Inter grał, a Real strzelał i miał Courtoisa

Jan Broda

Autor:Jan Broda

08 września 2026, 23:08 • 4 min czytania 0

Reklama
Inter grał, a Real strzelał i miał Courtoisa

Przepuścić pierwszy cios, uśpić czujność, a potem skasować ciężkim nokautem. Stary wyga Mourinho zagrał z Chivu w klasyczną bokserską ciuciubabkę i posłał swojego byłego podopiecznego na deski bez większych skrupułów. Cwaniacki Real ograł 2:1 naiwny Inter w hicie 1. kolejki fazy ligowej Ligi Mistrzów. 

Reklama

Paradoks pierwszej połowy polegał na tym, że Inter grał dobrze, optycznie przeważał, częściej był przy piłce, dochodził do sytuacji bramkowych i generalnie z przebiegu boiskowych wydarzeń wyglądał lepiej na tle Realu, a mimo to schodził na przerwę z wynikiem 0:2. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem Jose Mourinho przypomniał, że w futbolu nie chodzi o wrażenia estetyczne, a zwykłą skuteczność. Koniec końców, w gąszczu liczby podań diagonalnych, faz przejściowych i współczynnika xG – liczy się to, co w sieci.

Jeśli mówisz mi: »grać dobrze i przegrać«, jak stało się w meczu z Betisem – to ja tak nie chcę. Wolę grać źle i wygrać. Ale grać dobrze i wygrywać to oczywiście ideał, bo to też jest ważne – stwierdził Portugalczyk. I między słowami zapowiedział obraz gry z Interem.

Real podpuścił i skasował. Inter pokaleczony w hicie na Bernabeu

Nerazzurri nie byli gorsi. Wręcz przeciwnie. Tylko w pierwszej połowie mieli ponad 70 proc. posiadania piłki. Jakby tego było mało, zaliczyli aż 27 kontaktów z piłką w polu karnym przeciwnika w porównaniu z jedenastoma Realu. Do pełnego udokumentowania dominacji brakowało im jedynie skuteczności. Już w 2. minucie Marcus Thuram huknął z bliska, ale górą był świetnie dysponowany Courtois.

Próbował Martinez, próbował Calhanoglu, próbował Curtis Jones, jednak żaden z nich nie był w stanie sforsować muru w bramce postawionego przez belgijskiego golkipera. A przecież, jak wiadomo, niewykorzystane okazje lubią się mścić. Nie inaczej było i tym razem. Królewscy w bezlitosny sposób zamienili dwa błędy indywidualne na dwa gole.

Reklama

Najpierw w 14. minucie Bisseck pod wpływem pressingu stracił piłkę na własnej połowie, Brahim Diaz błyskawicznie obsłużył wychodzącego na wolne pole Mbappe, a ten po prostu nie mógł się pomylić w sytuacji sam na sam.

Ledwo Josep Martinez otrząsnął się po pierwszej bramce, a już musiał po raz drugi wyciągać futbolówkę z własnej siatki. I to z własnej winy. Hiszpan zabawił się w Llorisa Kariusa – źle przyjął piłkę, zbyt długo zwlekał z jej wybiciem, a Fede Valverde po prostu podbiegł i to wystarczyło, by wturlała się do bramki. Absurdalny gol.

Reklama

Niewiele brakowało, a Real podwyższyłby tuż przed przerwą na 3:0, ale bramkarz Interu zrehabilitował się za poprzedni błąd, zaliczając podwójną paradę po uderzeniach Mbappe i Bellinghama. Schemat akcji był ten sam – strata na własnej połowie i natychmiastowa kontra. Proste środki Królewskich okazały się skuteczniejsze w zderzeniu z wyrafinowaniem Nerazzurrich.

W drugiej połowie przebieg boiskowych wydarzeń nieco bardziej nam się wyrównał. Chivu postanowił reagować i do 60. minuty wykorzystał cztery z pięciu dostępnych zmian. W gronie zmienników pojawił się Piotr Zieliński, który zastąpił Calhanoglu. Polak nie wyróżnił się niczym szczególnym, ale też niczego nie zawalił. Zmiany zmianami, jednak koniec końców to stara gwardia zabrała się za odrabianie strat. W 77. minucie Carlos Augusto po podaniu Martineza w końcu znalazł drogę do bramki Courtoisa.

Reklama

Zasługiwał niewątpliwie Inter na tego gola, być może nawet i na drugiego, ale Courtois więcej razy już się nie dał pokonać. Czy wynik 2:1 jest sprawiedliwy? Między Bogiem a prawdą, trudno powiedzieć. Dziwny był to mecz. Równie dobrze to spotkanie mogło skończyć się 2:2 albo 4:3 dla Interu i również znaleźlibyśmy argumenty, które uzasadniłyby wspomniane rezultaty. To jednak nie ma teraz żadnego znaczenia. Real Mourinho, niczym wytrawny bokser, podpuścił, zadał dwa ciosy, a potem sam nie dał się znokautować i wygrał na punkty.

Reklama

Fot. Newspix

0 komentarzy
Jan Broda

Pasją do futbolu zaraził go tata, za co jest mu dozgonnie wdzięczny - głównie dlatego, że pierwszym meczem, jaki zaliczył z trybun, był bezbramkowy paździerz Wisły ze Śląskiem jesienią 2010 roku. Skoro przetrwał tamto 0:0, przetrwa już wszystko. Dumny wychowanek Bronowianki Kraków, którego nieuchronny marsz po Złotą Piłkę brutalnie zweryfikował chroniczny brak talentu i drewniane nogi. Zamiast więc w piłkę grać, zaczął o niej pisać. Z wykształcenia politolog, którego bardziej niż cyrk odbywający się w Sejmie interesuje wpływ rządów Nicolae Ceaușescu na sukcesy Steauy Bukareszt w latach 80. XX wieku. Kręci go piłkarski plankton, outsiderskie historie spoza mainstreamu i wersy Kaza Bałagane. Baczny obserwator zjawisk na styku świata sportu i brudnej dyplomacji. Z ciekawości nauczył się kilku języków, w tym rumuńskiego, ale najwięcej do powiedzenia ma chyba po polsku. W przeszłości związany m.in. z Tygodnikiem „Piłka Nożna".

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Liga Mistrzów

Reklama