Legia odbębniła eliminacje eliminacji do eliminacji

redakcja

Autor:redakcja

19 lipca 2016, 22:18 • 2 min czytania

Reklama
Legia odbębniła eliminacje eliminacji do eliminacji

Dwumecz Legia – Zrinjski miękko ląduje obok takich niezapomnianych szlagierów jak Lech – Żetysu Tałdykorgan, Groclin – MKT-Araz Imisli czy GKS Bełchatów – Ameri Tbilisi. Polacy nie czarowali jak Ronaldinho w hinduskiej lidze futsalu, raczej usypiali przeciwnika niż grali, a gole strzelali podczas jego drzemek. Niemniej na pytanie: „czy był eurowpierdol?” należy odpowiedzieć przecząco. Mistrz Polski przeszedł dalej przedwstępną fazę eliminacji do eliminacji, przeszedł bez wstydliwej szarpaniny o wynik. Nikt więcej nie będzie pamiętał, bo i nie ma czego.

Reklama

Powiedzieć, że Legia dzisiaj nie porwała, to jak powiedzieć, że Korona Kielce ma małe szansę na zwycięstwo w tegorocznej edycji Copa Libertadores. Furorę robi ostatnio określenie: cierpieć na boisku. Pierwsze zwycięstwo Hasiego w Legii z pewnością miało sobie elementy drogi krzyżowej. A to skasowano Guilherme, który chyba kiedyś odwiedził Mostar i sobie znanym sposobem obraził wszystkich mieszkańców, bo polowano na niego metodycznie. A to gra w pierwszej połowie rozłaziła się w szwach, czyli jakieś precyzyjne wrzutki na chorągiewkę, Kucharczyk grający swój mecz, ale w jakąś inną dyscyplinę sportową… nawet Moulin jak uderzył, to w stojące na parkingu seledynowe Deawoo Tico. W tym samym czasie Bośniacy poczynali sobie wcale nieźle, widać było, że choć może Maradony z Pele w swoich szeregach nie mają, to piłka im nie przeszkadza, a niekonwencjonalnych pomysłów na rozegranie mają pod dostatkiem.

Legii karny spadł z nieba w dobrym momencie, bo rywal zaczynał – tak, powiedzmy szczerze – przeważać. Różnie interpretuje się tę sytuację, my jesteśmy zdania, że jakby sędzia nie gwizdnął, wybroniłby się. Ruch do piłki u obrońcy był? Był! Ale nabito go z tak bliska, że czego by nie zrobił, jakby nie uciekał, to wszystko interpretowane było na jego niekorzyść. Właściwie ratowało go tylko błyskawiczne odgryzienie sobie ręki. Nie miał szans.

2:0 po dobrej akcji Hamalainena i świetnym wykończeniu Nikolicia – w zasadzie ogółem jednej z niewielu akcji przypominających nam, że oglądamy mecz piłkarski – przestawiło mecz na slow motion. Koniec. Pozamiatane. Człapiemy do ostatniego gwizdka. Jakkolwiek Malarz miał dzisiaj więcej roboty, niż się spodziewał, i być może Zrinjski zasłużył nawet na jedną bramkę, tak przy 2:0 zrobił się jeszcze bardziej sennie, czytaj – spokojnie. I dobrze. O wynik nie drżał nikt i tak w tej fazie powinno być.

Ale wątpliwe, by ktokolwiek w Trenczynie dzisiaj wielce lamentował, że przyjdzie się w razie czego zmierzyć z Legią. Coś nam podpowiada, że w tamtejszych barach obok „ďalšie pivo!” najczęściej mówiono „Legia? nie je čoho báť”.

Reklama

Fot. FotoPyK

Najnowsze

Reklama

Liga Mistrzów

Reklama
La Liga

Vinicius Junior podjął decyzję. „To klub moich marzeń”

Maciej Piętak
1
Vinicius Junior podjął decyzję. „To klub moich marzeń”