„Ogródek” w Poznaniu odczarowany. ŁKS wypowiedział zaklęcie

Patryk Idasiak

26 października 2026, 20:03 • 4 min czytania 3

Reklama
„Ogródek” w Poznaniu odczarowany. ŁKS wypowiedział zaklęcie

Długimi momentami był to paździerz, w którym jedni oddawali piłkę drugim i źle się to oglądało. Niewiele było pomysłowych akcji, a więcej przypadku. No i przypadkowo też padła bramka, która dała ŁKS-owi zwycięstwo, choć trzeba przyznać – był przy Drodze Dębińskiej zespołem lepszym. A gdyby nie błąd Leo Przybylaka i przytomność Dominika Sokoła, to Lenard Szczygieł zasługiwałby na karnego jeżyka za dwie zmarnowane sytuacje. Kolega z zespołu go jednak uchronił. 

Reklama

Warta Poznań aż siedem spotkań z rzędu grała na wyjazdach. Dopiero w ósmej kolejce mogła wrócić do tzw. „Ogródka” przy Drodze Dębińskiej i był to powrót niezwykle efektowny – rozgromiła bowiem Arkę Gdynia aż 3:0. Obiekt przeszedł modernizację, na którą zbierano pieniądze jeszcze w trakcie gry w Betclic 2. Lidze. Trochę się to przeciągnęło, dostawiono m.in. nową trybunę, wymieniono murawę, a teraz może wejść na stadion 2000 kibiców.

Mecz z ŁKS-em był czwartym u siebie, a przed nim bilans był perfekcyjny – trzy wygrane na trzy. Tyle, że teraz na „Zielonych” czekał najtrudniejszy przeciwnik z dotychczas podejmowanych, bo jeszcze niedawno zajmował miejsce lidera, ale przegrał dwa mecze z rzędu i trochę się w tabeli osunął.

Szczygieł miał rozregulowany celownik

ŁKS ruszył dość odważnie i od razu chciał narzucić swoje warunki. Jako pierwszy zagrożenie stworzył Koki Hinokio, uderzając po samodzielnej akcji w boczną siatkę. Japończyk miał też inną sytuację, gdy piłka trafiła na jego lewą nogę, ale bardzo mocno przekopał. Warta – i to przez całe 45 minut – zdawała się być zaskoczona takim obrotem spraw i w zasadzie tylko broniła. A przecież nie była osłabiona, grała najlepszym możliwym składem. Mateusz Stanek biegał z przodu bez celu, bo żadne akcje do niego nie docierały.

Łodzianie za to kontynuowali napór, bo dobrze im „siadło” na starcie. Wysoki pressing działał nieźle. Najbardziej widoczny w tych atakach był Lenard Szczygieł, ale ewidentnie powinien pójść na dodatkowy trening strzelecki, bo przynajmniej jedną ze swoich dwóch świetnych okazji powinien wykorzystać. Raz uderzył tak, że Leo Przybylak końcami palców zbił piłkę na słupek, ale to, co odwalił w końcówce pierwszej części…

Reklama

Karol Kalata mógł albo w zasadzie powinien mieć asystę do rywala. Zrobił ogromnego „babola” i za krótko podał piłkę do Przybylaka. Wystarczyło tylko, żeby Szczygieł przelobował bramkarza i Łodzianie schodziliby na przerwy z prowadzeniem. Chyba sam się przestraszył tej sytuacji, bo w ogóle nie przycelował.

Statystyka tego „porywającego” widowiska była brutalna. Warta ograniczała się do rzadkich wypadów, które jednak i tak dość szybko się kończyły niecelnymi zagraniami. Do przerwy oddała tylko jeden strzał celny – z rzutu wolnego, który był ni to uderzeniem, ni dośrodkowaniem, choć Jakub Węglarz złapał piłkę na raty. ŁKS z kolei przeważał, ale ładował wszystko w trybuny.

Reklama

Trudno się nie zgodzić z takim komentarzem, że Szczygieł był jednocześnie najlepszy, ale i najgorszy na boisku.

Błąd Przybylaka kluczowy dla losów zwycięstwa

Cały czas dużo było niedokładności, niechlujności i zero takich akcji, po których powiedzielibyśmy przynajmniej, że ktoś fajnie sklepał. Nawet jak Łysiak się świetnie pokazał między strefami i można było ominąć pressing, to piłka odbiła mu się od sęka. A Hinokio, który mu piłkę zabrał… od razu ją oddał niecelnym podaniem. Albo gdy ŁKS był w prostym ataku pozycyjnym, to Wysokiński zagrał do kolegi do tyłu, napędzając kontrę Warty. Apolinarski piłkę przejął, pognał skrzydłem i… wypuścił się na aut.

Po co komentarz tak mało istotnych akcji? Bo generalnie tak to wyglądało. Chaos i odpowiedź stratą na stratę.

I tak się nic nie działo aż do 75. minuty, w której Igor Strzałek przekopał z piętnastu metrów minimalnie nad poprzeczką. Była to kolejna z dobrych szans ŁKS-u – może nie stworzyli ich wiele i przez większość czasu można było usnąć, ale na pewno tego wieczoru robili więcej.

Reklama

Jeśli Warta coś tam próbowała, to znów po rzucie wolnym i (znów )kłopoty miał Węglarz. Dopiero w ostatnim kwadransie oba zespoły zaczęły śmielej atakować, bo gdyby nie to, to statystyki wyglądałyby doprawdy żałośnie. Na pewno Jakub Apolinarski powinien walnąć mocniej, a on w zasadzie… podał do Węglarza. Lepszej szansy „Zieloni” już nie mieli. A to się zemściło.

Bo lepszą miał ŁKS, choć ten gol był tak po prawdzie jak cały ten mecz – chaotyczny. Duży błąd popełnił Leo Przybylak. O ile pierwsze jego piąstkowanie było poprawne, tak do drugiego zbierał się tak ślamazarnie, że przeskoczył i uprzedził go Dominik Sokół, strzelając pierwszego gola w koszulce ŁKS-u.

Reklama

Perfekcyjny bilans pękł. To pierwsza porażka „Zielonych” na zmodernizowanym „Ogródku”.

Warta Poznań – ŁKS Łódź 0:1

  • 84′ Sokół – 0:1

Fot. Newspix

3 komentarze
Patryk Idasiak

Jeżeli akurat nie pisze o piłce nożnej, to na pewno o niej czyta lub z kimś o niej rozmawia. Człowiek paradoksów, bo z jednej strony ma zarośnięte pajęczyną, osławione zero tituli, a z drugiej... mnóstwo tituli w ostatnich latach. Co to oznacza? Że mocniej bije jego serce, gdy na bramkę strzela Kamil Grosicki lub Erling Haaland. Ten mniej znany z rodziny Idasiak. Pogadasz z nim o filmowych klasykach lub starych teleturniejach. Uważa "Lot nad kukułczym gniazdem" za najwybitniejsze dzieło w historii. Chciałby zagrać kiedyś w "Milionerach", ale paraliżuje go możliwość ośmieszenia się na pierwszym pytaniu dotyczącym kulinariów. Może się przełamie, daj mu Boże.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
La Liga

Flick z mniejszym bólem głowy. Obrońcy bliscy powrotu do gry

Braian Wilma
0
Flick z mniejszym bólem głowy. Obrońcy bliscy powrotu do gry

Betclic 1. Liga

Reklama