DeLASKacja w Linzu. Liverpool wygrał, ale ta defensywa…

Maciej Piętak

14 października 2026, 21:06 • 4 min czytania 0

Reklama
DeLASKacja w Linzu. Liverpool wygrał, ale ta defensywa…

Gdyby mecz trwał sześćdziesiąt minut, o zespole Liverpoolu pisalibyśmy praktycznie w samych superlatywach. Spotkania piłkarskie trwają jednak ciut dłużej, a w ostatnich dwóch kwadransach obie ekipy zaprezentowały nam naprawdę radosną twórczość w obronie. Po piłkarzach LASK można było się tego spodziewać, za to po podopiecznych Iraoli ciut mniej.

Reklama

Barcola wyglądał jak Messi. Oczywiście, na tle graczy LASK

Pierwsze minuty nie wskazywały na to, że drogi obu ekip tak bardzo się rozjadą. Austriacy nierzadko wybierali się pod pole karne Alissona i dochodzili do całkiem niezłych sytuacji – w ostatniej chwili zablokowany został Danek, a w zamieszaniu po rzucie rożnym wyraźnie przestrzelił Jorgensen.

Goście z kolei potrzebowali chwili, żeby wejść na optymalne obroty. A gdy zrobili to Wirtz i Barcola, nie było czego zbierać z gospodarzy.

Bardzo przyjemnie patrzyło się na wyczyny Niemca i Francuza. Pod kątem technicznym wyglądali w Austrii jak ludzie z innej planety. Czarowali, dryblowali, strzelali, kreowali, ogólnie robili wszystko.

W 11. minucie dał o sobie znać ten pierwszy, gdy starał się zmieścić piłkę między nogami bramkarza, jednak szczęśliwie Jungwirth obronił.

Reklama

Prawa strona gospodarzy wyraźnie przeciekała i wręcz błagała o jakąś zmianę taktyczną, jednak nic takiego się nie wydarzyło.

„Wydarzyły się” za to trzy gole dla Liverpoolu.

Najpierw bardzo dobre dośrodkowanie Tsimikasa z rzutu rożnego wykorzystał Ronald Araujo, chwilę później Barcola pokonał bramkarza technicznym strzałem (warto docenić kapitalną akcję skrzydłem Ngumohy i później świadome odegranie Goumasa), a niecały kwadrans później Francuz miał już na koncie dublet po dwójkowej akcji z Wirtzem.

Choć trzeba zaznaczyć, że akcja bramkowa na 3:0 zaczęła się od złego podania Jorgensena, które ręką zablokował Tsimikas. Sędziowie uznali jednak, że Grek nie złamał przepisów.

Reklama

Doceńmy Austriaków za postawę po przerwie

Przed drugą połową wyglądało to jednak katastrofalnie. Przyznamy, że już mieliśmy zapisany wstęp, tytuł i czekaliśmy tylko na kolejne gole The Reds.

W samej pierwszej części spotkania Anglicy mogli wcisnąć z jakieś sześć-siedem goli. Kolejne okazje mieli Wirtz i Barcola, Gravenberch obił słupek, a Koumas wpakował futbolówkę do siatki, ale wcześniej był na spalonym.

Po zmianie stron zakładany przez nas scenariusz się realizował. Tuż po przerwie wynik podwyższył strzałem głową Jeremie Frimpong, który wykorzystał kolejne tego dnia dośrodkowanie Tsimikasa w punkt.

Wszystko układało się dla gości wręcz idealnie (może nie dla Koumasa, który kolejny raz wpakował piłkę do siatki ze spalonego) i wtedy na boisko weszli Virgil van Dijk oraz Joe Gomez.

Reklama

Kluczowa okazała się jednak inna zmiana – kiedy Holender i Anglik meldowali się na murawie, szansę w zespole gospodarzy otrzymał Robert Ljubicić. Chorwat z austriackimi korzeniami potrzebował zaledwie kilkudziesięciu sekund, żeby dać odrobinę radości zmarzniętym miejscowym kibicom.

Tej radości by nie było, gdyby wspomnieni, wprowadzeni z ławki, obrońcy Liverpoolu lepiej się ustawili.

Wydawało się, że Austriacy złapali jakieś momentum, ale jeśli faktycznie tak było, to zbyt długo ono nie potrwało, bo trzy minuty po trafieniu Ljubicicia hat-tricka skompletował Barcola. Znowu wszystko zaczęło się od Ngumohy, a Frimpong do gola dołożył asystę.

Chwilę później w końcu szczęście uśmiechnęło się i do Koumasa. Fatalne rozegranie Austriaków, Frimpong z jeszcze jedną asystą, a niepilnowany Walijczyk zmieścił piłkę między nogami bramkarza.

Reklama

Co Frimpong dał, chwilę później zabrał

Jeśli ktoś myślał, że po szóstym golu dla The Reds emocje w meczu się zakończyły, był w błędzie.

Oj, w sporym błędzie.

O atrakcje w Linzu w ostatnim kwadransie zadbał jeszcze Holender. Ogólnie, niesamowite liczby tego zawodnika po zmianie stron – gol, dwie asysty i zamieszanie w utratę wszystkich trzech bramek.

Przy pierwszym trafieniu nie zdołał zablokować ostatniego podania przed golem, przy drugim złamał linię spalonego, a przy trzecim został w banalny sposób przedryblowany. I dzięki niemu dublet w tym meczu udało się ustrzelić także Florianowi Fleckerowi, który dwukrotnie urwał się Tsimikasowi.

Reklama

Przed ostatnim gwizdkiem szansę na zmianę rezultatu mieli jeszcze Van Dijk oraz Dibango, ale obaj przenieśli piłkę nad poprzeczką.

Zatem piłkarze LASK mogą być dumni ze swojej postawy w drugiej połowie, bo zdobycie trzech bramek Liverpoolowi nie zdarza się co tydzień. Iraola z kolei może cieszyć się z konkretów ofensywnych piłkarzy, ale to kolejny mecz z rzędu z trzema straconymi golami.

LASK – Liverpool 3:6 (0:3)

  • 0:1 – Ronald Araujo 22′
  • 0:2 – Bradley Barcola 24′
  • 0:3 – Bradley Barcola 37′
  • 0:4 – Jeremie Frimpong 51′
  • 1:4 – Robert Ljubicić 63′
  • 1:5 – Bradley Barcola 66′
  • 1:6 – Lewis Koumas 72′
  • 2:6 – Florian Flecker 74′
  • 3:6 – Florian Flecker 77′

Fot. Newspix

Reklama

 

0 komentarzy
Maciej Piętak

Liczy, pisze i komentuje - nie zawsze w tej kolejności. Studiuje matematykę, a wcześniej przewinął się przez redakcje 90minut, FutbolNews oraz Żyjemy Futbolem. Prywatnie kibic Wisły Kraków oraz Chelsea. Ma beznadziejny gust muzyczny, jeszcze gorsze poczucie humoru, ale tyle dobrego, że czasem napisze jakiś niezły tekst

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama
Liga Europy

Trener Bayeru chwali Lecha. Nie potrafi jednak wymienić nazwisk piłkarzy

Kacper Korpak
4
Trener Bayeru chwali Lecha. Nie potrafi jednak wymienić nazwisk piłkarzy
La Liga

Surowa kara dla Viniciusa! El Clasico bez Brazylijczyka

Jan Broda
2
Surowa kara dla Viniciusa! El Clasico bez Brazylijczyka

Liga Mistrzów

Reklama