Maor Melikson: Kocham Kraków i Wisłę. Ostatnio kupiłem dzieciom koszulki [WYWIAD]

Kamil Rogólski

29 sierpnia 2026, 13:11 • 28 min czytania 8

Reklama
Maor Melikson: Kocham Kraków i Wisłę. Ostatnio kupiłem dzieciom koszulki [WYWIAD]

Maor Melikson jest uznawany za jednego z najlepszych obcokrajowców w historii Ekstraklasy. W Wiśle Kraków rozegrał 64 mecze, strzelił 10 goli i zaliczył 18 asyst. To nie tylko historia ostatniego mistrzostwa Polski zdobytego do tej pory przez Białą Gwiazdę, ale również walki o Ligę Mistrzów, gdy w piekle w Nikozji do awansu zabrakło kilku minut. Maor w rozmowie z Weszło wrócił do tamtych wydarzeń i pierwszy raz opowiedział o aferze z niedoszłą grą w reprezentacji Polski, która przed Euro 2012 była tematem numer jeden w mediach w Polsce i Izraelu. Wskazał, kogo szanuje, a do kogo ma żal.

Reklama

Kamil Rogólski: Rozmawiamy dzień po meczu Sabah – Hapoel Beer Szewa. Jak się teraz czujesz? Piłkarze po zakończeniu kariery często mówią, że oglądanie meczów na emeryturze jest dużo gorsze niż granie.

Maor Melikson, były piłkarz Wisły Kraków: To prawda. To był najgorszy mecz, jaki oglądałem, a jestem już na emeryturze od prawie sześciu lat. Najgorszy, bo mamy dobrą drużynę i mieliśmy dobre losowanie. Było rozstawienie, bo pokonaliśmy Crvenę Zvezdę w poprzedniej rundzie. Wygraliśmy pierwszy mecz z Sabah. Powinniśmy wcześniej strzelić więcej goli, a potem straciliśmy gola na dogrywkę dosłownie w ostatniej akcji. Przeżywam to, ale mimo wszystko mamy dobrą drużynę. Jestem teraz w Baku. Chcę lecieć jutro do domu. To był dla mnie ciężki dzień.

Reklama

Pięć razy próbowałeś się dostać do Ligi Mistrzów i ani razu ci się nie udało. Zacząłeś z Maccabi Hajfa w 2006 roku, ale Liverpool był najtrudniejszym rywalem z możliwych. Gdy przyjechałeś do Polski i okazało się, że jesteś tutaj najlepszy, zastanawiano się, gdzie ty się właściwie uchowałeś. Grałeś w Maccabi Hajfa, wówczas najlepszym w Izraelu, a potem w Hapoelu Beer Szewa, którego wtedy w Polsce praktycznie nikt nie kojarzył. Nie docenili się w Hajfie?

Dorastałem w Maccabi Jawne, to bardzo mały klub. Jak podpisałem kontrakt z Beitarem Jerozolima, nie byłem nawet pełnoletni. To był jeden z największych klubów w Izraelu. Po pierwszym meczu wszyscy mówili, że jestem najlepszym zawodnikiem w lidze i mam największy potencjał. Było mi bardzo trudno, bo byłem jeszcze bardzo młody. Przyznaję, że byłem trochę problematyczny. Potem zaczęła się moja zapaść. Po czterech latach poszedłem do Maccabi Hajfa. Tam doznałem poważnej kontuzji i prawie zakończyłem karierę. Trochę wróciło  później, gdy grałem w Wiśle.

Miałem poważną kontuzję palca u stopy i prawie w ogóle nie grałem. W Maccabi Hajfa była duża presja, stres, bo to wielki klub. Trudno było tam grać. W środku sezonu odszedłem do Hapoelu Kfar Saba i spadliśmy do drugiej ligi. Wszyscy mówili, że moja kariera jest skończona, a przecież byłem bardzo utalentowany. Myślę, że miałem wtedy 23 albo 24 lata. Ale potem w Beer Szewie pracowałem z trenerem kadry Izraela U-21, którego bardzo lubiłem. Beer Szewa była w drugiej lidze, awansowaliśmy, potem była Wisła Kraków, Francja. Wszystko się zmieniło. Piłka nożna to szalony zawód.

Była teoria, że w Beer Szewie, daleko od Europy trudno wpaść w oko skautów. Czułeś się niezauważony?

Reklama

Miałem już wtedy 26–27 lat. Nie byłem już taki młody. Oczywiście, niewielu skautów przyjeżdżało oglądać mecze w Beer Szewie. Dziś jest dużo łatwiej. Jest Transfermarkt, Youtube, jest wszystko. Można obejrzeć każdego. Pamiętam, że Stan Valckx (ówczesny dyrektor sportowy Wisły Kraków – red.) przyjeżdżał kilka razy mnie zobaczyć. Wpadali też skauci z Wisły. Nie było wtedy normalne, żeby ktoś przyjeżdżał do Beer Szewy. W tamtym czasie to nie był wielki klub w Izraelu, mimo że strzelałem gole, dawałem asysty i robiłem wszystko. Nie sądzę, żeby wielu skautów przyjeżdżało, ale dobrze, że Wisła się pojawiła, bo byłem tam bardzo szczęśliwy. To wielki klub. 

Miałeś inne oferty oprócz tej z Wisły Kraków?

W tamtym czasie grałem na obozie w Grecji przeciwko AEK Ateny i oni mnie chcieli, ale Hapoel Beer Szewa nie chciał mnie puścić. Był początek sezonu, więc zażądali sporej kwoty. Za 26–27-letniego zawodnika to było za dużo, więc Grecy zrezygnowali. Było jeszcze kilka podobnych sytuacji. Mam syna, który też gra w piłkę. Staram się z nim rozmawiać o wszystkim, bo sam jako młody nie byłem zbyt mądry. Myślę, że to jeden z powodów, dla których nie trafiłem do większych klubów. Mądrzejszy stałem się dopiero około 24. czy 25. roku życia. Zrozumiałem piłkę, co muszę robić i jak się zachowywać. Dzięki temu trafiłem do Wisły.

Najlepszy okres miałem jako 26-latek. W Wiśle Kraków też otrzymałem sporo ofert, ale wszyscy patrzyli na wiek i mówili: nie zapłacimy trzech czy czterech milionów euro za 27-latka. Gdybym był mądrzejszy wcześniej, może wszystko potoczyłoby się inaczej. Gdy miałem 20, może 21 lat, grałem z Beitarem Jerozolima w turnieju towarzyskim na Ukrainie. Byłem królem strzelców i najlepszym zawodnikiem. Dostałem telefon z Szachtara Donieck, że mnie chcą. Ale byłem wtedy młody, sprawy się skomplikowały i nie mogłem tam pójść. To też wielki klub.

Reklama

Maor Melikson zaprezentowany jako nowy piłkarz Wisły Kraków w 2011 roku. 

Pod koniec 2024 roku rozmawiałem z Robertem Maaskantem i zapamiętałem z jakim szacunkiem o tobie mówił. Według jego słów oglądali cię na wideo ze Stanem Valckxem i Robert miał powiedzieć, że to ty jesteś tą dziesiątką, której Wisła potrzebuje.

Pamiętam, że najpierw do Izraela przyjechał Stan. Obejrzał mój mecz, a potem poszliśmy na kolację. Opowiedział mi trochę o drużynie i o wszystkim. Byłem kapitanem w Beer Szewie i – nie wiem, czy najlepszym zawodnikiem, ale na pewno jednym z najważniejszych. Nie chcieli mnie puścić. Wiedziałem, że będzie bardzo trudno, ale powiedziałem: dobra, spróbujmy. Widziałem, że Wisła Kraków naprawdę o mnie walczy, składa oferty, zależy im. To dawało mi bardzo dobre poczucie. Stan dużo ze mną rozmawiał. Do dziś pamiętam pierwsze dni w Krakowie. Mocno padał śnieg. Jechaliśmy z lotniska do miasta, a ja nigdy wcześniej nie byłem w Krakowie. Patrzyłem na agenta (Dudu Dahan – red.) i mówiłem: nie wiem, nie jestem pewien. Ale jak dojechaliśmy do centrum, pomyślałem: wow, to miasto jest niesamowite.

Reklama

Czytałem fragmenty twojej książki. Ejal Berkowic – były piłkarz m.in. Manchesteru City powiedział ci, żebyś zabrał do Polski papier toaletowy, bo to trzeci świat. Mogłeś wtedy pomyśleć, że tu jacyś dzicy ludzie mieszkają.

Tak powiedział, to było w radiu. Jesteśmy Izraelczykami, bardzo ciepłymi ludźmi, ale czasem myślimy, że to my wymyśliliśmy piłkę nożną. Przegraliśmy z Sabah i nikt nie może zrozumieć, jak można odpaść z drużyną z Azerbejdżanu. A przecież w piłkę nożną gra się nie tylko w Izraelu. Kraków? Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Chciałem po prostu grać. Wiedziałem, że Wisła to dobra drużyna. Nie obchodziło mnie nic innego – ani miasto, ani nic. A jak tam trafiłem… do dziś, gdy ktoś mówi, że jedzie do Krakowa, odpowiadam: Posłuchaj, to jedno z najpiękniejszych miast na świecie. Powiem ci coś o mojej żonie. Przez pierwsze trzy, cztery, pięć lat po wyjeździe regularnie dzwonili: może wrócisz? A żona, jak to słyszała, mówiła: “Dla mnie żaden problem, mogę jechać do Krakowa choćby jutro”. Świetnie się tam czuła. Bardzo polubiliśmy to miasto.

Mieliście zgrupowanie w Hiszpanii. Cezary Wilk opowiedział anegdotę o twoim przyjeździe, że podobno dobry ten Melikson, więc chciał cię sprawdzić. Trudno było ciebie złapać i wszystkim szczena opadła.

Bardzo mi się podobało. Przyszedłem w środku sezonu, a to nigdy nie jest łatwe. W Polsce jest zimowa przerwa, długa, ale nadal to połowa sezonu. Byłem w Krakowie na badaniach i wszystkich formalnościach. Potem poleciałem na zgrupowanie z Kew Jaliensem i Sergeiem Pareiko. Byłem bardzo… nie wiem, jak to powiedzieć. Zdenerwowany? Tak. Pierwszy raz w zagranicznym klubie. Wiedziałem, że sporo osób tam mówi po angielsku, część chociaż komunikatywnie, więc było w porządku. Ale i tak czułem się bardzo zdenerwowany. Myślę, że wtedy, jako 26-latek, miałem najlepszą formę. W Izraelu też był środek sezonu i od razu w Krakowie wszystko zaczęło mi się układać.

Reklama

Oficjalnie zadebiutowałeś z Arką Gdynia. Nie miałeś gola ani asysty, ale mocno zaimponowałeś publice. Szybkość, otwierające podanie, zmiana kierunku. Pokazałeś to od razu. Czy Ekstraklasa różniła się od tego, czego doświadczyłeś w lidze izraelskiej?

Tak, było inaczej. Nie chcę oceniać poziomu sportowego, ale sposób gry znacząco się różnił. Pierwszym wyzwaniem w Polsce była pogoda. U nas też była zima, gdy wyjeżdżałem, ale nasza zima w Izraelu to tak z 15 stopni na plusie. A w Gdyni, w moim pierwszym meczu, było chyba minus 10. Grałem w opasce na uszy i ocieplaczach na nogi. Miałem duży problem z czuciem piłki. Krzyczę do kolegi, że biegnę. Potem spojrzałem w dół i zobaczyłem, że piłki nie mam pod nogami. Po prostu ją zgubiłem, biegłem bez niej i dopiero się zorientowałem. Dobrze tamten mecz zapamiętałem. Patryk Małecki strzelił pięknego gola w końcówce (w 89. minucie – red.). Przyznaję, że zagrałem dobry mecz i bardzo mi zależało, żeby dobrze zacząć i z tymi różnicami między Polską a Izraelem mogłem się otrzaskać.

Wszyscy pytali mnie o ligę izraelską i polską, chcieli porównań. Liga polska jest bardzo taktyczna, bardzo twarda. A ja byłem taki… jak to nazwać? Mam na to słowo po hebrajsku, ale po angielsku nie wiem, jak powiedzieć. Taki, co lata wszędzie, jest w każdym miejscu, robi wszystko. Musiałem się przyzwyczaić do nowych realiów. Zacząłem dobrze. W Wiśle Kraków mieliśmy wtedy świetną drużynę.

Reklama

Ja ciebie zapytałem, ponieważ znam trochę ligę izraelską i ona jest bardziej techniczna niż mogłoby się wydawać. Przypomina jakąś ligę południowoamerykańską. Dla Roberta Maaskanta największym zaskoczeniem po przejściu z Eredivisie do Ekstraklasy było to, że w Polsce gra się bardzo ostro i defensywnie. Wskazał ciebie jako ofiarę zjawiska, że sędziowie pozwalają na zbyt dużo.

Myślę, że to było normalne. W Izraelu jesteśmy trochę inni, bo w Polsce dużo uwagi poświęca się sile fizycznej, a wy uwielbiacie siłownię. Nie byłem najsilniejszym zawodnikiem pod tym względem, więc tak – było na mnie dużo fauli, ale wszystko w normie. Uważam, że okej. Byłem też spokojny, bo za plecami miałem Radka Sobolewskiego i Czarka Wilka. Żaden problem. Jak ktoś chciał walczyć, mógł pogadać z nimi, bo doskakiwali w moment.

Zostałeś bohaterem derbów z Cracovią. Strzeliłeś gola głową po rzucie rożnym. Mistrzowska feta była później po meczu z Polonią Warszawa. Widziałeś kiedykolwiek coś takiego jak wtedy na rynku?

Nigdy wcześniej ani nigdy później, a mam teraz 41 lat. Wszystko mam zapisane na moim komputerze. Za każdym razem, gdy przychodzą do mnie znajomi i oglądamy zdjęcia, filmy, mówię im: spójrzcie, na rynku było ze 100 tysięcy ludzi. Nagrania są niesamowite. To było szaleństwo. Sam robiłem zdjęcia i filmowałem. Atmosfera była szalona. A jeśli chodzi o derby, grałem dwa razy z Cracovią, dwa razy strzeliłem bramkę i dwa razy wygraliśmy. Czułem wtedy na sobie szacunek kibiców Wisły. Gdy szedłem po rynku, podchodzili do mnie, pozdrawiali. Świetnie się wtedy czułem.

Reklama

Zapoczątkowałeś trend na izraelskich piłkarzy w Polsce. Po tobie pojawił się Mosze Ochajon w Legii. W Podbeskidziu Liran Kohen i Li’ad Elmalich. W Polonii Warszawa bardzo doświadczony Awiram Baruchjan. Każdy chciał mieć swojego Meliksona.

Tak, po mnie było tam sporo Izraelczyków. Niewielu dało radę. W Cracovii był Tamir Kahlon, trochę ze mną pograł. Ale Polska to inna piłka, całkiem inna niż liga izraelska. Powtarzam to cały czas. Myślę, że poziom jest dość podobny, ale sam futbol zupełnie inny i być może właśnie z tym nie każdy potrafił sobie poradzić. Miałem szczęście do klubu. Trafiłem do świetnej drużyny ze świetnym trenerem.

Po mistrzostwie Polski przyszedł czas na walkę o Ligę Mistrzów. Mówiło się, że awans jest obsesją Bogusława Cupiała, ówczesnego właściciela Wisły. Czy wy o tym rozmawialiście między sobą? Była na was presja, że musicie?

Reklama

Słyszałem takie pogłoski, że właściciel Wisły o tym marzy. To miało swoje poparcie, bo ekipa była top. Przed APOEL-em przeszliśmy mistrzów Łotwy i Bułgarii. Po wylosowaniu APOEL-u w IV rundzie zadzwonił do mnie Dudu Dahan i powiedział: „Maor, uważaj, oni mają bardzo mocną drużynę”. Pamiętam, że jak zagraliśmy z nimi pierwszy mecz, to pomyślałem: OK, są dobrzy, ale wygraliśmy 1:0, jest okej. Potem znowu rozmawiałem z Dudu i on do mnie: „Uważaj na to, co będzie w Nikozji”. Pomyślałem OK, zobaczymy. A on miał rację, bo APOEL nas zabił w 15 minut. Praktycznie nie dotknąłem piłki i nie grałem dobrego meczu, bo bardzo mocno mnie tam kryli jeden na jednego. Dopiero Czarek Wilk strzelił gola właściwie z niczego, a oni nam wbili gola w 87. minucie. 

W sumie grałem pięć sezonów w ostatniej rundzie eliminacji do Ligi Mistrzów. Trzy razy przegrałem jedną bramką – w Maccabi Hajfa przeciwko Liverpoolowi, w Wiśle Kraków z APOEL-em, a potem w Hapoelu Beer Szewa z Celtikiem. W Beer Szewie jeszcze graliśmy z NK Maribor i odpadliśmy przez zasadę goli na wyjeździe. Porażki w Nikozji mi najbardziej szkoda, bo miałem 26-27 lat, byłem w życiowej formie, jednym z głównych zawodników w szatni i wiedziałem, co Wiśle Kraków dałby awans do fazy grupowej. Bardzo ciężko przeżyłem APOEL. To był najgorszy albo jeden z dwóch najgorszych meczów w całej mojej karierze. Ale trzeba przyznać, że Cypryjczycy mieli wtedy niesamowitą pakę. Doszli do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, co nie?

Tak. Grupa z FC Porto, Zenitem Sankt Petersburg i Szachtarem Donieck. W 1/ 8 odpalili Lyon, a w ćwierćfinale odpadli z Realem Madryt. Chciałbym jeszcze na chwilę wrócić do poprzedniej rundy z Liteksem Łowecz. Strzeliłeś gola w pierwszym meczu, a rewanżu w Krakowie dwa. Myślę, że to wtedy po meczu u siebie tak naprawdę okrzyknięto cię liderem i tym gościem, który ma wprowadzić Wisłę do Ligi Mistrzów. Czułeś ten ciężar?

Myślę, że wtedy w Krakowie z Bułgarami to był wielki mecz. Ale szczerze, jak grałem w Wiśle, nie czułem dużej presji. Może dlatego, że nie czytałem mediów. Nie bardzo rozumiałem, co się dzieje dookoła mnie. Słyszałem tylko trochę od zawodników. Czasem to nawet dobrze. Chcę podkreślić jeszcze raz, że w Wiśle Kraków przede wszystkim była świetna drużyna. Andraž Kirm, Radek Sobolewski, Czarek Wilk i cała reszta. Łukasz Garguła był dobry. Mieliśmy rewelacyjny zespół pełen ciężko pracujących ludzi. Cieszyłem się każdą chwilą.

Reklama

Z rozmowy z Maaskantem wynikało, że na szczeblu zarządu Wisły APOEL został ekstremalnie zlekceważony. Ówczesny prezes Bogdan Basałaj miał być szczęśliwy z losowania i mówić, że Wisła jest w Lidze Mistrzów.

My, zawodnicy, nikogo nie zlekceważyliśmy, ale przyznam, że przed rewanżem w Nikozji byliśmy pewni siebie. Mieliśmy zaliczkę z Krakowa. Moja rodzina przyjechała, bo Izrael jest blisko Cypru i nie mogli zmarnować takiej okazji. O sobie mogę powiedzieć, że przed meczem czułem się bardzo dobrze, byłem w top formie. Na pewno zawsze będę pamiętał gorącą atmosferę, która tam była. A sam Bogdan – złego słowa o nim nie powiem. Bardzo go lubię, miałem z nim dobry kontakt. Może tak mówił, bo po prostu w nas wierzył, że jesteśmy bardzo mocni. APOEL miał dużo Brazylijczyków, z czego jeden był napastnikiem, mocno dał się nam we znaki. Przypomnij mi nazwisko.

Reklama

Ailton.

Tak, o niego mi chodziło. Można powiedzieć, że zabrakło nam szczęścia, ale oni w Nikozji byli dużo lepsi od nas, mieli więcej jakości.

A pogoda? Tam podobno nie było czym oddychać, było bardzo gorąco.

Ciężkie warunki, ale jestem z Izraela, dla mnie to coś normalnego. Nie wiem jak się czuli moi koledzy. Miałem tyle żalu do siebie, bo nie grałem dobrze, a do tamtej pory nasza kampania była świetna. Zagraliśmy pięć meczów i pięć wygraliśmy. Zabrakło nam tego jednego. Wcześniej powiedziałem, że gol Czarka Wilka był z niczego, bo to prawda. APOEL nas cisnął przez cały czas. Mogliśmy trzymać to 1:2, ale nie udało się. Taka jest piłka.

Reklama

Po meczu eksperci mówili, że zabrakło wam agresji w końcówce. Na przykład jak Alexandrou miał piłkę na skrzydle, można było mu wjechać z kopyta. Obronić stały fragment, wywalić piłkę jak najdalej, najlepiej w kosmos. Ale z drugiej strony pamiętam słowa Maaskanta, że musiał zmienić Radosława Sobolewskiego, bo go fizycznie odcięło, była 58. minuta. A mówimy o akcji z końcówki, więc wyobrażam sobie poziom zmęczenia.

Będę całkowicie szczery, nigdy nie widziałem powtórki tej akcji. Żeby mówić o niuansach, musiałbym to teraz obejrzeć. Z perspektywy boiska coś kojarzę, że piłka wpadła do bramki po rękach bramkarza. Dzisiaj dopiero zobaczę to po latach przy okazji naszej rozmowy. A eksperci – po 15 latach słyszę to dopiero od ciebie. Na szczęście nie oglądałem polskiej telewizji, nie czytałem gazet.

Mam przed oczami zdjęcie po końcowym gwizdku. Leżysz plecami na murawie. Robert Maaskant stara się ciebie pocieszać. Tak po ludzku musiało być trudno się pozbierać.

Wtedy płakałem. W swojej karierze niestety często to robiłem. To był dla mnie bardzo ciężki dzień, bo czułem, że nie jestem w stanie dać z siebie więcej. Dla drużyny również było to trudne. Podobnie jak teraz w przypadku Beer Szewy. Grasz tak dobrze, zdobywasz mistrzostwo, rozwijasz się dalej, a w ostatniej chwili wszystko się urywa i trzeba zaczynać od zera. Trudno jest po prostu powiedzieć sobie: “Dobra, zaczynamy od nowa”. A my dopiero rozpoczęliśmy nowy sezon. Byliśmy tak blisko. Nie udało nam się wrócić na ten poziom.

Reklama

Kolejna anegdota od twojego trenera. Po przylocie do Krakowa rozmawiał z dziennikarką, która traktowała porażkę z APOEL-em jak coś bardzo zaskakującego i on się trochę zirytował tym podejściem.

Powiedziałem ci, że nie czytałem polskich mediów, więc o tym nie wiedziałem. Gdybym wiedział, na pewno bym się tym zdenerwował. Tak samo jak teraz irytuje mnie, gdy ludzie mówią, że Sabah jest słaby i jak można było z nimi przegrać. Rundę wcześniej wygrali 4:0 z mistrzami Danii. Byli bardzo dobrzy, a APOEL Nikozja też wtedy wyraźnie lepszy i czuliśmy to na boisku. Jak oni później weszli do ćwierćfinału, to o czym my mówimy…

Powiedziałeś, że nie wróciliście już nigdy na ten poziom, co jest faktem. Czułeś, że wtedy coś pękło w waszej drużynie?

Reklama

Myślę, że coś pękło. Nie jestem pewien, czy to była szatnia. W piłce nożnej bywa tak, że ciężko pracujesz, dochodzisz do celu i zostajesz mistrzem. Potem chcesz awansować do Ligi Mistrzów i okazuje się, że utrzymanie tego poziomu jest bardzo trudne. Na dłuższą metę trzeba się cały czas zmieniać. Alex Ferguson mawiał o Manchesterze United, że co dwa-trzy lata wymieniają czterech-pięciu zawodników, bo potrzebna jest nowa krew. Czułem, że wszyscy nadal chcą wygrywać, ale już nie było tej pasji jak wcześniej. Chcieliśmy, ale tej iskry już nie było… Może przez tamten mecz, może przez Ligę Mistrzów, która nas złamała. Nie wiem. Jeśli o mnie chodzi, zaraz potem dostałem dobre oferty i to za duże pieniądze. Wisła chciała, żebym został. Byłem tam bardzo szczęśliwy. Ale z meczu na mecz zacząłem grać gorzej. To nie był dobry rok ani dla mnie, ani dla drużyny.

Niosła się wtedy historia, że Wisła Kraków odrzuciła ofertę z Celtiku i miałeś być z tego powodu bardzo niezadowolony. 

To prawda. W Krakowie nie miałem wielu problemów. Tak naprawdę to nie miałem żadnych. Choć później słyszałem, że wszyscy mówili, iż jestem bardzo problematyczny. Myślę, że to dlatego, że po prostu nie rozmawiałem z mediami. Byłem bardzo spokojnym, opanowanym człowiekiem. Nic nie kombinowałem. Szanowałem wszystkich. Możesz zapytać w całym Izraelu, jaki jestem. Ale w tym okresie jednak pojawiły się pewne problemy. Po pierwsze, był w Wiśle jeden lekarz – zapomniałem jego nazwisko. Chyba pracował tam od dawna. Odniosłem kontuzję. Ucierpiałem dokładnie w to samo miejsce, które było operowane w Hajfie. Rozmawialiśmy o tym. Noga wyglądała, jakby była złamana. Dostałem bardzo mocno, wpadłem w panikę. Chyba był to pierwszy mecz po całym tym zamieszaniu z reprezentacją. Zrobiliśmy USG i lekarz stwierdził, że wszystko jest w porządku, a ja nie mogłem grać ze dwa miesiące.

Nie chcę nikogo oskarżać, ale powiedzieli mi, że prasa pisała, iż jestem zdrowy, a ja po prostu nie chcę grać. Zwykli ludzie tak mówili. To było dla mnie strasznie krzywdzące. Słuchaj, piłka to moja pasja. To pieniądze dla mojej żony, mojej rodziny, to moja kariera. Jedyna rzecz, jakiej chciałem w życiu, to grać. Tylko tyle. Chciałbym móc grać teraz. A wszyscy powtarzali, że nie chcę wychodzić na boisko. Że jestem zdrowy. Tak strasznie mnie to bolało i jednocześnie nie mogłem się obronić. Myślę, że to trochę mnie złamało. W mediach też, po kryzysie w kadrze, wszystko trochę się zmieniło.

Reklama

A jeśli chodzi o ofertę z Celtiku – pamiętam, że był problem finansowy. Sprowadzili jakiegoś faceta. Chyba miał na imię Jacek (Jacek Bednarz w marcu 2012 roku został powołany na stanowisko wiceprezesa zarządu do spraw sportowych Wisły Kraków – red.). Nie dogadywaliśmy się. Wcześniej bardzo lubiłem Bogdana Basałaja, bo był szczery. Wszystko, co mówił, później się sprawdzało. Jak wchodziłeś do tego samego gabinetu i był problem z pieniędzmi – nie ma sprawy. Płaćcie, ile chcecie. Przez kilka miesięcy nie dostawaliśmy pensji. Mówiłem, że okej, kocham ten klub. Wszystko było w porządku. Ale potem przyszła oferta z Celtiku, za duże pieniądze. Poczułem, że w moim wieku – 28, 29 lat – to może być ostatnia szansa, żeby zagrać choćby w Lidze Mistrzów. Pamiętam, że rozmawiałem z Bednarzem. Nie chciał mnie wypuścić. Było mi bardzo ciężko. Naprawdę ciężko. Pamiętam to do dzisiaj. Wydawało mi się, że nie był do końca szczery wobec mnie. Rozumiem, że klub może żądać, ile chce. W porządku, jestem ich zawodnikiem. Ale jest jakiś sposób, w jaki się takie rzeczy załatwia. Nie podobało mi się to. Ale okej. Zostałem. Myślę, że nie wyszło to nikomu na dobre. Ani mi, ani Wiśle. Chciałem odnieść sukces i było mi z tym ciężko.

Jacek Bednarz

Maor Melikson nie wspomina dobrze Jacka Bednarza…

Celtic. Wielki klub z Ligi Mistrzów. Byli tam wtedy twoi rodacy – Biram Kayal i Rami Gerszon. Jestem w stanie sobie wyobrazić, jak bardzo atrakcyjna była to dla ciebie perspektywa.

Reklama

Tak. To była duża oferta. Naprawdę prosiłem, żeby ją przyjąć. Powiedziałem mu, że chcą zapłacić duże pieniądze. Nie jakieś drobne. Dobre pieniądze! A nam nie szło wtedy najlepiej. Celtic to była dla mnie dobra szansa. Prosiłem, żeby mnie wypuścił. Powiedział nie. W porządku. Nie ma sprawy. Nie podobał mi się tylko sposób, w jaki to się odbyło. Poza tym przez kilka miesięcy nie dostawaliśmy pensji. Mówiłem: okej. A kiedy odchodziłem do Francji, Bednarz powiedział mi, że nie wypłacą mi tego, co są winni. Odpowiedziałem: No weź… Nie lubię takich interesów. Nie płaciliście mi przez kilka miesięcy. W porządku, nie ma problemu, ale to moje pieniądze. Zarobiłem je.

Robert Maaskant odpowiadał mi podobną historię. Zwolnili go po derbach w listopadzie 2011 roku i chcieli go przekonać, żeby zrezygnował z pozostałej pensji w kontrakcie. On powiedział, że może zrezygnować z bonusów, ale nie ze swojej regularnej pensji i sprawa skończyła się w sądzie. Twierdzi, że dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że z finansami Wisły musi być naprawdę źle.

Po pierwsze, zrezygnowałem z części pieniędzy. Po drugie, mojemu agentowi powiedzieli, że nic nie dostanie. Agentowi zapłaciłem z własnej kieszeni, bo to nie jest w porządku. Okej, zapłaciłem mu i z czegoś zrezygnowałem. Niech będzie. Ale nie można mówić: “No weź, jak chcesz odejść to zrezygnuj z pieniędzy”. Nie podobało mi się to. Najbardziej żałuję jednak czegoś innego. Tego, że kiedy odchodziłem… Jak ci mówiłem, z Jackiem Bednarzem nie było miło. Byłem tak zły, że wyjechałem i potem nie wróciłem się nawet pożegnać ze wszystkimi. Odszedłem do Valenciennes i zaraz miałem pierwszy mecz. A tak lubiłem kibiców i zawodników. Boli mnie to, bo to był środek sezonu. Nie miałem czasu wrócić, żeby podziękować i tak dalej. Szkoda, że nie mogłem. Mówię to prosto z serca.

Wspomniałeś już o swoim kryzysie z reprezentacją. Zagrałeś dla Izraela w meczach towarzyskich z Urugwajem i Wybrzeżem Kości Słoniowej. Choć regulamin FIFA pozwalał ci na zmianę reprezentacji, to sprawa wydawała się zamknięta. Aż nagle wybuchła afera, bo mogłeś zacząć grać dla Polski. Kto tak naprawdę wyszedł z tą inicjatywą? Byłeś to ty sam, czy Dudu Dahan?

Reklama

Właściwie to nikt. Przy Wiśle pracował wtedy taki dziennikarz, który często był na naszych treningach. Mieliśmy obóz treningowy. Zszedłem po schodach, a on mnie tak mimochodem zapytał, czy to prawda, że mam polski paszport. Odpowiedziałem, że tak, bo moja mama jest z Polski. Tak po prostu mu odpowiedziałem. A potem już wszyscy pytali: “Xzy to prawda, że zagrasz w reprezentacji Polski?” A ja na to, że nie. Gram w reprezentacji Izraela. To było tak z niczego. Nikt ze mną nie rozmawiał i nagle powstawały o tym artykuły w gazetach, rozpętało się całe to zamieszanie. Potem była walka w eliminacjach Ligi Mistrzów.

Jakiś facet do mnie zadzwonił. Do dziś nie wiem, kto to był. “Czy jesteś zainteresowany grą w reprezentacji Polski?”. Nie wiedziałem, czy w ogóle mogę. Odpowiedziałem, że jestem Izraelczykiem i już gram dla Izraela. Chyba w tym samym tygodniu zadzwonili z reprezentacji Izraela, więc tym bardziej powiedziałem, że nie. Jadę teraz na zgrupowanie. Pojechałem. Zabawne, bo odniosłem kontuzję tuż przed meczem i nie mogłem zagrać, a to były eliminacje do mistrzostw Europy. Jak wróciłem, wszyscy mówili, że trener Franciszek Smuda chce ze mną porozmawiać. Potem znowu zadzwonili z PZPN i wytłumaczyli, że chcą, żebym zagrał na Euro 2012 i że trener Smuda oraz prezes Grzegorz Lato chcą do mnie przyjechać. Pomyślałem w ten sposób. Zaraz kończę 27 lat. Do tej pory nie mogłem zagrać w oficjalnym meczu dla Izraela. Mówię: Słuchaj, okej. Kocham Izrael, ale wolę grać w Polsce. Potem poszedłem na spotkanie. Byli tam Maaskant, Smuda i Lato. Spotkanie było dobre. Robert bardzo mi wtedy pomógł, bo powiedziałem mu, że nie wiem, co robić.

Maor Melikson vs Artur Jędrzejczyk. Pomocnik błyszczał w Wiśle, pojawił się temat gry w kadrze Polski. 

Reklama

Ludzie mogą się dziwić, bo widać, że to nie jest spójne. Wahałeś się.

Tak. Ale Robert mi powiedział, że gdyby był na moim miejscu, to przyjąłby ofertę z PZPN. Tak samo mój tato, który odszedł cztery lata temu. Powiedział mi wtedy, że skoro nie gram dla reprezentacji Izraela w ważnych meczach, to żebym grał dla Polski i w porządku. 

A jak przebiegało samo spotkanie? Smuda mówił ci coś konkretnego?

Trener Smuda rozmawiał ze mną o taktyce, o wszystkim, przedstawił na mnie plan. To był dla mnie bardzo ciężki dzień, bo – słuchaj – jestem bardzo emocjonalnym człowiekiem. Pamiętam trening później: wszyscy przyszli usłyszeć, czy powiem tak, czy nie, bo wiedzieli o moim spotkaniu ze Smudą i Latą. Było ze stu dziennikarzy, wszyscy na mnie czekali. Było mi bardzo ciężko. Poszedłem znowu do pokoju Roberta i tam się rozpłakałem. Powiedziałem mu, że nie wiem, co robić. Chyba chcę grać dla Polski. Lubię ten kraj. Wszyscy mnie tu dobrze traktują. Dobrze mi tu jest. Ale urodziłem się w Izraelu. Wychowałem się w Izraelu. Wszyscy moi kumple grają w kadrze Izraela. To nie jest takie łatwe, jak wszystkim się wydaje – zagrać dla Polski.

Reklama

Nie znam języka, wszedłbym w nowe środowisko, wszystko nowe. Płakałem i powiedziałem mu: „Słuchaj, nie mogę wyjść i z nimi rozmawiać. Przytłacza mnie to”. Robert powiedział: Okej, wyjdę. Wyszedł i powiedział dziennikarzom, że zdecydowałem się grać dla Polski. Oni byli na mnie źli i rozumiem to, bo poczuli się zlekceważeni ,dlaczego sam nie wyszedłem. Ale nie mogłem. Naprawdę nie mogłem… Byłem bardzo poruszony i często tak mam. Kiedy kończyłem karierę, płakałem. Kiedy odchodziłem z piłki, też. Nie chciałem się pokazać w takim stanie, więc poszedł Robert. 

Ale historia jest taka, że przez kilka kolejnych dni było mi bardzo ciężko. Wiem, że Polacy patrzą na to ze swojej perspektywy, ale ja wychowałem się w Izraelu. Cała moja rodzina, znajomi są tam. Grałem na boiskach w Izraelu od piątego roku życia. Chciałem reprezentować Izrael. Pamiętam, że poszedłem do pokoju Bogdana Basałaja. Byłem po kontuzji i Bogdan powiedział mi, że właśnie przyszły wszystkie papiery z FIFA. Powiedziałem mu: „Bogdan, jestem bardzo emocjonalny. Nie wiem, co robić”.

Wtedy też byłem negatywnie nastawiony do twoich rozterek, bo przecież to jest proste: tak albo nie. Z perspektywy czasu cię rozumiem. Całe życie się się boimy, czy zmienić szkołę, zmienić pracę albo przeprowadzić się, bo nie chcemy się w coś wpieprzyć, czego będziemy później żałować.

Byłem wtedy w takiej sytuacji. W pewnym momencie coś we mnie pękło i powiedziałem: „Nie chcę grać. Koniec. Chcę tylko, żeby ludzie dali mi spokój. Nie chcę więcej widzieć swojego zdjęcia w gazecie, bo to mnie denerwuje”. Byłem tym wszystkim podłamany. Taka to historia. Ludzie mówią, że ich wykorzystałem i tak dalej. A to nie było tak…

Ludzie dopatrywali się złych intencji, bo gdy zbliżało się Euro 2012, to pojawiło się na radarze dużo piłkarzy z polskimi korzeniami. Ludovic Obraniak, Damien Perquis, Eugen Polanski, Sebastian Boenisch. Wymieniano jeszcze inne nazwiska, w tym Manuela Arboledę, który już długo grał w Polsce. Dochodziło do absurdalnych sytuacji, że ten nie ma paszportu, tamten może dostanie, ale nie wiadomo kiedy, a czas leciał. Prawda jest taka, że Izrael stracił szansę na awans na Euro 2012, więc obawiano się, że to instrumentalne traktowanie.

Moje podejście było inne, uczciwe, bo to nie ja zabiegałem o grę dla reprezentacji Polski, tylko o mnie zabiegano. Byłem po prostu szczery, że jestem piłkarzem reprezentacji Izraela. Byłem w trudnej sytuacji, będąc nowym w Polsce. Mieszkałem u was dopiero siedem, osiem miesięcy. Ale ludzie traktowali mnie wspaniałe, czułem od Polaków mnóstwo pozytywnych emocji i w pewnym momencie sprawy ruszyły do przodu. Posłuchaj, ja nie zaprzeczam temu, co powiedziałeś. Izrael nie gra ani na Euro, ani na mistrzostwach świata.

Perspektywa występu na wielkim turnieju, jeszcze przed własną publicznością, była atrakcyjna z punktu widzenia zawodowego, nie ma w tym nic złego. A ja nie byłem zadowolony z tego, jak przebiega moja kariera w reprezentacji Izraela. Miałem być dziesiątką w reprezentacji Polski. Dzwonili do mnie sponsorzy i oferowali potężne pieniądze za przyjęcie oferty PZPN. Odpowiadałem im, że spokojnie, spokojnie. Poczekajmy jak to się ułoży. Na jednej szali miałem pieniądze i perspektywę gry na Euro 2012. Na drugiej zaś moje emocje względem Izraela i po prostu nie mogłem postąpić inaczej niż grać nadal dla Izraela.

 

Taka impreza jak EURO w Polsce może się prędko nie powtórzyć… Grało tam kilku „farbowanych lisów”

Podobno w Izraelu miałeś jeszcze większe jazdy niż w Polsce z powodu tej afery.

Wiedziałem, że tak będzie, więc na 5-6 dni po prostu wyłączyłem telefon. Paru ludzi w Izraelu nazwało mnie zdrajcą, co jest dość zabawne, bo zawsze chciałem grać dla Izraela, ale do 26. roku życia nie pozwolono mi zagrać w oficjalnym spotkaniu. Zwykle nie lubię mówić, że jestem od kogoś lepszy, ale na pewno nie byłem gorszy od piłkarzy, którzy wtedy grali w reprezentacji Izraela. Może miało znaczenie to, o czym gadaliśmy wcześniej, że Hapoel Beer Szewa nie był wtedy jednym z największych klubów w kraju. Nawet grając w Wiśle Kraków – a byłeś tam i widziałeś jak grałem – długo byłem pomijany przy powołaniach, nikt do mnie nawet nie zadzwonił. Dlatego pomyślałem, że czas coś zmienić, ale na koniec było mi emocjonalnie trudno. Masz rację, w Izraelu źle to wszystko przyjęto, ale dziś staram się o tym nie myśleć. 

Powiem ci, że odzierając sprawę ze wszystkich emocji, zaangażowanie ciebie w reprezentacji Polski nie było wcale głupie z perspektywy 2011 roku. Potrzebowaliśmy playmakera, który stworzy duet z Robertem Lewandowskim. Współpraca z Obraniakiem się nie układała. Akcje Adriana Mierzejewskiego też raczej nie stały zbyt wysoko. Nie chciano przesuwać Kuby Błaszczykowskiego ze skrzydła, bo był nam tam potrzebny. A ty byłeś w sztosie.

Ludzie mnie do dzisiaj pytają, czy żałuję, bo być może moja kariera potoczyłaby się inaczej. Zawsze odpowiadam, że bardzo szanuję Polskę, ale nie, nie żałuję. Grałem w lidze francuskiej, potem wróciłem do swojego Hapoelu Beer Szewa. Czy moja kariera potoczyłaby się inaczej, gdybym grał dla Polski? Nie wiem. Nie myślę już o tym.

Po Wiśle Kraków miałeś ofertę z Legii Warszawa. Dlaczego jej nie zaakceptowałeś?

Grałem w Valenciennes i pierwsze miesiące były naprawdę super. Zajęliśmy miejsce w środku tabeli Ligue 1, co zostało odebrane bardzo pozytywnie. Grało mi się tam świetnie. Problem w tym, że wtedy dużo piłkarzy dobiegło do końca kontraktu, a Valenciennes to mały klub ze skromnym budżetem, więc nie było pieniędzy, żeby je przedłużyć. W efekcie spadliśmy w drugim sezonie. Miałem tam dobry kontrakt, który był dla klubu zbyt dużym ciężarem w drugiej lidze, co doskonale rozumiem.

Otrzymałem wtedy dużo ofert, w tym z Francji, aż w pewnym momencie dostałem telefon z Legii. Dzwonił Michał Żewłakow (ówczesny szef skautingu Legii – red.), gdy akurat byłem w Izraelu. Druga oferta była z Maccabi Tel Awiw za duże pieniądze. O ofercie Legii pomyślałem, że fajna liga, którą znam. Legia sama w sobie jest wielkim klubem, ale wiedziałem, że kibice Wisły Kraków nie lubią Legii i gdybym tam poszedł, wzbudziłoby to negatywne emocje. Potem dostałem ofertę powrotu do Hapoelu Beer Szewa i postanowiłem wrócić do miejsca, które dobrze znam. Nie żałuję, bo zdobyliśmy trzy tytuły mistrza Izraela, w dodatku Puchar i dwa Superpuchary. 

Jeszcze trzy lata temu byłeś asystentem trenera w Hapoelu Beer Szewa. Ostatnio pojechałeś do Ameryki na mistrzostwa świata. Czym się dzisiaj zajmujesz?

Byłem asystentem trenera, dyrektorem akademii w Hapoelu, ale rzuciłem piłkę nożną w tym zakresie, bo to nie jest dla każdego. Można powiedzieć, że od dwóch lat jestem w cywilu. Teraz pracuję w mediach sportowych, mam swój podcast. Byłem na ostatnim mundialu, gdzie pracowałem dla izraelskiej telewizji publicznej.

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Maor Melikson (@melikson24)

Zdajesz sobie sprawę, że dużo kibiców Wisły Kraków przeczyta ten wywiad. Co chciałbyś im powiedzieć?

Dużo Polaków było na moich meczach w Beer Szewie i mogłem ich spotkać. W Krakowie też byłem ze trzy-cztery razy. Zwykle przy okazji wyjazdu na zgrupowania, ponieważ miałem je bardzo blisko Krakowa. Ostatnim razem obóz był właśnie w Krakowie. Kilka razy tam wracałem, widziałem ludzi, rozmawiałem z nimi. Kocham to miasto. Kocham ten klub. Ostatnio kupiłem koszulki Wisły dla dzieci. Byłem tam i zrobili niesamowity, naprawdę niesamowity klubowy sklep. Bardzo się cieszyłem, że wrócili do ekstraklasy. Śledzę ich. 

Żałuję dwóch rzeczy. Pierwsza to ta, o której już mówiłem, że się nie pożegnałem po odejściu do Valenciennes. A druga – w 2015 roku dostałem zaproszenie na mecz pokazowy: Wisła Kraków kontra legendy Wisły. Bardzo chciałem tam być, ale akurat tego dnia miałem mecz reprezentacji Izraela w eliminacjach Euro i byłem powołany. Pamiętam, że to był mecz z Cyprem i dostałem powołanie tak w ostatniej chwili. A bardzo chciałem przyjechać do Krakowa, pokazać się przed kibicami. Byłem wtedy w dobrej formie. Kibice Wisły, kocham was i na pewno was jeszcze odwiedzę.

ROZMAWIAŁ: KAMIL ROGÓLSKI

8 komentarzy

Najnowsze

Reklama

Ekstraklasa

Reklama
Ekstraklasa

Mały jubileusz Jacka Zielińskiego. „Zasiedziałem się w Kielcach”

Braian Wilma
2
Mały jubileusz Jacka Zielińskiego. „Zasiedziałem się w Kielcach”
Ekstraklasa

Oficjalnie: jeszcze jeden transfer Wisły. Nowy Hiszpan w Krakowie

Jan Broda
2
Oficjalnie: jeszcze jeden transfer Wisły. Nowy Hiszpan w Krakowie