Poręba: Sądziłem, że teraz dostanę powołanie. Jestem blisko [WYWIAD]

Przemysław Michalak

27 września 2026, 19:31 • 11 min czytania 3

Reklama
Poręba: Sądziłem, że teraz dostanę powołanie. Jestem blisko [WYWIAD]

Mało który z polskich piłkarzy za granicą w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy przyspieszył ze swoją karierą bardziej niż Łukasz Poręba. 26-letni pomocnik nie przebił się w RC Lens po transferze z Zagłębia Lubin, a przez dwa sezony w HSV nie udało mu się na dłużej wywalczyć miejsca w składzie. Kiedy jednak latem 2025 trafił do SV Elversberg, najpierw jako kluczowe ogniwo wywalczył z kolegami awans do Bundesligi, a następnie w tejże Bundeslidze beniaminek z Polakiem w składzie zaczął nadspodziewanie dobrze.

Reklama

W dłuższej rozmowie z Weszło Poręba zdradza, czy liczył teraz na powołanie do reprezentacji, z którego wyniku był zadowolony pomimo porażki, za jaki błąd na boisku lepiej byłoby schodzić trenerowi z oczu, wyjazd do jakiego klubu anulowała mu kontuzja, dlaczego nie był gotowy na wyjazd z Polski i dlaczego mimo to ponownie przyjąłby propozycję z Francji. Zapraszamy.

*

Miałeś jakieś oczekiwania, gdy ogłaszano powołania do reprezentacji Polski na Ligę Narodów?

Oczekiwania to za duże słowo, ale myślałem, że zostanę teraz powołany ze względu na to, że od jakiegoś czasu gram wszystko po 90 minut w Elversbergu. Wyszło inaczej, natomiast wiem, że jestem blisko.

Reklama

Czyli masz jakiś kontakt ze sztabem kadry?

Tak, z asystentami selekcjonera. Mam świadomość, że mnie obserwują i szanse na powołanie były większe niż w poprzednim sezonie. Tym razem jeszcze nic nie nadeszło, ale wierzę, że następnym razem się uda.

Poczułeś jakieś rozczarowanie?

Nie. Jak mówiłem, sądziłem, że znajdę się na liście, ale wiem, że mamy dużo dobrych zawodników na mojej pozycji i selekcjoner ma spory wybór.

Reklama

Nie wiem, czy śledzisz internet, ale zwolenników twojego powołania nie brakuje. Lobby „porębowskie” jest całkiem mocne, przynajmniej na portalu X. 

Znajomi nieraz podsyłają jakieś materiały, w których rozmawiają czy piszą o mnie na X. Lubię sobie coś poczytać, ale nie o sobie, dlatego samemu takich rzeczy nie szukam. Wiem jednak, że gdzieś moje nazwisko w dyskusjach się przewija ze względu na ligę, w której aktualnie gram.

Na co dzień unikasz komentarzy w mediach, nie sprawdzasz not?

Nie zamykam się na piłkarski internet. Czasami oglądam jakieś programy i sprawdzam, co dziennikarze mają do powiedzenia. Jestem wielkim fanem naszej reprezentacji, ale nie szukam rzeczy bezpośrednio o mnie, że ktoś uważa, że powinienem być powołany i tak dalej.

Reklama

Łukasz Poręba

Łukasz Poręba: Porażkę 1:2 z Bayernem brałbym w ciemno

Jak oceniasz swoje początki w Bundeslidze? Patrząc po wynikach zespołu i twoich minutach, wydaje się, że to wejście jest bezbolesne. 

Bezbolesne to przesada, ale jest dobrze. Zmierzyliśmy się już z Bayernem i Bayerem Leverkusen. Te zespoły to inny poziom, inny świat. Znakomici piłkarze, przy których musisz się jeszcze więcej naharować, nabiegać i nabronić. Z Borussią M’Gladbach i Schalke częściej mogliśmy być przy piłce i też nieźle to wyglądało.

Z Bayerem na inaugurację wygraliśmy 3:2, ale już ten mecz pokazał nam, jak ciężko będzie w Bundeslidze. Każdy najmniejszy błąd może zostać wykorzystany. Bayern pokazał to jeszcze bardziej. Wiadomo, będą też spotkania, w których przejmiemy inicjatywę i poczujemy więcej przyjemności z gry, jednak musimy być gotowi pocierpieć na boisku. Na razie uzbieraliśmy siedem punktów, jest sympatycznie.

Reklama

Co jest największym przeskokiem w porównaniu z 2. Bundesligą?

No właśnie indywidualna jakość w poszczególnych drużynach. Są tu zawodnicy z dwa razy większymi umiejętnościami i ze znacznie większą inteligencją piłkarską. Wystarczy, że niepotrzebnie w którymś momencie wyskoczysz, pobiegniesz w złe miejsce i już zostaniesz skarcony. To jest ta różnica, bo pod względem walki czy biegania, obie ligi są podobne.

Czyli po takim 1:2 z Bayernem przeważa niedosyt czy jednak drobna satysfakcja, że w ogóle się postawiliście i nie dostaliście 0:5, co nie jest rzadkością z takim rywalem?

Uważam, że 1:2 z Bayernem jest super wynikiem, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Przed meczem w ciemno brałbym taki rezultat. Wiadomo, mamy w sobie dużo ambicji i chcemy wygrywać, ale mamy też świadomość, z jakiego pułapu startujemy. Jesteśmy beniaminkiem, pierwszy raz w historii gramy w Bundeslidze. Teoretycznie z Bayernem powinniśmy zebrać srogie baty. Szczerze mówiąc, sądziłem, że pójdzie nam tego dnia gorzej. Pokazaliśmy charakter i mogliśmy odczuwać niedosyt, bo anulowano nam jednego gola po spalonym, doszliśmy jeszcze do kilku innych dobrych sytuacji. Udowodniliśmy, że nie będziemy chłopcami do bicia. Bayern w 65. minucie wpuścił kilka gwiazd z ławki i daliśmy się zepchnąć do obrony, ale po meczu chwalili nas trener Vincent Kompany i Harry Kane. To budujące.

Reklama

Który z monachijskich kozaków zrobił na tobie największe wrażenie?

Najprościej byłoby odpowiedzieć, że wszyscy. Olise zaczął na „dziesiątce”, potem zszedł na skrzydło i wtedy było widać, że to kapitalny piłkarz. Ale chyba jeszcze bardziej imponowali Musiala i Kane –  swoim poruszaniem i boiskową mądrością.

Łukasz Poręba: Nie powiedziałbym, że Elversberg wywalczy awans

Awans był celem Elversbergu na starcie poprzedniego sezonu? Zaczynaliście dopiero trzeci sezon po wejściu do 2. Bundesligi.

Reklama

Pamiętam, jeszcze będąc w Hamburgu, że Elversberg wszedł do baraży o Bundesligę i przegrał z Heidenheim. Już wtedy był pozytywnym zaskoczeniem, wielu mówiło „wow, co to jest za drużyna!”. Kiedy dostałem stamtąd ofertę, zdecydowałem się ją przyjąć, choć był to dla mnie dość ryzykowny krok. W kadrze zespołu zaszły znaczące zmiany, wielu dobrych zawodników odeszło. Wiedziałem, że cały czas jest potencjał, ale czy zakładałem na początku, że awansujemy? Nie. Powiedziałbym pewnie, że zajmiemy piąte lub szóste miejsce. W klubie też niczego w tym względzie nie deklarowali, ale dyrektor i trener zapowiadali, że będziemy grali najlepszą piłkę. Niektórzy eksperci spisywali nas na straty i mówili, że spadniemy, bo Elversberg znacząco stracił na jakości. W trakcie sezonu można było jednak poczuć, że stać nas na coś wielkiego i awans jest do zrobienia.

Kiedy namacalnie to poczuliście?

Już w pierwszej rundzie. Bardzo dobrze zaczęliśmy, od razu byliśmy w czubie tabeli. Między 6. a 9. kolejką trzykrotnie wygrywaliśmy różnicą przynajmniej trzech goli. Potem już tego po prostu nie zepsuliśmy. Nie dopadł nas żaden większy kryzys, punktowaliśmy regularnie – również z faworytami – i dociągnęliśmy z drugim miejscem. Wiadomo, 2. Bundesliga jest jak Ekstraklasa, zawsze wszystko może się zdarzyć, ale dość szybko poczuliśmy, że jeśli sami czegoś nie odwalimy, to nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy osiągnęli historyczny sukces.

Jak wspominasz fetę po awansie?

Reklama

Była super, ale trudno ją porównywać z tym, co zobaczyłem rok wcześniej, gdy HSV wróciło do Bundesligi. Wtedy z piłkarzami świętowało 150 tys. ludzi.

Trener Vincent Wagner to dla ciebie chyba niezwykle ważna postać, u niego grasz praktycznie wszystko. Czym się wyróżnia na tle innych?

Ma swój pomysł pomysł na futbol. Chce grać ofensywnie, intensywnie, wysokim pressingiem. Z przodu daje zawodnikom dużo wolności. W tyłach obowiązują pewne zasady, których każdy musi się trzymać. U niego musisz być silny, szybki i wytrzymały, do tego umieć grać w piłkę. Wiadomo, że w Bundeslidze wielu rywali ma wyższy potencjał niż my, więc trzeba częściej się bronić, ale gdy tylko nadarzy się okazja, będziemy chcieli grać po swojemu.

Łukasz Poręba

Reklama

Łukasz Poręba: Rok temu czułem, że jeszcze nic nie udowodniłem

Czego ci zabrakło, żeby stać się w Hamburgu kluczową postacią? W obu sezonach grałeś praktycznie po tyle samo: 17 meczów ligowych, około 650 minut. 

Kurczę, w HSV była naprawdę mocna rywalizacja. Praktycznie każdy z tych dwudziestu kilku zawodników mógłby grać w pierwszym składzie. Weźmy piłkarzy na mojej pozycji. Odchodzili z Hamburga na wypożyczenia i w nowych klubach grali regularnie, a wcześniej mieli z tym problem. HSV to po prostu wielki klub, jest z kogo wybierać.

Trener Steffen Baumgart na starcie drugiego sezonu we mnie wierzył. Niestety, podczas obozu doznałem urazu, straciłem dwa tygodnie i zacząłem na ławce. Tylko dwukrotnie wszedłem jako zmiennik. Potem wyniki się pogorszyły i wróciłem do łask. Zagrałem 90 minut z Norymbergą, zremisowaliśmy 1:1, dobrze wypadłem. Pojechaliśmy do Brunszwiku i trener powiedział, że jednak wraca do poprzedniego składu, choć był ze mnie zadowolony. No, sportowo poczułem się wkurzony, nie ukrywam. Wszedłem wtedy na ostatnie pół godziny i zdobyłem dla nas bramkę honorową [porażka 1:3, PM]. Pokazałem, że jestem gotowy i na Schalke znów dostałem 90 minut. Prowadziliśmy już 2:0, ale skończyło się remisem i dzień później Baumgartner został zwolniony. Miałem trochę pecha.

Potem znów nie grałem, chciałem odejść zimą, ale nie dostałem zgody. Mimo wszystko wspominam ten okres pozytywnie, choć mogło się wydawać, że w pewnym względzie został on tracony. Każdy trening, każdy sparing był na sto procent. Teraz zbieram tego owoce. Gdybym się wtedy poddał, pewnie wróciłbym do naszej ligi i tyle. Charakter mi na to nie pozwalał. Wiedziałem, że w końcu się przebiję – w Hamburgu lub w innym miejscu. Dziś łatwo się o tym opowiada, bo wszystko super się ułożyło, ale wierzyłem w to od początku.

Reklama

Na tamtym etapie powrót do Ekstraklasy traktowałbyś jako porażkę?

Każdy ma swoją historię. Rok temu czułem, że jeszcze niczego nie udowodniłem za granicą. Byłem w wielkich klubach jak Lens czy HSV, ale mocniej w nich nie zaistniałem. Musiałem sobie coś udowodnić i zacząć grać. Wiedziałem, że to się w końcu stanie, czułem, że generalnie w 2. Bundeslidze spokojnie dam radę i sprawy w końcu zaczęły się dobrze układać. Nie mówiłbym więc o porażce w przypadku samej Ekstraklasy, bo nasza liga staje się coraz lepsza, ale porażką byłby powrót do Polski na zasadzie „wyjechał, pobył i nie pograł”. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że to się może skończyć w ten sposób.

Łukasz Poręba: Nie byłem gotowy, ale dziś drugi raz poszedłbym do RC Lens

Warto było iść do RC Lens z Zagłębia Lubin? Może po fakcie widzisz, że nie miałeś wtedy szans, żeby się przebić z tak silną konkurencją?

Reklama

Kurczę, tylko głupi nie skorzystałby z takiej szansy, będąc na moim miejscu. Lens zakończyło wcześniejszy sezon na siódmym czy ósmym miejscu. W założeniu nie szedłem do ekipy top3 z Ligue 1. Do tej pory uważam, że gdybyśmy wtedy kręcili się gdzieś w środku tabeli, dostałbym znacznie więcej szans. Graliśmy jednak lepiej niż ktokolwiek zakładał. Zostaliśmy wicemistrzami Francji z jednym punktem straty do PSG. Środek pola spisywał się wyśmienicie. Sekou Fofana i znajdujący się w życiowej formie Salis Abdul Samed tworzyli fantastyczny duet, dlatego nie miałem żadnych szans w tej rywalizacji. Żadnych. Nie było podstaw do jakichkolwiek zmian. Idąc tam, nie miałem bladego pojęcia, że koledzy aż tak wystrzelą. Sądziłem, że będę się mógł bardziej pokazać. Ale nawet teraz po czasie powiem ci, że wiedząc to wszystko, poszedłbym do Lens jeszcze raz, żeby zobaczyć, jak to wygląda na najwyższym poziomie i jaka jest różnica. To było świetne przetarcie.

Nie kusiło, żeby zostać na kolejny sezon i liczyć na jakiś epizod w Lidze Mistrzów?

To był pogmatwany czas w klubie, w gabinetach zaszło wiele zmian. Dyrektor sportowy Florent Ghisolfi, który mnie ściągał, na mecie sezonu odszedł do Nicei. Jego następca w ogóle mnie nie znał, a że prawie nie grałem, chciałem odejść na wypożyczenie. Klub miał taki sam pomysł. Na początku obozu byłem już więcej niż jedną nogą w belgijskim Charleroi. Trener Lens znał tamtego trenera i sugerował, że to dobre miejsce. Byliśmy dogadani, ale znów przytrafiła się kontuzja. Odezwała się pachwina, bolesna sprawa. Pauzowałem przez półtora miesiąca. Na szczęście pod koniec okienka pojawiła się opcja z HSV. Wzięli mnie, mimo że znajdowałem się jeszcze w końcowej fazie rehabilitacji i nie od razu trenowałem na sto procent. W 2. Bundeslidze zadebiutowałem dopiero w listopadzie. Kto wie, co by było, gdybym wylądował w Belgii, ale dziś absolutnie nie mogę narzekać.

Twój agent mówił u nas, że wybieraliście między Lens a Granadą. Może jednak trzeba było obrać kurs na Hiszpanię?

Reklama

Granada wybierała między mną a jakimś gościem z Partizana Belgrad. Zdecydowali się na niego, a mi powiedzieli, żebym trochę poczekał i może jeszcze się uda. Lens za to od początku było zdecydowane i konkretne. Dyrektor sportowy przyleciał nawet do Turcji. Lens było pierwsze, tam czułem się znacznie bardziej chciany. Po drodze konkretnych propozycji nadeszło więcej, ale do MLS czy Serie B po prostu nie chciałem iść.

Nie pojawiały się obawy, czy jesteś gotowy na wyjazd i to na tak głębokie wody? Nie odchodziłeś jako gwiazda Ekstraklasy czy ligowy dominator na swojej pozycji. Taki status miałby dziś na przykład Antoni Kozubal. 

Tak, nie wyjeżdżałem jako gwiazda ligi. Zagłębie to nie jest Lech Poznań, a do tego Zagłębie generalnie nie przeżywało wtedy dobrego momentu i ja też nie błyszczałem. Generalnie ze względu na moją pozycję nigdy zbyt wiele się o mnie nie mówiło. Uważam, że w tamtym momencie pod względem fizycznym nie byłem gotowy na wyjazd. W przypadku Ligue 1 także pod względem językowym, a to konieczne, żeby dobrze rozumieć wszystkie rzeczy w szatni. Na gorąco czułem się gotowy, ale z perspektywy czasu – kompletnie nie byłem przygotowany na wykonanie tak dużego kroku naprzód. Może gdybym jeszcze na rok został w Ekstraklasie, później byłoby łatwiej. Ale jak mówiłem, jeśli do zawodnika Zagłębia odzywa się taka marka jak Lens, to trudno odmówić. Inna sprawa, że moim zdaniem polska liga nie była wówczas żadnym wyznacznikiem takiej gotowości. Za granicą i tak zaczynałeś od zera. Może teraz sytuacja jest już trochę inna.

Reklama

Czyli jeśli bundesligowy ekspert Tomasz Urban mówi o tobie, że nie jesteś piłkarzem telewizyjnym, raczej na taką „kickerową” trójkę tydzień w tydzień, ale robotę zawsze wykonasz, bo uporządkujesz grę, zabezpieczysz kolegów, przeczytasz akcję i przechwycisz piłkę, to traktujesz to jako komplement?

Oczywiście. Wiem, co mam robić na boisku. Mógłbym się znacznie częściej włączać do przodu i coś kombinować, ale gdybyśmy stracili piłkę i cały środek pola pozostałby otwarty, to lepiej, żebym nie pojawiał się na pomeczowej odprawie (śmiech). I tak gramy bardzo odważnie do przodu, więc ktoś musi trzymać środek w ryzach i nie pozwolić, żeby powstawały zbyt duże luki. Z tego jestem rozliczany w pierwszej kolejności.

Czego ci życzyć? Aby nie było gorzej?

Dokładnie tak!

Reklama

rozmawiał PRZEMYSŁAW MICHALAK

Fot. Newspix

3 komentarze
Przemysław Michalak

Jeżeli uznać, że prowadzenie stronki o Realu Valladolid też się liczy, o piłce w świecie internetu pisze już od dwudziestu lat. Kiedyś bardziej interesował się ligami zagranicznymi, dziś futbol bez polskich akcentów ekscytuje go rzadko. Miał szczęście współpracować z Romanem Hurkowskim pod koniec jego życia, to był dla niego dziennikarski uniwersytet. W 2010 roku - po przygodach na kilku stronach - założył portal 2x45. Stamtąd pod koniec 2017 roku do Weszło wyciągnął go Krzysztof Stanowski. I oto jest. Najczęściej możecie czytać jego teksty dotyczące Ekstraklasy – od pomeczówek po duże wywiady czy reportaże - a od 2021 roku raz na kilka tygodni oglądać w Lidze Minus i Weszłopolskich. Kibicowsko nigdy nie był mocno zaangażowany, ale ostatnio chodzenie z synem na stadion sprawiło, że trochę odżyła jego sympatia do GKS-u Tychy. Dodając kontekst zawodowy, tym chętniej przyjąłby długo wyczekiwany awans tego klubu do Ekstraklasy.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Bundesliga

Reklama
Bundesliga

Odszedł z Cracovii do Bundesligi. „To nie jest ogromna różnica”

Maciej Piętak
6
Odszedł z Cracovii do Bundesligi. „To nie jest ogromna różnica”
Bundesliga

Austria, Anglia, Niemcy. Jak oni szkolą? Kulisy pracy z młodzieżą na zachodzie

Szymon Janczyk
4
Austria, Anglia, Niemcy. Jak oni szkolą? Kulisy pracy z młodzieżą na zachodzie