Od 2015 roku na Stadionie Narodowym w Warszawie rozegrano 9 turniejów cyklu Grand Prix. Wiecie, ile razy wygrał Polak? Ani razu! A mówimy o nacji, która w żużlu rozdaje karty. Klątwa Narodowego miała zostać zdjęta 29 sierpnia 2026 podczas zawodów Speedway World Cup. Bo kiedy, jak nie w imprezie całkowicie zdominowanej przez biało-czerwonych? Ano… nie wiadomo, kiedy. Bo dziś jednak nie. Złoto dla Australii, srebro dla Danii, Polacy zaledwie z brązem. Rozczarowanie.
Polacy dominatorami DPŚ
By oddać skalę naszej dominacji w Drużynowym Pucharze Świata, garść statystyk na początek. Polacy w klasyfikacji medalowej tej imprezy odjechali reszcie stawki daleko do przodu – 9 złotych krążków, 3 srebrne i 1 brązowy. Drudzy Duńczycy mieli „zaledwie” 4 złote medale. Hegemonię Polski przerwały dopiero… władze światowego żużla, które postanowiły zmarginalizować DPŚ i wprowadziły w jego miejsce Speedway of Nations. Niby nadal rywalizacja żużlowych nacji, ale tutaj wystarczył mocny duet zawodników, a nie czwórka czy piątka. Manewr zresztą się udał, bo Polska ani razu nie wygrała SoN.
A DPŚ? W erze Speedway of Nations rozegrano go do tej pory tylko raz – w 2023 roku we Wrocławiu. Wygrali oczywiście biało-czerwoni. Trzeci raz z rzędu i dziewiąty w ogóle.
Polacy faworytami DPŚ 2026
Regularność rozgrywania zawodów o Drużynowy Puchar Świata przypomina więc obecnie trochę piłkarski turniej Copa America. Po trzech latach od pamiętnego turnieju w stolicy Dolnego Śląska, najlepsi lewoskrętni świata zmierzyli się w Warszawie. Faworytami imprezy – nie mogło być inaczej – byli Polacy. Przede wszystkim dlatego, że to DPŚ. O atucie własnego toru ciężko mówić, skoro na Narodowym nie szło do tej pory nawet Bartoszowi Zmarzlikowi, sześciokrotnemu mistrzowi świata.
Wiadomo było, że najgroźniejszym rywalem Polaków w grze o złoto będą Australijczycy, choć ich notowania obniżała absencja kontuzjowanego od wielu tygodni Jacka Holdera. Z kolei w ekipie Wielkiej Brytanii z podobnego powodu zabrakło innego asa światowego speedwaya – Dana Bewleya. Stawkę finałowego turnieju uzupełniali Duńczycy – bez nieobecności ważnych ogniw, ale również bez wyraźnego lidera, takiego jak Zmarzlik czy Brady Kurtz.
Ale nie dziś…
Zawody ledwie się rozpoczęły, a Australijczycy dali reszcie stawki mocny komunikat – nie myślcie tutaj o złocie. Nie ma sensu. Jesteśmy poza zasięgiem. Cztery biegi, cztery zwycięstwa „Kangurów”. Miazga. Wygrał nawet teoretycznie najsłabszy w zespole z Antypodów Ryan Douglas. Ba, Douglas był zresztą wiodącą postacią Australijczyków. Wygrał trzy pierwsze biegi. Dopiero w czwartej próbie obejrzał plecy rywali – za to od razu wszystkich.
Australijczycy w pierwszej serii wypracowali sobie przewagę, którą później powiększali, nieco tracili, ale ani razu nie spadli na drugie miejsce. W pewnym momencie tych zawodów wydawało się, że biało-czerwoni rozpoczęli „remontadę” na miarę tej z 2011 roku w Gorzowie. Po 13. biegu przewaga „Kangurów” nad ekipą Stanisława Chomskiego wynosiła już tylko 4 punkty. Nadzieję dawał oczywiście Zmarzlik, ale też wprowadzany z rezerwy Kacper Woryna.
Niestety, czar prysł szybko. W kolejnych biegach Polacy nie tylko znów tracili dystans do podopiecznych Marka Lemona, ale potracili też dużo punktów do Duńczyków, którzy wskoczyli na drugie miejsce przed ostatnią serią startów. Miało być złoto, a nagle nawet srebro stało się bardzo trudne do wywalczenia. Nie może być inaczej, skoro Zmarzlik wygrywa raptem raz w swoich pięciu startach.
Szaleństwo biegów nominowanych
Trudno stwierdzić, że sytuacja przed ostatnią serią startów była napięta. Australia miała dość bezpieczną przewagę. Polacy mierzyli już raczej wyłącznie w srebro. Brytyjczycy – choć punktowali nadspodziewanie solidnie – na medal szans większych już nie mieli.
Bez emocji? A gdzie tam! W 17. biegu trybuny na Narodowym ożywił Woryna, który przywiózł trzecią polską trójkę w tych zawodach i drugą swoją. Zmniejszyliśmy stratę do srebra i złota.
W 18. biegu doszło do kuriozalnej sytuacji. Za plecami Maxa Fricke Zmarzlik ścigał Mikkela Michelsena. Wyprzedził go śmiałym atakiem po wewnętrznej, a Duńczyk bez większego powodu położył się na torze. Wściekły zaczął wygrażać Zmarzlikowi, potem gwiżdżącym kibicom, a następnie… ruszył za Zmarzlikiem, by wyjaśnić mu swoje racje pięściami. Do konfrontacji rodem z mieszanych sztuk walki nie doszło – oszalałego Skandynawa zatrzymali członkowie duńskiego teamu.
Oj zagotowało się – i to konkretnie❗️- na @PGENarodowy. 😳
Mikkel Michelsen 🇩🇰 upada po najzwyklejszym ataku Bartosza Zmarzlika 🇵🇱 i… rusza w jego kierunku. 🔥#SWC #SWCFinal pic.twitter.com/qFcqopzQfb
— Bartosz Rabenda (@b_rabenda) August 29, 2026
Bez wykluczonego za upadek bez kontaktu z rywalem Michelsena Zmarzlik miał wyborną okazję, by zmniejszyć nasze straty. Niestety, przegrał w starciu z Fricke i przywiózł tylko dwójkę. Wyrównaliśmy stan rywalizacji z Danią, ale Australii w ostatnich dwóch biegach do złota wystarczał już tylko punkt.
W 19. biegu było po sprawie. Kurtz przeciął linię mety jako drugi, przed Woryną, a za Andersem Thomsenem. W tej sytuacji przed ostatnią gonitwą wieczoru szansę Polaków na srebro spadły do minimum – potrzebne było nie tylko zwycięstwo Kacpra Woryny, ale jednocześnie ostatnie miejsce Michaela Jepsena Jensena.
Cud się nie wydarzył. A mógł. W pewnym momencie tego biegu MJJ wpadł bezwładnie w „Hanysa”, ale ten nie wywrócił się, choć na 99% oznaczałoby to wykluczenie reprezentanta Danii. Zabrakło cwaniactwa. Ostatecznie obaj panowie przyjechali na końcu stawki. Woryna za 1, MJJ za 0. Było to już bez znaczenia.
-
Australia – 38
-
Dania – 30
-
Polska – 29
-
Wielka Brytania – 23
ZOBACZ RÓWNIEŻ
fot. Newspix