Reklama

Dziś to ulubione miejsce każdego poznaniaka

redakcja

Autor:redakcja

10 lutego 2017, 23:26 • 3 min czytania 78 komentarzy

Nie Stary Rynek, nie pub, w którym dziś na kranach obowiązuje promocja dwa w cenie jednego i nie któraś z imprezowni na Garbarach. Jedenasty metr przed bramką Krzysztofa Pilarza, to w ten piątek, dzięki Bruk-Bet Termalice, ulubiona miejscówka każdego kibica poznańskiego Lecha.

Dziś to ulubione miejsce każdego poznaniaka

Gdyby saperzy rozbrajali bomby z ostrożnością, z jaką obchodzili się z rywalami (i piłką) we własnym polu karnym gracze Termaliki, połowa największych światowych metropolii dawno byłaby zmieciona z powierzchni ziemi. Byłoby to jedno wielkie przecinanie kabelków na chybił-trafił, a nuż jak wyrwiemy jednocześnie czerwony, niebieski i brązowy, to nic złego się nie stanie.

Stało się, gdy Kownacki odkleił się od Osyry, a ten nie zauważył, że między nim a piłką jest noga napastnika Lecha. Stało się, gdy Wojciech Kędziora tak bardzo chciał wyprowadzić kontrę zaczynając od własnego pola karnego, że nabił sobie piłką w rękę. Stało się, gdy Robak wziął na plecy Putiwcewa, a ten wpadł na napastnika Lecha.

3 karne, 3 bramki, 3 punkty, 3:0. Ale niesprawiedliwym byłoby mówienie, że „Kolejorz” poza skuteczną egzekucją jedenastek nie pokazał niczego, nad czym Nenad Bjelica pracował zimą w pocie czoła. Momentami naprawdę przyjemnie oglądało się, jak piłka chodziła między Majewskim, Kownackim, Jevticiem, Gajosem i Makuszewskim. Jak raz za razem podłączał się Kostevych, który dziś jeszcze żadnej cyfry w swoim bilansie goli i asyst nie umieścił, ale coś nam podpowiada, że zmieni się to prędzej niż później.

Nie, nie powiemy jeszcze, że Lech był bardzo dobry. Choć na pewno był obiecujący. Jednak podczas gdy cmokaliśmy z zachwytu po kombinacji po jednym z autów, czy wtedy, gdy Majewski dogrywał no-look pass do Robaka, który brutalnie ograbił „Maję” z jednej z piękniejszych asyst sezonu, to jednak zdarzały się zagrania niedokładne. Niedoszlifowane. Nieprzemyślane. Zdarzały się straty piłki, po których Bruk-Bet mógł mimo wszystko ukłuć.

Reklama

Mógł, a nawet powinien, bo trzeba gościom oddać, że zostali z co najmniej jednej setki ograbieni. Nad sytuacją z pierwszej połowy, gdy Nielsen wycinał Gutkovskisa, jeszcze może byśmy się zastanawiali – nie nad zasadnością odgwizdania faulu, a nad tym, czy powinien być tylko wolny czy aż karny. Jednak podniesienie chorągiewki po smakowitym zagraniu Putiwcewa do Łotysza, dzięki któremu snajper Bruk-Betu wyszedł sam na sam z Putnockym to już sporego kalibru niesprawiedliwość.

Lech miał więc szczęście, ale ono – podobno – sprzyja lepszym. I dziś się z tym stwierdzeniem kłócić nie będziemy. To „Kolejorz” chciał grać w piłkę, to on szukał niebanalnych rozwiązań, w czym przodował grający na niesamowitym luzie Majewski. Wreszcie to Lech przełamał klątwę Wilusza, która ciążyła nad Poznaniem przez cały 2016 rok, kiedy to pojawiając się na boisku co najmniej na pięć minut, stoper ani razu nie potrafił z niego zejść jako zwycięzca.

No i jest jeszcze jeden pozytyw, jaki z tego meczu wyniosą w Poznaniu. Jeżeli Lech w tym roku zakwalifikuje się do pucharów, a w eliminacjach Ligi Mistrzów czy Ligi Europy będzie musiał walczyć o awans w serii jedenastek, pierwszy porządny trening ma już za sobą.

puti

Najnowsze

Komentarze

78 komentarzy

Loading...