Reklama

NIE-SA-MO-WI-TE! 6:1, remontada wszech czasów na Camp Nou!

redakcja

Autor:redakcja

08 marca 2017, 23:36 • 4 min czytania 254 komentarzy

Najbardziej magiczny wieczór z Ligą Mistrzów. Najbardziej niesamowicie spędzone 90 minut, jakie człowiek może sobie w ogóle wyobrazić. Najbardziej szalona pogoń, w dodatku zakończona sukcesem, o którym pisać się będzie nie tylko jutro, za tydzień, miesiąc i rok, ale takim, który przypominany będzie przy każdej okazji za dziesięć, dwadzieścia i pięćdziesiąt lat. Bezsprzeczny dowód na to, że niemożliwe nie istnieje. Że żadna, nawet uchodząca za kompletnie beznadziejną, sytuacja nie jest tak trudna, by nie dało się dostrzec światełka w tunelu i zmienić go w oślepiający blask zwycięstwa.

NIE-SA-MO-WI-TE! 6:1, remontada wszech czasów na Camp Nou!

Dziś nie jest trudno uderzać w pompatyczne tony, dziś tak naprawdę najbardziej wymagającym zadaniem jest powiedzenie czegokolwiek tak, by zbyt małymi słowami nie przykryć wielkości wyczynu, jakiego dokonała Barcelona.

Historia nie dawała im żadnych szans. Nikt nigdy wcześniej nie odrobił w Champions League 0:4 z pierwszego meczu. PSG nigdy od czasu, gdy klub przejęli szejkowie, nie straciło w tych rozgrywkach więcej niż trzech goli. Wydawało się, że remontada jaką Blaugrana zaserwowała swoim kibicom cztery lata temu, pokonując Milan 4:0 po porażce 0:2 na San Siro, była i tak absolutnym maksimum.

Dziś w futbolu wyznaczono nowe granice. 6:1 Barcelony z PSG to jak nowy rekord świata w skoku o tyczce, pobity o dobre pół metra. Jak złamanie granicy nie dziesięciu, a dziewięciu sekund w sprincie. Rzecz absolutnie niebywała. Tego, co dziś wydarzyło się na Camp Nou wyjaśnić nie byliby w stanie Fox Mulder z Daną Scully. O tym, czego wszyscy byliśmy świadkami ma pełne prawo powstać nie jeden czy dwa odcinki, ale cała seria „Sensacji XXI wieku”. Tak naprawdę do teraz przecieramy oczy ze zdumienia i z pewnością nie jesteśmy jedynymi, którzy czekają, aż na livescorze wyskoczy komunikat: „korekta”. Aż z tunelu na Camp Nou wyjdzie Szymon Majewski i powie: „mamy cię”.

Scenariusz, jaki dziś został przez Blaugranę odegrany, to była jakaś jedna wielka improwizacja. Skrypt nie spisany nigdy wcześniej, który mógłby się narodzić tylko w głowie szaleńca. Szaleńca, który uwierzyłby w słowa Luisa Enrique, że skoro PSG potrafiło wbić Barcelonie cztery gole, to Barcelona może zapakować sześć. Poniekąd przewidując, że właśnie dopiero taka liczba na tablicy wyników może dać awans. Że rywale nie skończą tego meczu z pustymi rękoma.

Reklama

Jeśli tak – nie pomylił się. Barcelonę wyglądającą na powierzchnię, w otchłań zepchnął Edinson Cavani, gdy przy 3:0, stanie o krok od remontady, zapakował piłkę pod ladę. Wrzucił rywali do głębokiej studni o śliskich ścianach uniemożliwiających wspinaczkę. Wtedy chyba nawet piłkarze Blaugrany zwątpili. Dopuścili w łatwy sposób do kolejnych sytuacji – do sam na sam Cavaniego, które wybronił nogą Ter Stegen i sam na sam Di Marii, którego desperackim wejściem w ostatniej chwili powstrzymał Mascherano. Zaczęło się też balansowanie na granicy dobrego smaku. Szukanie wyimaginowanych karnych, mające z fair play tyle wspólnego, co wczorajszy Górnik – Zagłębie z Champions League.

Wydawało się, że już nic z tego się nie urodzi, gdy piłkę do rzutu wolnego ustawił Neymar. I odpłacił za trzy gole bardzo wątpliwej urody trafieniem, które spokojnie może pod koniec roku kandydować do nagrody Puskasa. Obudził bestię. Uśpione po bramce Cavaniego Camp Nou poczuło krew. Ryknęło jak nigdy wcześniej, niosąc Barcelonę do boju. „Razem do celu”, jak głosił największy transparent rozwinięty przed spotkaniem za plecami zawodników.

I wreszcie absolutna jazda bez trzymanki. Karny z czapy, Suarez mocno pracujący na Oscara 2017 (i jeszcze mocniej na całe zastępy ludzi nazywających go padliniarzem), kolejny gol Neymara. Ter Stegen ofiarnie zatrzymujący kontrę, kuśtykający w pole karne PSG, Neymar zachowujący do końca na tyle koncentracji i na tyle świeżości, by w decydującym momencie zagrać na nos do Sergiego Roberto. Idealnie pomiędzy obronę PSG a bramkarza, poza zasięgiem którejkolwiek z białych koszulek.

Ekstaza. Niczym nieograniczone świętowanie, zupełnie jakby Barcę właśnie koronowano na królów piłkarskiego wszechświata, a nie „jedynie” na ćwierćfinalistów Ligi Mistrzów. Dziś Blaugrana zafundowała swoim kibicom lot w kosmos, daleko poza ziemską atmosferę. Zapisała się złotymi zgłoskami na kartach piłkarskiej historii.

Zapamiętajcie ten moment. To spotkanie. Ten wieczór. Wielce prawdopodobne, że czegoś podobnego możemy nie uświadczyć już nigdy.


Reklama

Najnowsze

Liga Mistrzów

Komentarze

254 komentarzy

Loading...