Reklama

Wigry w najlepszej czwórce, ale za takie ćwierćfinały to my dziękujemy

Piotr Tomasik

Autor:Piotr Tomasik

30 listopada 2016, 19:28 • 3 min czytania 0 komentarzy

Oglądając wczorajszą potyczkę między Pogonią Szczecin a Puszczą Niepołomice, łapaliśmy się tuzina sposobów, by nie usnąć. Zapałki wtykane między powieki, skrzynka energetyków, otwarte na oścież okno – trzeba było próbować wszystkiego. Dziś, znów o tej samej porze, obejrzeliśmy mecz wcale nie lepszy. Mecz panujący na wzajemnym przepychaniu piłki i kilku efektownych wykopach w aut, ale nie sposób przy tym nie docenić gola na pocieszenie dla GKS-u, który z chęcią odtworzymy sobie jeszcze po końcowym gwizdku.

Wigry w najlepszej czwórce, ale za takie ćwierćfinały to my dziękujemy

Środek tygodnia. Ujemna temperatura. Zmrożona na kość murawa pokryta paskami szronu. GKS Jastrzębie tuż po bez mała 700 kilometrach spędzonych w autokarze, zaś Wigry – z zaliczką po wygranym 2:1 spotkaniu wyjazdowym. Po meczu odbywającym się w takich okolicznościach cudów się nie spodziewaliśmy, ale nawet my, najwięksi sceptycy, wierzyliśmy, że szansa stojąca przed przyjezdnymi trochę tę konfrontację nakręci. Tymczasem, poza drobnymi wyjątkami, które razem upchnęlibyśmy w jakieś pięć, sześć minut, nie wyglądało nam to na starcie, którego stawką jest awans do półfinału Pucharu Polski.

Praktycznie cała pierwsza połowa była z gatunku tych, które eufemistycznie określa się „meczem dla koneserów”, a bardziej wprost – kompletną beznadzieją. Piłkarze z Suwałk tempa nie forsowali, co było jeszcze zrozumiałe – bezowocne klepanie piłki od boku do boku sprawiało, że czas beztrosko płynął, a ten przecież był ich sprzymierzeńcem. Zaskakującą postawę przyjęli natomiast przyjezdni. Mimo świadomości tego, że do awansu potrzebne są im dwa gole, nie kwapili się do wyprowadzania ciosów. Praktycznie żadnej próby natarcia, prawego sierpowego czy chociażby lekkiego prostego – garda, garda i jeszcze raz klincz.

Jak się okazało, nie potrzeba było wiele, by worek z bramkami rozwiązać. Wigry przyspieszyły, ruszyły środkiem, piłka powędrowała na lewo i gospodarzy na prowadzenie wyprowadził Wroński. 3:1 w dwumeczu, bezradny GKS i niesprzyjające warunki – wydawało się, że pozamiatane.

To paradoks, że po 45 minutach tak katastrofalnych, że przypominamy sobie niewiele gorszych, nagle padł gol urody tak wybitnej, że nie wstyd byłoby pokazać go na żadnej szerokości geograficznej. Tuż po zmianie stron Damian Tront złapał piłkę daleko od bramki Wigier i rąbnął bez namysłu – futbolówka, praktycznie pozbawiona rotacji, frunęła a to trochę w prawo, a to trochę w lewo, a to na wysokości trybun, aż nagle… spadła pod poprzeczkę. Palce lizać.

Reklama

GKS ewidentnie potrzebował jakiegokolwiek bodźca do lepszej gry, bo przy 1:1 ruszył do przodu. Na kilka minut stłamsił rywali, zepchnął do defensywy i mógł nawet zdobyć drugiego gola, ale po jednym z dośrodkowań piłka o włos minęła słupek. Szybko jednak Wigry pokazały dlaczego grają dwie klasy rozgrywkowe wyżej niż rywal. Doświadczenie wzięło górę, a kolejne akcje gości niszczone były jeszcze w zarodku. I tym sposobem ekipa z Suwałk cenny remis dowiozła, a – co pewnie dla nich równie istotne – uniknęła i kontuzji, i przemęczenia.

Najnowsze

Komentarze

0 komentarzy

Loading...