Ponoć prawdziwych mężczyzn poznaje się nie po tym, jak zaczynają, ale po tym, jak kończą. Real zarówno świetnie zaczął, jak i świetnie skończył, no i to wystarczyło, by ograć Espanyol, choć w międzyczasie długo się męczył. Mourinho przed wpadką w ponownym debiucie na ławce Królewskich uratował rzutem na taśmę Carlos Espi.
Lata lecą, z klubu odchodzą i przychodzą kolejni piłkarze, na ławce zasiadają inni trenerzy, ale jedno się nie zmienia – zdolność Realu do zadania śmiertelnego ciosu w ostatnich minutach meczu. Nie inaczej było i tym razem. Gdy już wydawało się, że Jose Mourinho zacznie drugą kadencję od remisu z Espanyolem, nadeszła 90. minuta i błysk Carlosa Espiego.
21-letni napastnik, którego Królewscy wyciągnęli tego lata z Espanyolu, błyskawicznie zaczął się spłacać. To właśnie on dopadł do bezpańskiej piłki w podbramkowym zamieszaniu po chaotycznej szarży Mbappe i mocnym uderzeniem dał Realowi komplet punktów.
CARLOS ESPI DAJE ZWYCIĘSTWO REALOWI MADRYT! 👑🔥 Co za wejście do drużyny! 🔝 pic.twitter.com/Pcg2kL0HdT
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) August 22, 2026
Carlos Espi uratował debiut Mourinho. Męczarnie Realu z Espanyolem
Wcześniej natomiast Real miał problemy. Zaczął wprawdzie świetnie, bo już w 9. minucie podopieczni Mourinho objęli prowadzenie stałym fragmencie. Arda Guler z rzutu wolego zacentrował na głowę Bellinghama, a ten wykończył akcję. Były to jednak miłe złego początki.
Pierwszy gol Realu Madryt w nowym sezonie LaLiga! 👑Jego autorem Jude Bellingham! 👏
Oglądaj: https://t.co/kfk01HK0fo pic.twitter.com/HHzozKVTpH
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) August 22, 2026
Wraz z upływem czasu Madrytczycy tracili rytm i impet. To z kolei ośmielało Espanyol, który zyskiwał coraz więcej przestrzeni w środku pola i napędzał kolejne ataki. Inna sprawa, że defensywa Królewskich niespecjalnie im to utrudniała. Na dodatek sytuację w obronie pogorszyła chwilowa nieobecność Huijsena, który musiał opuścić boisko po zderzeniu z Roberto. Osłabiony w defensywie Real stracił czujność, co pozwoliło Calatravie doprowadzić do wyrównania.
W drugiej połowie Real teoretycznie z powrotem dominował, ale tylko teoretycznie. Patrząc na statystyki, wydawać by się mogło, że Los Blancos miażdżyli rywali (13 do 1 w strzałach, 64% do 36% w posiadaniu piłki itd.), ale – jak powszechnie wiadomo – pozory lubią mylić. W rzeczywistości bowiem Espanyol cofnął się, czekając na kontry, podczas gdy gra Realu stawała się coraz bardziej rwana i przewidywalna. Brakowało płynności i momentu przyspieszenia w środku pola ze strony Fede Valverde oraz Bernardo Silvy.
Najwięcej wiatru robił na prawym skrzydle Guler, którego w 64. minucie zastąpił Yan Diomande. I, trzeba przyznać, że Iworyjczyk nie wniósł zbyt wiele jakości na boisko. Zwalniał akcje, a jego próby dryblingu nie zakończyły się ominięciem ani jednego przeciwnika. Więcej pożytku na tej flance wnosił za to inny debiutant, Denzel Dumfries. Holender momentami wydawał się być nieco zagubiony w poczynaniach ofensywnych, jednak nie można mu było odmówić chęci, ambicji oraz walki. Na jego tle Diomande wyglądał po prostu przeciętnie.
Męczarnie wreszcie zakończył Espi. Bliski szczęścia pod koniec był również Fede Valverde, ale piłka po jego strzale tylko odbiła się od słupka. Nie był to debiut z gatunku wymarzonych. Real Mourinho, przynajmniej jak na razie, wciąż przypomina ten z czasów Arbeloi – mocny początek, a im dalej w las, tym tylko gorzej. Indywidualnościami można wygrać pojedyncze mecze, lecz w długoterminowej perspektywie nie zdobędzie się w ten sposób trofeów. A przecież właśnie po to Mourinho przyszedł do Realu.
Tak czy siak, z dalekosiężnymi wnioskami możemy się póki co wstrzymać, to dopiero pierwsza kolejka nowego sezonu. W następnym spotkaniu Królewscy podejmą 26 sierpnia na Santiago Bernabeu triumfatorów Pucharu Króla – Real Sociedad.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix