„Strzeżcie nas od takich przyjaciół, a z wrogami poradzimy sobie sami” – mogą w piątek z goryczą pomyśleć zawodnicy Radomiaka. Legia Warszawa okazała się bowiem wyjątkowo niegościnna dla ekipy z Radomia w ligowym meczu przyjaźni. Maszyna Marka Papszuna sentymenty pozostawiła kibicom, a na boisku przemieliła Radomiaka na wióry. Wynik 5:0 mówi w zasadzie sam na siebie.
Zwłaszcza Bartłomiej Gradecki o tym starciu będzie chciał jak najszybciej zapomnieć. Ale te wspomnienia nawiedzą go jeszcze w niejednym koszmarze.
Legia Warszawa – Radomiak Radom 5:0. Koszmar Gradeckiego, koszmar Radomiaka
Jako się rzekło, początek spotkania to była po prostu MASAKRA.
Legia siadła na Radomiaka bez litości i w zasadzie po siedemnastu minutach można było już pomału kończyć mecz, bo z drużyny gości pozostały jedynie drzazgi. Takie deklasacje zdarzają się rzadko nawet w Pucharze Polski, kiedy jedna z potęg Ekstraklasy mierzy się akurat z drużyną z niższych lig. Mówimy zupełnie poważnie: nawet jakaś grupa przypadkowo dobranych amatorów byłaby w stanie rozegrać początek meczu lepiej od podopiecznych Tomasza Kaczmarka.
Wielopoziomowa kompromitacja zespołu z Radomia.
Kapitalne otwarcie Legii! Trafienia Sevcika oraz Augustyniaka dają gospodarzom dwubramkowe prowadzenie ⚽⚽
📺 Oglądaj w CANAL+: https://t.co/Khg2yEVJUo pic.twitter.com/JZXwiTlx0J
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) August 14, 2026
Fakt, że występ gości z uporem godnym lepszej sprawy sabotował bramkarz.
Pierwszy gol dla Legii idzie – tutaj nie ma dwóch zdań – w całości na konto Bartłomieja Gradeckiego, który najpierw zawalił w rozegraniu, a potem nie zdołał wybronić farfocla posłanego przez Michala Sevcika. Bramka numer dwa? Znów nie popisał się golkiper, który nie odbił piłki do boku, tylko przed siebie, wprost pod nogi Rafała Augustyniaka. No i jeszcze trzecie trafienie, gdzie też się wydawało, że tę opadającą piłkę można było jednak lepiej strącić.
Podkreślmy jednak, że pozostali piłkarze Radomiaka nie są tu bez winy. Conrado i Zie Ouattara nie dojeżdżali w bocznych sektorach boiska, Adrian Dieguez nie nadążał z doskokiem, środek pola gości w ogóle nie istniał, a o graczach ofensywnych przez litość nie ma nawet co wspominać. Równie dobrze mogło ich nie być na placu.
Zatem tak: Gradecki zaliczył katastrofalne wejście w mecz. Ale wynik nie byłby aż tak zły dla przyjezdnych, gdyby reszta drużyny funkcjonowała jak należy.
Absolutny blamaż Radomiaka. Legia robiła co chciała
Tak czy owak przy takim rezultacie po kwadransie z małym haczykiem, kibice Radomiaka nadzieje na uniknięcie totalnego blamażu mogli już pokładać tylko… w Legii. W tym, że gospodarze, zadowoleni z komfortowej przewagi, odłączą się od spotkania emocjonalnie i zgubią koncentrację. No i trochę nawet zapachniało tego rodzaju scenariuszem przed przerwą, bo po zdobyciu trzeciego gola Wojskowi faktycznie zdjęli nogę z gazu. Radomiak raz czy drugi przebił się nawet w szesnastkę Legii. Ale nic konkretnego z tego nie wyniknęło, a przed przerwą stołeczna ekipa ukąsiła po raz czwarty. Tym razem za sprawą Bartosza Kapustki.
Miał tę piłkę na rękawicy Gradecki. Ale nie obronił.
KAPUSTKA! DEMOLKA W WARSZAWIE! 🔥
4:0 do przerwy 👀
📺 Oglądaj w CANAL+: https://t.co/Khg2yEVJUo pic.twitter.com/J3B86kTGMc
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) August 14, 2026
Zaraz po zmianie stron kapitan Legii dołożył drugie trafienie. Miał tę piłkę na rękach Gradecki. Ale nie obronił.
PIĘĆ! Legia nie ma dziś litości dla Radomiaka! 🔥
Bartosz Kapustka z drugim golem ⚽
📺 Oglądaj w CANAL+: https://t.co/Khg2yEVJUo pic.twitter.com/xtQWMKf0MT
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) August 14, 2026
Szczerze? Nie chcemy się już nawet nad bramkarzem Radomiaka znęcać. Zagrał tak beznadziejnie, że zwyczajnie przekroczył granice śmieszność i szydery – można mu jedynie współczuć. Gdy w przerwie wyszedł do rozmowy z Cezarym Olbrychtem, by przeprosić kibiców za swoje pomyłki, przypominał zbitego psa.
Ujmijmy to po prostu tak: najgorszy występ bramkarza w sezonie 2026/27 już znamy. Nikt tego nie przebije.
***
I teraz rodzi się pytanie: czy to Radomiak jest aż tak żałośnie cienki, czy może Legia pod wodzą Marka Papszuna wskakuje na naprawdę wysokie obroty? Mało piszemy o triumfatorach tego spotkania, wybaczcie, bo przecież tutaj całej grupie zawodników należą się komplementy. Vinagre, Augustyniak, Kapustka, Piątkowski, Wszołek, Zjawiński, Adamski – wszyscy rozegrali co najmniej dobre, a niektórzy wręcz świetne zawody. Te błędy na graczach Radomiaka trzeba było jeszcze wymusić.
Tak drapieżnej w ofensywie Legii nie oglądaliśmy w Ekstraklasie od dawna. To było prawdzie show przy Łazienkowskiej.
Zmiany:
Legenda
ZOBACZ RÓWNIEŻ
fot. FotoPyk