Przez pewien czas meczu z Koroną wydawało się, że Marek Papszun podpisał pakt z diabłem, na mocy którego Legia wygra wszystkie spotkania do końca jego kadencji. Ktoś powie, że trudno o takie wnioski po trzeciej kolejce, ale Legia – gdyby Koronę ograła – miałaby siedem zwycięskich starć z rzędu w Ekstraklasie, po części mocno wymęczonych (co tylko wzmacniałoby teorię o pakcie), ale jednak zwycięskich. A taka seria to w tej lidze naprawdę ogromna rzadkość. Tyle że… można się w tym temacie rozejść, gospodarze mimo przeszkód zdołali wyrównać i na remisie 1:1 stanęło.
A „przeszkody” jakie napotkała Korona, były różnorakie. Świetnie potrafił obronić Hindrich, raz uratowała go poprzeczka, raz – choć w tej samej sytuacji – chyba jednak wpadka sędziowska. No bo tutaj, zdaje się, powinien być rzut karny:
PYTANIE DO PAŃSTWA: RĘKA, CZY NIE? 🤔
📺 Transmisja: https://t.co/Khg2yEVJUo pic.twitter.com/hNCINjZArz
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) August 8, 2026
Stuprocentowej pewności nie ma, gdyż być nie może, o czym sami wiecie. Mianowicie, jeśli gwizdałby inny sędzia, nie lepszy czy gorszy, po prostu inny, mógłby karnego dać. Ba, nawet jeśli gwizdałby Przybył, ale nie w sobotę, tylko w niedzielę, też mógłby na jedenastkę wskazać. Po prostu jest to losowa historia i należy się z tym pogodzić.
Oczywiście posłuchamy mądrych analiz, dlaczego było tak, a nie inaczej, natomiast na końcu jest to jednak losowość. Dzisiaj wypadło źle Koronie, ale kto wie, może za tydzień ktoś zachowa się podobnie i karny dla Kielczan jednak będzie?
Trudno powiedzieć.
Zobaczymy.
Co ma być, to będzie.
No, ale swoją bramkę Korona zdobyła, konkretnie Stępiński, który przytomnie znalazł się w polu karnym i trafił głową. Można powiedzieć: w końcu. Powrót do Ekstraklasy miał świetny, z Legią zresztą, ale potem było albo przeciętnie, albo źle, albo bardzo źle. Piłka go nie słuchała, pudłował na potęgę, bodaj z Motorem miał taki mecz, że powinien kończyć z hattrickiem, a kończył z zerem na koncie. Oczekiwano po nim więcej i dziś, choć wcale do gola nie grał wielkiego spotkania, nareszcie trafił.
Słowa „nareszcie” nie można z kolei użyć przy Zjawińskim, który póki co spełnia oczekiwania, a może… Może nie spełnia? No bo miał już trzy kluby w Ekstraklasie i mimo strzelania w pierwszej lidze, trudno było wierzyć, że wejdzie do Legii z buta. Tymczasem wchodzi: gol tydzień temu, gol i teraz, dwie tak fajne, eleganckie, jakościowe główki, że aż przyjemnie było patrzeć. Przy dobrym serwisie – a taki Legia ma, choć tym razem nie od wahadłowych, a od Piątkowskiego – Zjawiński trochę bramek może wrzucić.
Wiadomo, jeszcze za szybko by się podpalać, choćby przykład Stępińskiego wiele uczy, ale zaczęło się obiecująco.
Co do samego meczu, to remis należy uznać za sprawiedliwy. Nie oglądało się tego dobrze, dużo kopaniny i grania na uwolnienie, więc w sumie należy być zadowolonym, że padły dwa gole. Bywa, że takie spotkania nie dają nam ani jednej sztuki.
Zmiany:
Legenda
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. Newspix