Był 12 lutego 2019 roku. Niektórzy myśleli już pewnie o walentynkach, ale kibice Romy przede wszystkim wybierali się na stadion, by kibicować swojej drużynie w domowym meczu Ligi Mistrzów z Porto. Nie wiedzieli, że na kolejny taki moment przyjdzie im poczekać grubo ponad siedem lat. Czas postu wreszcie dobiega końca i to od razu wieczorem pełnym podtekstów – Rzymianie ugoszczą Real Madryt.
Niebanalna era Mourinho
Trzy tygodnie później Smoki wygrały na Dragao 3:1 po dogrywce i wyrzuciły Giallorossich za burtę. Potem klub popadł w marazm, z którego nie potrafił wygrzebać się przez kolejne lata na plecach kolejnych trenerów.
Szóste, piąte, siódme, szóste, szóste, szóste, piąte – takie miejsce kolejno zajmowała Roma w Serie A w latach, w których nie potrafiła wywalczyć sobie przepustki do kolejnej edycji Ligi Mistrzów. Coś, co zawsze było celem, długo pozostawało tylko niespełnionymi oczekiwaniami drużyny i kibiców.
Oprócz kolejnych niepowodzeń w Serie A, całkiem nieźle wyglądało to jednak w europejskich pucharach. Półfinał Ligi Europy w 2021 roku, triumf w Lidze Konferencji rok później, porażka w finale Ligi Europy 2023, półfinał w kolejnym sezonie – to były wyniki, które należało doceniać, bo nawet jeśli Giallorossi nie występowali w elicie, to o ranking Serie A dbali bardzo mocno.
W trakcie wygnania z Ligi Mistrzów, największy wpływ na klub bez wątpienia wywarła era Jose Mourinho. Zaczęła się bardzo niespodziewanie. Do absolutnej legendy przeszła reakcja sławnego dziennikarza Gianluki Di Marzio, który o zatrudnieniu Portugalczyka przez Romę dowiedział się z zaskoczenia podczas… programu telewizyjnego na żywo. Nie potrafił ukryć swojego szoku.
„Di Marzio”:
Per la sua reazione alla notizia dell’arrivo di Mourinho alla Roma
https://t.co/JhPRomTesM— Perché è in tendenza? (@perchetendenza) May 4, 2021
Powierzenie sterów temu trenerowi było zachowaniem, wobec którego nie dało się przejść obojętnie. Portugalczyk na Olimpico był sobą w pełnej krasie – kibiców własnej drużyny rozkochał, poszliby za nim na wojnę, a rywale mieli po dziurki w nosie jego prowokacji, pieniactwa i ciągłego narzekania na sędziów.
– Za każdym razem, kiedy jedzie się grać z Romą, dzieje się coś, czego nie można zaakceptować. Przy każdym lekkim faulu podnosi się cała ławka i naciska na sędziów, którzy nie mają wystarczającej osobowości, żeby się temu przeciwstawić – narzekał w marcu 2023 roku Walter Sabatini, który pracował jako dyrektor sportowy Salernitany.
Wiedział, co mówi – w tamtym momencie sezonu członkowie sztabu szkoleniowego Romy otrzymali już… jedenaście czerwonych kartek! Asystent, trener bramkarzy czy oczywiście sam Mourinho – w pewnym momencie kiedy odpalało się mecz Giallorossich, to było wiadomo, że przy ławce będzie gorąco. A sędziowie wyznaczani do prowadzenia tych spotkań mieli chyba dosyć jeszcze zanim dojechali na stadion.
Stary wyga z Portugalii doskonale wiedział, co robi. Miał świadomość, że nie dysponuje budżetem Interu, Juventusu czy Milanu, że ciężko będzie mu na papierze rywalizować z Napoli. Stąd też wdrożył sprawdzoną taktykę – od pierwszego dnia sprawił, że zarówno piłkarze, jak i kibice mieli ochotę pójść za nim w ogień.
Śmierć w Budapeszcie
Choć Roma nie walczyła o mistrzostwo Włoch, Stadio Olimpico z czasem pękało w szwach. Atmosfera meczów była kapitalna. Komplet widzów pojawiał się praktycznie na każdym spotkaniu, a Mourinho w społeczności fanów udało się wywrzeć niepowtarzalne wrażenie – wszyscy są przeciw nam, na czele z sędziami, potrzebujemy przeciwstawić się temu razem, żeby pokonać wroga.
Zresztą, Portugalczyk kupił sobie cały żółto-czerwony Rzym już po pierwszym sezonie. Może triumf w premierowym sezonie Ligi Konferencji to nie jest najważniejsze wydarzenie w historii futbolu, ale w historii Romy – bez precedensu.
Po wszystkim w Rzymie zrobiono kawał fety. Nicola Zalewski paradował z transparentem: „Laziali, chiudete le finestre” – prosił kibiców Lazio, żeby zamknęli okna. Może i do Champions League znów nie udało się wrócić, ale Roma odniosła swój drugi sukces w Europie po Pucharze Miast Targowych 1960/1961. Minął szmat czasu.
Sam Mourinho oczywiście odpowiednio opakował wydarzenie ze swojej perspektywy. Zrobił sobie tatuaż i zgodnie z prawdą okrzyknął się pierwszym trenerem, który wygrał trzy obecne puchary rozgrywane pod egidą UEFA – Ligę Mistrzów (w 2003 z Porto i 2010 z Interem), Ligę Europy (w 2017 z Manchesterem United) i wreszcie Ligę Konferencji w 2022 z Romą.
„I wanted a unique tattoo, one that, so far, I am the only one who can have it…”
Jose Mourinho on his new tattoo… https://t.co/ivzCnY8KNa
— Photos of Football (@photosofootball) July 17, 2022
Wspomniana już Liga Europy pojawiła się w kolejnym roku. Choć ostatecznie Portugalczyk wytrwał u steru Romy do stycznia 2024, to sam przed powrotem do stolicy Włoch wspomina w wywiadzie dla „Il Corriere dello Sport”, że jak wrócił do klubu po letnim urlopie poprzedzonym porażką w Budapeszcie, „był już martwy”.
Mecz, który ważył nie tylko włożenie do gabloty kolejnego, cenniejszego europejskiego trofeum, ale też upragniony powrót do Ligi Mistrzów, zakończył się porażką Romy po rzutach karnych. W ciągu 120 minut był remis 1:1, w jedenastkach dużo lepiej spisali się Hiszpanie zwyciężając 4:1.
Do dzisiaj z tego powodu persona non grata w Rzymie jest Anthony Taylor. Anglik podjął kilka decyzji, którą kibice Romy i Mourinho uważają po prostu za jawną kradzież – nieodgwizdany rzut karny za zagranie ręką Fernando, brak czerwonej kartki dla Erika Lameli za łokieć…
W całym meczu Taylor pokazał Romie aż osiem żółtych kartek. Po meczu trener na parkingu odgrażał się sędziemu mówiąc o „hańbie”, a na następny dzień arbitra na lotnisku dorwali kibice. Gdyby byli w bardziej ustronnym miejscu, skończyłoby się raczej gorzej niż epitetami w jego kierunku.
Jose Mourinho waited for referee Anthony Taylor in the parking lot last year to tell him “You are a f***ing disgrace.” after officiating a European final. The same referee at Spain vs Germany. https://t.co/Nuz0Nc0Me3
— Kyama ⚽ (@ElijahKyama_) July 5, 2024
Po tym meczu, do wydania stanowiska poczuła się nawet UEFA. Organizacja potępiła agresję wobec Taylora i jego bliskich. W tym wszystkim wydawało się, że chociaż Roma w rozpaczliwy sposób utraciła wymarzoną szansę zdobycia pucharu i powrotu do Ligi Mistrzów, to jednak pozostała zwarta. Mourinho nie pierwszy raz mógłby budować swoje dowodzenie na poczuciu bycia oszukanym.
Dzisiaj jednak sam Portugalczyk wspomina, że jego przygoda w Wiecznym Mieście właściwie zakończyła się już wtedy. Jesienią 2023 nie potrafił wykrzesać z tej drużyny niczego więcej, aż w końcu w styczniu spadła jego głowa.
The Special One nie byłby sobą, jakby i w takich okolicznościach nie odstawił teatru. Kiedy został zwolniony, miał unieść się honorem i zostawił kapitanowi zespołu, Lorenzo Pellegriniemu, pierścień, który półtora roku wcześniej piłkarze podarowali mu na pamiątkę po triumfie w Lidze Konferencji. Poczuł się zdradzony przez swoich graczy.
Gasperini bohaterem
Następca Mourinho, Daniele De Rossi, zaczął dość obiecująco. W Lidze Europy doszedł do półfinału, po drodze odnosząc prestiżowy triumf i w ćwierćfinale wyrzucając za burtę Milan. Na starcie kolejnego sezonu szybko jednak, bo już we wrześniu, został zwolniony. Eksperyment z Ivanem Juriciem okazał się katastrofalną pomyłką, a klub na spokojne wody wyprowadził dopiero Claudio Ranieri.
Sympatyczny starszy pan siłą przyjaźni otarł się o Ligę Mistrzów. W maju 2025 roku, podczas ostatniej kolejki, w tabeli na żywo był moment, kiedy Roma łapała się do pierwszej czwórki. Juventus jednak sprawy nie pokpił i miejsca w TOP4 z rąk nie wypuścił.
I kiedy ten spokój połączony z ojcowskim wsparciem sprawił, że drużyna zaczęła punktować na bardzo wysokim poziomie (2,03 pkt/mecz), w Rzymie postanowiono… wywrócić wszystko o 180 stopni. W miejsce sympatycznego i opanowanego Ranieriego, za aprobatą samego Don Claudio ściągnięto furiata z Bergamo – Gian Piero Gasperiniego.
Włoch po dziewięciu latach w Lombardii poczuł zew zmian i chciał pokazać, że jest w stanie odnieść sukces także poza Atalantą. To udało mu się osiągnąć już w pierwszym sezonie, chociaż kiedy w marcu Roma wpadła w dołek, to już wydawało się, że ponownie nic z tego.
A jednak – okazały bilans 6-1-0 na finiszu sezonu okraszony historycznym frajerstwem Milanu i Juventusu wystarczył, żeby Gasp po roku osiągnął upragniony cel wszystkich Giallorossich. Roma wreszcie awansowała do Ligi Mistrzów.
I trzeba to sobie powiedzieć wprost – nie wchodzi do tych rozgrywek jako zespół drugiej kategorii Serie A, który się prześlizgnął, wykorzystał dobry układ i nie ma żadnych ambicji. Choć niedzielny remis 0:0 z Como mógł nieco to wrażenie zatrzeć, to jednak Roma na początku sezonu jest obok Interu czołową drużyną we Włoszech, jedną z najbardziej atrakcyjnych.
W tabeli zajmuje trzecie miejsce – oprócz Nerazzurrich wyprzedza ich jeszcze zaskakująco dobre na starcie Lazio – ale drużynę Gasperiniego trzeba docenić nie tylko za wynik, ale i za grę. To druga najlepsza ofensywa Serie A z czternastoma strzelonymi golami, po Interze, który tych trafień ma osiemnaście. Dodatkowo Rzymianie stracili tylko trzy bramki, co wespół z Cagliari daje im miano najszczelniejszej defensywy w lidze.
Świetnym przykładem obecnego stanu Romy i samego podejścia trenera jest Donyell Malen. Ściągnięty w styczniu na wypożyczenie z Aston Villi Holender wszedł do Serie A z buta – w 18 występach strzelił 14 goli. Został wicekrólem strzelców, choć spędził w lidze raptem cztery miesiące!

Ale nie byłoby go w Rzymie, gdyby Gasperini był grzecznym trenerem i nie potrafił tupnąć nóżką. W połowie poprzedniego sezonu wyraźnie powiedział, że Artem Dowbyk i Evan Ferguson po prostu się nie nadają i potrzebuje nowego napastnika. A jak już sobie go wywalczył, to na jego plecach zaprowadził Romę z powrotem do Ligi Mistrzów.
Tak samo potrafił postawić na swoim tego lata, kiedy w ostatnich godzinach okienka Chelsea zaoferowała ponad 50 milionów euro za Manu Kone. Nawet jeśli dyrektorzy Romy biznesowo przez chwilę rozważali taki transfer, to trener szybko im wybił z głowy jakiekolwiek pomysły zmierzające w tym kierunku.
Z Gasperinim tak jest – albo projekt funkcjonuje na jego autorytarnych zasadach i to na ogół przynosi sukces, albo trenera w nim po prostu nie ma. Różnica zdań i konflikt odnośnie budowy drużyny narósł pomiędzy Gaspem a Ranierim. Nawet taka legenda Romy jak Don Claudio musiała opuścić szeregi klubu, bo zdanie szkoleniowca stało się po prostu nadrzędne.
Roma – Real. Gospodarze nie są bez szans
Real ma swoje problemy i przyjeżdża do Rzymu nie w roli dominatora, który co roku wygrywa Ligę Mistrzów, a giganta na nowo poszukującego swojej tożsamości – nawet jeśli we wrześniu pokonał 2:1 Inter. Te wszystkie mniejsze i większe problemy Królewskich Rzymianie z całą pewnością są w stanie wykorzystać, choć sami wcześniej tylko zremisowali 1:1 z Fenerbahce.
Wielka szkoda, że akurat w takim widowisku zabraknie Mile Svilara. Najlepszy bramkarz Serie A ostatnich dwóch lat akurat nabawił się problemu z palcem i na chwilę musi ustąpić miejsca Pierluigiemu Golliniemu, który jednak dał radę zachować czyste konto na trudnym terenie w Como.
Po tych wszystkich latach wzdychania do Champions League, niepozorna październikowa środa w środku miesiąca jest dniem dziecka dla każdego kibica Romy. Na Stadio Olimpico nie będzie gdzie wsadzić szpilki, wielu postronnych kibiców przejdą ciarki po samym odśpiewaniu hymnu przez kibiców, a tu jeszcze danie główne, czyli mecz z Realem Madryt.
Realem Madryt Jose Mourinho, który zapowiada, że nie oczekuje niczego szczególnego ze strony kibiców gospodarzy, ale na pewno spodziewa się szacunku. Biorąc pod uwagę, jakie dwa charaktery spotkają się przy linii bocznej i jak dużo ten mecz będzie ważył dla obu drużyn – nawet nie tyle w tabeli, co biorąc pod uwagę cały kontekst spotkania – tam może wylać się wcale niemniej potu, niż na samym boisku.
AS Roma – Real Madryt to mecz, który po prostu trzeba włączyć. Nawet jeśli o tej samej porze zagrają Manchester City i PSG, to skala emocji, fajerwerków i historii wokół spotkania w Rzymie osiąga rozmiary, wobec których nie da się przejść obojętnie.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix