Przez chwilę było fajnie, nastrzelaliśmy osłabionej Rumunii, ale chyba nawet wtedy mało kto dał się ponieść fali entuzjazmu. Niestety, sceptycy mieli rację, bo reprezentacja Polski znów była smutna, kiepska w defensywie i bezzębna z przodu. W Zenicy przegraliśmy z Bośnią i Hercegowiną 0:1, a mogliśmy przegrać znacznie wyżej.
Cztery mecze i każdy inny – tak wyglądało wrześniowo-październikowe zgrupowanie reprezentacji Polski. Problem? Trzy z nich były dość słabe. Albo dobra, nie ma co pudrować rzeczywistości: trzy były po prostu bardzo słabe.
Wygraliśmy tylko jeden, ten, gdy niemal przez całe spotkanie graliśmy w przewadze jednego zawodnika. Po czterech meczach Ligi Narodów mamy na koncie tylko cztery punkty, straciliśmy już matematyczne szanse na wygranie grupy, za to witamy się z trzecim koszykiem w losowaniu el. ME.
Pierwszy mecz z Bośnią, ten na Narodowym, był nudny, ale uporządkowany, ze skupieniem na szczelnej defensywie. Ze Szwecją – z trójką z tyłu i z trójką w naszej sieci. Z Rumunią – zamienił się w festiwal strzelecki przeciwko osłabionemu rywalowi.
A w Zenicy? W Zenicy dostaliśmy chaos. I mecz, w którym mogło zdarzyć się wszystko. Niestety, choć długo sprzyjało nam szczęście, na końcu do drzwi znów zapukał klasyczny Jan Bednarek z reprezentacji Polski.
No i przegraliśmy.
Bośnia i Hercegowina – Polska. Chaotyczne ataki Polaków
Swoją rolę w poziomie spotkania odegrała pewnie fatalna murawa na bośniackim stadionie. Nie raz i nie dwa było widać, że piłka podskakuje przed zagraniami, piłkarze wstrzymują się z ryzykownymi decyzjami, a często o wiele dłużej niż normalnie czekają przed podaniem piłki koledze.
To wszystko przekładało się na obraz spotkania.
Choć okej, słabą murawą nie można tłumaczyć przecież wszystkiego. Bo z polotu reprezentantów Polski przeciwko Rumunii zostało niewiele. Żeby to zobrazować: przed przerwą jedynym polskim piłkarzem, który zdołał przedryblować rywala był Nicola Zalewski, któremu ta sztuka udała się dwukrotnie.
Jego pozostałym kolegom z drużyny: ani razu.
Moja ulubiona statystyka w meczach reprezentacji Polski. Udane dryblingi przed przerwą w #BIHPOL:
Cash 0
Bednarek 0
Kiwior 0
Frankowski 0
Nowak 0
Zieliński 0
Świderski 0
Szymański 0
Zalewski 2
Żukowski 0— Wojciech Górski (@Woj_Gorski) October 5, 2026
Ale może przestaje się to wydawać dziwne, gdy zwrócimy uwagę, że na drugim skrzydle ustawiony został dziś Karol Świderski. I niezbyt ważne było dziś czy jest to nominalny napastnik, czy – jak twierdzi Jan Urban – dziesiątka. Ważniejsze było to, że to piłkarz kompletnie pozbawiony formy.
Bo gdyby Świderski był w formie, moglibyśmy schodzić na przerwę z wynikiem 1:0. Tuż przed gwizdkiem sędziego cudowne podanie w pole karne posłał Wiktor Nowak, ale tam Świderski przegrał pojedynek sam na sam z bramkarzem. To jednak nie on zaliczył w tej sytuacji najgorsze pudło. Upadając, zagrał jeszcze do Sebastiana Szymańskiego.
Ten był w takiej sytuacji. Ale tak, niestety, trafił w obrońcę.

Wcześniej szczęścia szukaliśmy przede wszystkim z dystansu. Swoich sił próbował Przemysław Frankowski, niezłe uderzenie oddał też Nowak (kolejny niezły mecz, choć zaliczył też kilka niebezpiecznych strat), ale to Bośniacy byli bliżej zdobycia bramki.
Długo sprzyjał nam fart…
Nie żeby ci atakowali w bardziej zorgniazowany czy ładniejszy dla oka sposób. Nie, ale proste środki wystarczały, by narobić problemów naszej, znów wyglądającej mocno niepewnie, defensywie. Jeszcze przed przerwą tylko cud uratował Kubę Kiwiora od samobójczego trafienia, gdy kopniętą przez niego piłkę instyntkownie odbił Marcin Bułka.
Jeszcze więcej szczęścia mieliśmy tuż po przerwie. W 48. minucie wydawało się, że straciliśmy właśnie klasyczną bramkę: zwykła wrzutka, Haris Tabaković ucieka naszym stoperom i spokojnie pakuje piłkę głową do bramki. Gdy wszyscy spuścili już głowy, uratował nas sędzia.
Okazało się, że przy dośrodkowaniu na spalonym był Ermedin Demirović. Czy na pewno absorbował naszych obrońców? To kwestia dyskusyjna, ale skoro arbiter uznał, że tak, to nie będziemy się przecież kłócić.
A skoro już o szczęściu mowa. Furę mieliśmy także kwadrans przed końcem, gdy Mateusz Żukowski wrócił do własnej szesnastki, po czym zasadził soczystego kopniaka jednemu z rywali. I gdzie tu szczęście? Ano w tym, że chwilę wcześniej znów jeden z naszych rywali był na spalonym.
I zamiast rzutu karnego dla Bośniaków, to my, już z coraz kamieniem na sercu, zaczynaliśmy grę od rzutu wolnego.
Ale limit szczęścia się wyczerpał
Ale każda pula szczęścia kiedyś musi się wyczerpać. Nasza skończyła się w 82. minucie, gdy Jan Bednarek z sobie tylko znanego powodu złapał wpół bośniackiego napastnika. Tym razem sędzia nie mógł już podjąć innej decyzji. Podszedł do monitora VAR, a później wskazał na jedenasty metr.
Za chwilę Ivan Basić załadował pod poprzeczkę i przegrywaliśmy z Bośnią i Hercegowiną 0:1.
TAK PADŁ DECYDUJĄCY GOL 🫤
🔴📲Studio pomeczowe ▶https://t.co/8RYCaNPAB1 https://t.co/Q3dHxgu6Ed
— TVP SPORT (@sport_tvppl) October 5, 2026
I kiedy trzeba było gonić wynik, znów okazało się, że król jest nagi. Bezużytecznego dziś Żukowskiego Urban zastąpił Oskarem Pietuszewskim – bo na ławce nie miał żadnego napastnika.
Tylko kto mógłby, kurczę, przewidzieć taką sytuację?
Ale nie, dobra, nie idźmy w narrację, że Polska z Karolem Czubakiem przywiozłaby z Zenicy jakiekolwiek punkty. To nie pojedyncza decyzja sprawia, że polska reprezentacja jest dziś tam gdzie jest.
A jest na trzecim miejscu w czterodrużynowej grupie dywizji B Ligi Narodów. Bliżej już nam do dywizji C, niż do A.
Bośnia i Hercegowina – Polska 1:0 (0:0)
- 1:0 – Basić 84′ (z karnego)