potknięć czy słabszych meczów. Kiedy wszystko idzie dobrze – wymyśla pieśni pochwalne i klepie po plecach. Gdy karta się odwraca, potrafi zmieszać z błotem tego, o którego autografie marzył jeszcze tydzień wcześniej. Piłkarz zawodzi – trener sadza go na ławce. Jeden mecz w rezerwie, potem drugi, trzeci i zawodnik traci rezon. Zapieprza na treningach, ale pewność siebie zaczyna coraz szybciej ulatywać. Wtedy idzie do kiosku i w gazecie widzi swoje nazwisko w rankingu rozczarowań sezonu. Zaczynają się problemy, ale piłkarz nie próbuje z nimi walczyć. Nie poprosi o pomoc. I nie przyzna się do słabości. Ma tylko jeden cel – zdusić to w sobie i nie dać nic po sobie poznać.

Reklama

Image and video hosting by TinyPic

– Publiczne opowiadanie o moich problemach było dużo trudniejsze niż gra w derbach przeciwko Rangersom – przyznał kilka lat temu na łamach „Daily Mail” Neil Lennon. Były gracz i obecny trener Celticu Glasgow od lat walczy z powracającymi stanami depresyjnymi. Jest ostatnią osobą, którą można by podejrzewać o tego typu problemy. Na boisku przypominał Gennaro Gattuso. Znacie ten typ – walczak, który nie odpuszcza nikomu, a obok siebie przepuszcza tylko piłkę, zawodnika już nie. Poza murawą też sprawiał wrażenie zawsze pewnego siebie. Ale Irlandczyk przyznaje, że to były tylko pozory. – Na zewnątrz byłem twardy, a w środku czułem się zupełnie wypalony. Byłem jak taka pusta skorupa – wspomina. Postanowił się leczyć i regularnie wygrywa, chociaż przyznaje, że zdarzają mu się gorsze okresy. Pomaga też innym mężczyznom w walce z ich problemami. Wie, jak to zrobić. Sam przez to przeszedł.

Taka pomoc parę lat temu przydałaby się Sebastianowi Deislerowi. Jego historia, jako jedna z pierwszych nagłośniła sprawę depresji wśród profesjonalnych piłkarzy. Miał być niemieckim Beckhamem, ale sława, pieniądze i nienawiść kibiców spadły na niego zbyt wcześnie. Niemały udział miał w tym niemiecki „Bild”. Deisler był wtedy wyróżniającym się piłkarzem Herthy Berlin, a po sezonie miał przejść do Bayernu Monachium. Sprawa była już zaklepana, ale piłkarz zawarł umowę z trenerem, że transfer przynajmniej do końca sezonu ma pozostać tajemnicą. Wtedy do akcji wkroczyli dziennikarze „Bilda”. W sobie tylko znany sposób włamali się na konto bankowe Deislera i na swoich łamach zamieścili zdjęcie przedstawiające wyciąg z konta piłkarza. Sekret wyszedł na jaw – na koncie widniała pokaźna kwota z wiele mówiącym dopiskiem „Bayern Monachium”. Piłkarz nie złamał umowy i nie sypnął. Zrobili to za niego dziennikarze bulwarówki.

Image and video hosting by TinyPic

Reklama

W trybie natychmiastowym i nieodwołalnym Deisler został okrzyknięty zdrajcą oraz największym wrogiem Berlina. – Już wtedy powinienem zakończyć przygodę z futbolem – przyznawał później w wywiadach. Nie zrobił tego, chociaż z rosnącą presją nie potrafił sobie poradzić. Już jako dziecko miał słabą psychikę. Gdy grał z kolegami pod blokiem był zdecydowanie najlepszy, ale i tak bardzo bolały go docinki na temat niewielkiego wzrostu. Pech chciał, że w dniu publikacji artykułu w „Bildzie”, podczas meczu Herthy doznał poważnej kontuzji kolana – jednej z wielu, które prześladowały go przez kolejne lata. Chciał wrócić na boisko i udowodnić kibicom, że dopóki gra z herbem Herthy na koszulce, jest w stanie oddać drużynie całe serce. W końcu to właśnie ten zespół wypromował go do reprezentacji Niemiec. Ale nie mógł tego zrobić. Kolano nadal nie dawało mu spokoju. Zamiast grać, siedział na trybunach i wysłuchiwał wyzwisk od kibiców, którzy jeszcze niedawno go podziwiali. Przeszedł do Bayernu, ale raz uszkodzone kolano odzywało się coraz częściej. Kontuzja wykluczyła go później z udziału w dwóch mundialach, a w gabinetach lekarskich spędzał więcej czasu niż na boisku. W końcu, w wieku zaledwie 27 lat, postanowił dać sobie spokój. Nie wytrzymała nie tylko noga, ale przede wszystkim psychika.

Podobna historia miała miejsce w Bawarii całkiem niedawno. Tylko piłkarz był młodszy, a zakończenie jego historii mogło być o wiele bardziej tragiczne. Brazylijczyk Breno trafił do Bayernu w wieku 18 lat. Z powodu ciągle powracających kontuzji nie potrafił przebić się do pierwszego zespołu monachijczyków. Po czterech latach niepowodzeń w końcu nie wytrzymał. Kilka tygodni temu trafił do więzienia za podpalenie własnego domu. Na szczęście ani jemu, ani nikomu innemu nic się nie stało. Nie będziemy przynudzać i się powtarzać – całą historię obrońcy Bayernu możecie przeczytać TUTAJTUTAJ.

Image and video hosting by TinyPic

– Uczucie rezygnacji i samotności towarzyszy mi od kilku miesięcy. Ucieczka w alkohol i narkotyki tylko pogorszyła sprawę – wyznał jakiś czas temu Martin Fenin na łamach czeskiego portalu „Sportovni Noviny”. Piłkarz Eintrachtu Frankfurt szczerą rozmowę z dziennikarzami przeprowadził ze szpitalnego łóżka. Dzień wcześniej nie było jeszcze wiadomo czy przeżyje. Lekarze zgodnie podkreślali, że miał dużo szczęścia. Na oddział intensywnej terapii trafił z wewnętrznym krwotokiem mózgu po tym, jak wypadł z okna na drugim piętrze hotelu. Chociaż słowo „wypadł” może być tu nie na miejscu. Nie bez powodu służby policyjne przy otwartym oknie znalazły postawione krzesło. Chociaż w momencie wypadku 24-letni Czech był najprawdopodobniej pijany, to przyczyn całego zajścia trzeba szukać znacznie głębiej. Zresztą sam zawodnik wyznał, że powodem była właśnie depresja. Nie szło mu w klubie, nie szło mu w życiu. Problemy chciał zwalczać lekami i zalać alkoholem. Nie udało się. – Próbowałem sam sobie z tym poradzić, ale już wiem, że bez fachowej pomocy się nie obejdzie. Jestem chory. Robię przerwę od futbolu i podejmę intensywne leczenie – wyznał otwarcie, czym w końcu przełamał pewne tabu.

Reklama

Niestety trochę za późno, żeby zapobiec innej tragedii. Sceną tamtego dramatu też były okolice Hannoveru. Lada dzień miną dwa lata od tragicznej śmierci Roberta Enke. Wiadomość o samobójstwie niemieckiego bramkarza zmroziła wtedy cały świat i wznowiła dyskusję o depresji wśród piłkarzy. Niestety tylko na chwilę. Wszyscy zastanawiali się, dlaczego właśnie on? Przykładny mąż, ojciec, spokojny człowiek. Niewielu wiedziało, że tak naprawdę od lat zmagał się z mentalnymi problemami. Wszystko zaczęło się od tragedii, która dotknęła jego rodzinę. W 2006 roku stracił dwuletnią córkę – Larę. Od urodzenia zmagała się z wrodzoną wadą serca i nie przeżyła jednej z operacji. Razem z żoną adoptowali później dziewczynkę, a Enke nie dawał po sobie poznać, że nadal bardzo cierpi po stracie ukochanej córki.

Image and video hosting by TinyPic

Na sportowym polu wszystko wydawało się być w porządku. Dopiero co wrócił z zagranicznych wojaży. Liznął wielkiej europejskiej piłki – zahaczył o Lizbonę, Barcelonę, Stambuł. W końcu zakotwiczył w Hannoverze, odnalazł dawną formę i został nagrodzony tytułem najlepszego bramkarza Bundesligi. Wszystko wskazywało na to, że to właśnie on będzie pierwszym golkiperem ekipy Joachima Loewa podczas mundialu w RPA. Tę wspaniałą – jak by się mogło wydawać – passę, przerwał pędzący ponad 160 km/h pociąg relacji Brema – Hannover. Dopiero wtedy wszyscy przypomnieli sobie, jak w wywiadach wielokrotnie wspominał, że straty dziecka nigdy nie da się zapomnieć. Zawsze był osobą zamkniętą w sobie, a to było jego ciche wołanie o pomoc. Niestety nikt go nie usłyszał.

Depresja to choroba. Nie taka, jak grypa czy lumbago, bo cierpi nie ciało, a umysł, ale jednak. Ł»eby porównanie było trafniejsze – jest czymś w rodzaju kontuzji. I tak samo, jak po zerwaniu więzadeł w kolanie konieczna jest przerwa w grze i interwencja chirurga, tak depresja wymaga regularnych wizyt i wsparcia psychologa. Z tą tylko różnicą, że opuchlizna z kontuzjowanej nogi zejdzie po pewnym czasie sama nawet bez pomocy lekarza, a Robertowi Enke, który nie otrzymał w porę pomocy, nic już życia nie przywróci.

Reklama

MACIEJ SYPUفA

Najnowsze

Reklama
Bundesliga

Oskar Wójcik trafi do klubu z Bundesligi. Dołączy do dwóch Polaków

Maciej Piętak
4
Oskar Wójcik trafi do klubu z Bundesligi. Dołączy do dwóch Polaków

Weszło

Reklama