Z kwalifikacji do półfinału? Rzadkość. Maja Chwalińska 11. w historii

Sebastian Warzecha

04 czerwca 2026, 12:23 • 17 min czytania 3

Reklama
Z kwalifikacji do półfinału? Rzadkość. Maja Chwalińska 11. w historii

Dojść z kwalifikacji do półfinału wielkoszlemowego? Rzadka sztuka. Od początku ery open – a więc roku 1968 – zdarzyło się to do wczoraj 10 razy. Maja Chwalińska zapoczątkowała drugą dziesiątkę i to piękna sprawa… ale historia nie stoi po jej stronie. Dotychczas bowiem tylko raz (!) osobie z kwalifikacji udało się wejść do finału. Kto wie jednak – może Maja tę statystykę zmieni? Zanim się o tym przekonamy, sprawdźmy, jak to wszystko wyglądało w poprzednich przypadkach.

Reklama

Maja Chwalińska i jej poprzednicy. Kto dochodził z kwalifikacji do półfinału Szlema?

Wimbledon 1977. John McEnroe

Pierwszy w dziejach przypadek, gdy kwalifikant wszedł do wielkoszlemowego półfinału i prawdopodobnie najbardziej znaczący. Nikt inny z nazwisk, które się tu przewiną, nie zrobił kariery takiej, jak McEnroe. Na Wimbledon w 1977 roku Amerykanin przyjechał jednak nie jako mistrz, a w roli wielkiego talentu. Ledwie chwilę wcześniej na Roland Garros triumfował w rywalizacji juniorów, ale też – w parze z Mary Carillo – wygrał seniorskiego miksta.

Oczywistym było, że trzeba zwrócić na tego 18-latka uwagę.

Na Wimbledonie grał wciąż jako amator, dopiero potem dołączył oficjalnie do touru i podpisał umowy reklamowe. Do tego ledwie co wyszedł z juniorskiej rywalizacji (choć na Roland Garros grał też wśród seniorów, doszedł do drugiej rundy), więc nie oczekiwano po nim wielkich rzeczy. Kwalifikacje John przeszedł stosunkowo pewnie – stracił seta jedynie w drugiej rundzie, w meczu z Ulrichem Martenem, ale wygrał dwa kolejne po 6:4.

Reklama

We właściwym turnieju miał szczęście w losowaniu. Najpierw trafił mu się Ismail El Shafei, w miarę solidny egipski gracz, ale taki, który powoli schodził ze sceny. Potem – Colin Dowdeswell, akurat będący gdzieś w trakcie zmiany narodowości z Rodezji (dzisiejszego Zimbabwe) na Szwajcarię. W przeszłości był to czołowy junior świata, ale w seniorskiej rywalizacji nigdy nie wszedł na ten poziom. McEnroe ograł go tak jak El Shafeia – bez straty seta.

Pierwszą partię w turnieju urwał mu dopiero Niemiec Karl Meiler, były półfinalista Australian Open, który jednak nie był w stanie Amerykaninowi zagrozić, bo w 1977 roku nie grał już na tym poziomie. Niczego więcej nie zdziałał w rywalizacji z rodakiem Sandy Mayer, który też zdążył już zapomnieć, że cztery lata wcześniej był w Londynie w półfinale. McEnroe wszedł więc do ćwierćfinału… i nie grał po drodze z nikim rozstawionym (choć wtedy było o to łatwiej, bo rozstawionych było 16 zawodników, nie 32).

Ćwierćfinał to dla Johna wreszcie mecz z zawodnikiem z rozstawienia właśnie – jego rywalem była turniejowa „13” Phil Dent. Utalentowany zawodnik, były finalista Australian Open, choć znacznie lepszy deblista niż singlista. Z McEnroe rozegrał świetne spotkanie, wygrał sety numer dwa i trzy, ale młody Amerykanin się nie poddał i straty odrobił. Awansował tym samym do meczu półfinałowego, tam jednak czekał na niego najlepszy wówczas na świecie Jimmy Connors. John urwał mu seta, ale na tyle było go stać.

Reklama

Dla McEnroe’a był to jednak tylko początek – nieco ponad dwa lata później wygrał pierwszego singlowego Szlema, u siebie, w Nowym Jorku. Na Wimbledonie triumfował z kolei w 1981, 1983 i 1984 roku.

A zaczęło się to wszystko od półfinału z „Q” przy nazwisku.

Australian Open 1977. Bob Giltinan

Australijski Szlem miał w latach 70. swoją specyfikę. Wielu zawodników go bowiem omijało, nie chcąc lecieć na drugi koniec świata. Często świetnie grali przez to miejscowi, wygrywając albo dochodząc do finału. Było też w Melbourne nieco niespodzianek. A, no i turniej, o który chodzi był… drugim Australian Open rozgrywanym w 1977 roku. Odbył się w grudniu, końcem roku. Do tego – rozstawionych było ośmiu zawodników i rozegrano sześć rund.

Bob Giltinan miał więc nieco łatwiej. Choć w kwalifikacjach musiał przejść trzy rundy i zrobił to z przytupem. W pierwszym meczu stracił co prawda seta, ale decydującego wygrał do zera. A w kolejnych dwóch spotkaniach oddał rywalom łącznie siedem gemów. Kim w ogóle jednak był Giltinan? Cóż, to historia zupełnie inna niż ta McEnroe. Bob grał bowiem już od dawna, miał na karku 28 lat, w 1974 roku był nawet numerem 16. na świecie. Po prostu w międzyczasie spadł w rankingu.

Reklama

Możliwe, że zrobiłby większą karierę, ale w 1971 roku – gdy przymierzał się do przejścia na profesjonalizm – został powołany… do armii. Na dwa lata. Potem wrócił, faktycznie został profesjonalistą, wszedł na w miarę wysokie miejsca w rankingu, ale wygrał tylko jeden turniej w całej karierze. „Highlightem” jego kariery pozostaje jednak Australian Open z grudnia 1977 roku. I nic dziwnego.

Przeszedł bowiem Giltinan pierwsze trzy rundy tamtego turnieju bez straty seta. Miał szczęście, trafiło mu się dobre losowanie – najpierw George Hardie z USA i Jan Norbaeck ze Szwecji, czyli rywale z nie za wysokiej półki, a potem Chris Lewis, jego rodak, który wyeliminował co prawda w pierwszej rundzie turniejową „2”, Roscoe Tannera, ale w meczy z Giltinanem wiele nie pokazał. Dopiero sześć lat później Lewis miał osiągnąć życiowy sukces – finał Wimbledonu. Wtedy był 20-latkiem na starcie solidnej kariery i Bob z tego skorzystał.

W ćwierćfinale dostał mu się Robin Drysdale, też gość, który znalazł się tam niespodziewanie. Grali niezły, czterosetowy mecz, Bob wygrał decydującą partię po tie-breaku. Wydawało się, że może nawet wejść do finału, bo w 1/2 jego rywalem był John Lloyd, kolejny z tenisistów, co znalazł się tam niespodziewanie – grał już bowiem od dłuższego czasu i nigdy wcześniej nie wyszedł poza trzecią rundę Szlema. W Australii w końcu mu się udało i to z przytupem – to on wszedł do finału, ogrywając Giltinana 6:4, 6:2, 6:0.

Tak skończył się ten wyczyn Australijczyka, który nigdy tak naprawdę już do niego nie nawiązał. A Lloyd? W finale grał z wielkim Vitasem Gerulaitisem i choć przegrywał 0:2, to doprowadził do remisu. W decydującym secie Amerykanin nie dał mu jednak szans.

Reklama

Australian Open 1978. Christine Matison

Wracamy na Antypody. Rok po Giltinanie pokazała się tam bowiem jego rodaczka… ale miała jeszcze łatwiej. W rywalizacji kobiet w 1978 roku grano bowiem w turnieju głównym tylko pięć (!) rund (z rozstawionymi ośmioma zawodniczkami, czego winnym był nieoficjalny bojkot ze strony wielu czołowych zawodników i zawodniczek, którym nie podobał się okołoświąteczny termin rozgrywania turnieju.)

Matison zapisała się więc w historii jako pierwsza kobieta, która z kwalifikacji weszła do wielkoszlemowego półfinału, ale format turnieju ewidentnie jej sprzyjał.

O jej karierze trudno zresztą napisać cokolwiek innego, niż przywoływać ten turniej. Na Roland Garros nie wyszła poza pierwszą rundę, z kolei na Wimbledonie dwukrotnie była w drugiej. W US Open nawet nie grała. Wygrane mniejsze turnieje? Też nie. Trudno nawet znaleźć jakiekolwiek informacje na jej temat – w tym zdjęcie! Ba, podobnie trudno jest dowiedzieć się, kogo ograła w kwalifikacjach.

Zostańmy więc przy turnieju głównym.

Reklama

Tam Christine zaskoczyła o tyle, że w pierwszej rundzie ograła – bez trudu, bo 6:1, 6:3 – turniejową „4”, czyli Amandę Tobin (to rozstawienie było jednak w przypadku Tobin bardzo na wyrost, była bowiem wtedy… 66. zawodniczką na świecie!). Potem Australijka wygrała tez z Kim Sands i Mary Sawyer. Jeśli te nazwiska nic wam nie mówią, to nie przejmujcie się – dokładnie tak samo będą patrzyć fani za 40 lat na, dajmy na to, Ernestsa Gulbisa czy Łukasza Kubota, a obaj osiągnęli więcej niż Sand czy Sawyer.

Wracając do Matison – ta była już w półfinale, a tam w dwóch setach pokonała ją Betsy Nagelsen. I może tyle napiszmy, zostawiając już ten turniej za sobą. Bo w porównaniu do innych szlemów nie była to w 1978 roku przesadnie poważna impreza.

Roland Garros 1997. Filip Dewulf

Spory przeskok czasowy i dość zapomniana postać. Nigdy Dewulf nie był wielką postacią tenisa, najwyżej w rankingu wszedł na 39. miejsce. Przed półfinałem we Francji miał jeden spory sukces w karierze – wygrany turniej w Wiedniu (stosunkowo niewielki), gdzie w finale pokonał uznanego Thomasa Mustera. Ale to było niemal dwa lata wcześniej, a w 1997 roku miał już 25 wiosen na karku i nikt nie przypuszczał, że stać go na wielkie rzeczy.

A jednak coś w nim tkwiło.

Reklama

W kwalifikacjach nie ograł żadnego przyszłego wielkiego gracza, bo jedynie Stefano Pescosolido zaistniał w ogóle na poziomie głównego touru, a dwaj reprezentanci gospodarzy – Cyril Buscaglione i Julien Chauvin – nigdy tak naprawdę tego nie zrobili. Dewulf przeszedł więc do właściwego turnieju na spokojnie. I spokojnie wygrał też pierwszą rundę, z innym kwalifikantem, Włochem Cristiano Carattim. A potem zaczęły dziać się cuda.

Druga runda? Pięciosetówka z Brazylijczykiem Fernando Meligienim, który dwa lata później niespodziewanie wykręci w Paryżu półfinał. Dewulf prowadził już 2:0, ale kolejne dwa sety gładko przegrał, by odrodzić się w piątym. W trzeciej rundzie Belg trafił na… jeszcze jednego kwalifikanta! Albert Portas z Hiszpanii sensacyjnie wyeliminował rundę wcześniej rodaka, Carlosa Moyę, ale z Belgiem sobie nie poradził. Choć obaj grali długi mecz – skończyli go wynikiem 8:6 w piątym secie.

Dewulf na tym jednak nie poprzestał. W IV rundzie dostał mu się w końcu rozstawiony rywal, Alex Corretja. Rok później Hiszpan doszedł we Francji do finału. Ale w sezonie 1997 nie wykręcił nawet 1/4, bo o rundę wcześniej zatrzymał go Belg, który po przegranym pierwszym secie, nagle wszedł na najwyższy poziom i nie oddał już Alexowi nawet partii. W ćwierćfinale Filip trafił na kolejnego przyszłego finalistę – Magnusa Normana. Wtedy Szwed był jednak na początku zawodowej drogi i tak jak Corretja, tak i on urwał Belgowi tylko seta.

Reklama

I tak Filip Dewulf dotarł do półfinału. Tam jednak – choć zdołał wygrać jedną partię – nie miał już szans. Bo owszem, grał z kolejnym nierozstawionym rywalem. W teorii mógł marzyć. W praktyce – tym przeciwnikiem był Gustavo Kuerten, właśnie zmierzający po pierwszy z trzech tytułów na paryskiej mączce. Drugi „Guga” zdobył w 2000 roku i pokonał wtedy w finale Magnusa Normana. Trzeci – rok później, gdy uległ mu… Alex Corretja.

Wszystkich ich w 1997 roku połączył z kolei Filip Dewulf. Tak się to złożyło.

Wimbledon 1999. Alexandra Stevenson

Alexandra Stevenson grała w głównej drabince turniejów wielkoszlemowych 21 razy. Tylko raz wyszła poza drugą rundę. I to od razu do półfinału. Nie ma też w karierze żadnego tytułu WTA w singlu, a w deblu jeden… który może jednak wynikać z tego, że w Lipsku partnerowała jej wówczas Serena Williams. Ma też negatywny bilans meczów w karierze (427-448), a najbardziej znana – poza Wimbledonem – jest chyba z tego, że jej ojcem jest Julius Erving, były gwiazdor NBA… choć poznała go dopiero, gdy miała 28 lat.

Wimbledon 1999 był jej drugim Szlemem. Miała niespełna 19 lat, była nadzieją amerykańskiego tenisa. Kwalifikacje przeszła bez trudu, nie straciła w nich seta. W pierwszej rundzie pokonała rodaczkę, Amy Frazier, całkiem solidną tenisistkę (z intrygującą karierą, bo 8 z 15 karierowych finałów WTA Frazier zanotowała w turnieju… w Tokio). Potem uległy Stevenson Białorusinka Wolha Barabanszczykawa i turniejowa „11”, czyli Julie Halard-Decugis, całkiem utytułowana singlistka (12 wygranych turniejów) i znakomita deblistka, była liderka rankingu.

Reklama

Teoretycznie teraz powinno być trudniej. I było, choć nie na papierze.

IV runda to bowiem dla Stevenson starcie z Lisą Raymond, rywalką nierozstawioną. To też przyszła fenomenalna deblistka, sześciokrotna mistrzyni wielkoszlemowa w grze podwójnej. W singlu była z kolei tą zawodniczką, co regularnie dochodziła do trzeciej czy czwartej rundy, ale dalej – z rzadka. Na dzisiejsze: odpowiednik Elise Mertens. Wimbledon 1999 mógł być jednym z tych turniejów, gdy jej się to uda, była o krok od tego – wygrała ze Stevenson pierwszego seta, w drugim doszło do tie-breaka. W nim obie panie grały na przewagi, ale lepsza okazała się, do ośmiu, kwalifikantka. W trzeciej partii walki już nie było.

W ćwierćfinale Stevenson trafiła na… inną zawodniczkę z kwalifikacji. Zdecydowanie bardziej zresztą – po czasie – znaną, bo była nią Jelena Dokić, późniejsza numer 6 światowego rankingu. Australijka przegrała po trzysetowym meczu, Alexandra przeszła dalej… ale w półfinale nie miała już szans.

Reklama

Ograła ją 6:1, 6;1 wielka rodaczka, Lindsay Davenport, która wygrała potem cały turniej, w finale pokonując Steffi Graf.

Wimbledon 2000. Władimir Wołczkow

Miał potencjał, to na pewno. W 1996 roku wygrał juniorski Wimbledon, pokonując w finale Ivana Ljubicicia, który potem stał się jednak tenisistą znacznie bardziej znanym. Chorwat bowiem swoje w karierze ugrał, a Wołczkow… w sumie nic. Raz był w finale turnieju w Taszkencie, ale przegrał z Jewgienijem Kafielnikowem. W Szlemie, poza tym jednym wyskokiem, też mu się nie wiodło. Choć nie zaskoczyłoby nikogo, gdyby wtedy okazało się, że to wyczekiwany wybuch wielkiego talentu.

Ale tak nie było, to był jednorazowy wyskok. Ponoć zawdzięczany temu, że przed Wimbledonem czterokrotnie obejrzał Wołczkow „Gladiatora”. I poczuł się natchniony.

Na tyle, że stosunkowo pewnie przeszedł przez kwalifikacje, a potem zaczął szaleć w głównej drabince. Zaczął odo grania Juana Ignacio Cheli w pięciosetowym meczu, ostatniego seta wygrywając jednak do zera (Chela rok później wyłapał krótkiego bana za doping, może to właśnie po tym meczu stwierdził, że musi wzmocnić organizm?), a potem zaskoczył wszystkich, eliminując Cedrica Pioline’a, byłego finalistę tego turnieju (1997) i równocześnie rozstawionego z „6” gracza. To też było zresztą pięciosetowe starcie.

Reklama

W trzeciej rundzie Wołczkow odprawił – w trzech, ale zaciętych setach – bardzo solidnego Younesa El Aynaouiego, a w czwartej Wayne’a Ferreirę z RPA, też gościa, o którym można by napisać, że „poniżej pewnego poziomu nie schodził”. I tak doszedł do ćwierćfinału, a w nim kontynuował afrykański szlak (El Aynaoui jest z Maroka), bo jego rywalem był Byron Black, reprezentant Zimbabwe. I wyszło, że Afrykanom Władimir nie przepuszcza – Byronowi też nie oddał bowiem nawet seta.

Był więc w półfinale.

W nim jednak nie zaczepił się przesadnie na grę, może poza pierwszym – zakończonym tie-breakiem – setem. Ale też trudno było o tym zaczepieniu marzyć, bo grał z Pete’em Samprasem, w tamtym okresie bogiem Wimbledonu. Przegrał więc w trzech setach, a Pete w finale ograł Patricka Raftera i po raz siódmy triumfował na londyńskiej trawie.

Roland Garros 2020. Nadia Podoroska

I znów spory przeskok czasowy, do turnieju bardzo dla nas miłego, bo w nim Iga Świątek po raz pierwszy została mistrzynią wielkoszlemową. To był dziwny turniej, rozgrywany jesienią, w covidowej rzeczywistości. Nie dziwi więc, że w drabince doszło do pewnych zamieszań. Skorzystała na nich Nadia Podoroska, 23-letnia wówczas Argentynka, która w 2016 roku zagrała w I rundzie US Open, a potem albo odpadała w kwalifikacjach Szlemów, albo nie miała w ogóle rankingu, by w nich zagrać.

Reklama

Aż przyszły lata 2019-2020 i seria dobrych występów w turniejach niższej rangi, która wywindowała ją w rankingu. Podoroska dostała się do kwalifikacji Roland Garros i przeszła przez nie bez straty seta. W pierwszej rundzie pokonała zresztą – 6:2, 6:2 – naszą Magdalenę Fręch. A w turnieju głównym kontynuowała tę świetną formę. Zaczęła od ogrania Greet Minnen z Belgii, oddając jej trzy gemy. Z Julią Putincewą z Kazachstanu w II rundzie straciła seta, ale dwa pozostałe wygrała pewnie. Annie Karolinie Schmiedlovej podarowała pięć gemów.

Wydawało się przez moment, że przygoda Podoroskiej zakończy się na IV rundzie, bo tam pierwszego seta pewnie wygrała z nią Barbora Krejcikova – która rok później została w Paryżu mistrzynią – ale Argentynka się odbudowała i dwa kolejne padły jej łupem. Najbardziej zaskoczyła jednak w ćwierćfinale, gdy wyszła na mecz z Eliną Switoliną. Ukrainka była wtedy turniejową „3”, a gdy odpadły Simona Halep (wyeliminowana przez Świątek w IV rundzie) oraz Karolina Pliskova (ograła ją Jelena Ostapenko w drugim meczu), to stała się faworytką do końcowego triumfu.

I co? I Podoroska sprawiła jej lanie – 6:2, 6:4.

Reklama

W ten sposób doszła do półfinału, gdzie czekał ją mecz z Igą Świątek. Przed tym spotkaniem obawiano się, że może to być spore zagrożenie dla Polki. Podoroska naprawdę grała bowiem świetnie, mecz ze Switoliną dodatkowo to potwierdził. Tyle tylko że Iga była wówczas nie do zatrzymania. Argentynce oddała trzy gemy. Weszła do finału, a tam to już wiadomo, co się stało.

A Nadia? Nigdy nie była nawet blisko powtórzenia takiego wyniku. W ostatnim czasie z kolei walczyła z kontuzją biodra, która wyeliminowała ją z gry na ponad rok! Dziś jest w ósmej setce rankingu i dopiero zaczyna walkę o powrót do rywalizacji o wysokie cele.

Australian Open 2021. Asłan Karacew

Covidowe turnieje lubiły niespodzianki. Przynajmniej na etapie półfinałów… a czasem i dalej, ale o tym za moment. W każdym razie na Australian Open 2021 pokazał się Asłan Karacew. Rosjanin, dla którego… był to debiut w drabince głównej turnieju wielkoszlemowego! A miał na karku Asłan już wtedy 27 lat. Wcześniej nie był ani przesadnie utalentowanym juniorem, ani nie pokazywał się w seniorskiej rywalizacji.

Ot, tenisista jeden z wielu. Taki, co to istnieć muszą, żeby zapełniać mniejsze turnieje i ranking ATP. Tak to wyglądało przez dobrych siedem lat.

Reklama

A potem przyszło Australian Open 2021.

Już w kwalifikacjach Asłan się pokazał. Pokonał wtedy Brandona Nakashimę, Maxa Purcella i Alexandre’a Muellera, czyli zestaw całkiem solidnych tenisistów. Ba, tak naprawdę dwie pierwsze rundy właściwego turnieju miał łatwiejsze – najpierw ograł Gianlucę Magera z Włoch, a potem (oddając mu jednego gema!) Białorusina Jahora Hierasimaua. Jako debiutant doszedł do III rundy. Już to było wielkim sukcesem.

A im dalej w turniej, tym większe robił Karacew wrażenie.

Bo w trzeciej rundzie zaliczył pierwsze w karierze zwycięstwo nad tenisistą z „10” i nie stracił przy tym seta – Diego Schwartzmana ograła w równym rytmie: 6:3, 6:3, 6:3. W kolejnym meczu był na skraju odpadnięcia z turnieju, bo Felix Auger-Aliassime wygrał z nim dwa pierwsze sety. Wrócił jednak Karacew z tej podróży, przełamał Kanadyjczyka w każdej z kolejnych partii i po pięciosetówce wszedł do ćwierćfinału.

Reklama

Tam też się nie zatrzymał i w czterech partiach – po przegraniu pierwszej – ograł Gregora Dimitrowa. Stał się tym samym pierwszym tenisistą w historii ery open, który dotarł do półfinału w wielkoszlemowym debiucie. Napisał historię… ale na tym musiało się skończyć. W półfinale czekał bowiem Novak Djoković. A Serb, jak to Serb, w Australii nie odpuszczał nikomu i przed taką historią też się nie ugiął.

Ograł Karacewa w trzech setach. I tak się to skończyło. Ale Asłan dobrze wykorzystał swoje pięć minut. Niedługo potem wygrał turniej ATP 500 w Dubaju, jeszcze w tym samym sezonie triumfował w Kremlin Cup (250), a na początku kolejnego w Sydney International (250). Został też wicemistrzem olimpijskim z Tokio w mikście, w parze z Jeleną Wiesniną.

I to tak naprawdę byłoby z jego strony na tyle. Potem wrócił do przeciętności, z pojedynczymi wyskokami. Był też podejrzany o ustawianie meczów… nawet po tym, jak wszedł na wysokie lokaty w rankingu.

Reklama

US Open 2021. Emma Raducanu

Historia absolutnie wyjątkowa… którą chyba nadal wszyscy dobrze pamiętają. Bo choć Emma Raducanu dziś jest tenisistką słynącą raczej ze zmian trenerów i sesji modowych – od czasu do czasu zdarzy jej się jednak niezły turniej – to we wrześniu 2021 roku wydawała się być nową wielką gwiazdą tenisa.

Ledwie chwilę wcześniej pozytywnie zaskoczyła na Wimbledonie, gdzie z dziką kartą doszła do IV rundy i miejscowi fani mieli nadzieję, że stanie się ich nową gwiazdą. Po londyńskim turnieju grała głównie w imprezach mniejszej rangi i choć szło jej tam nieźle, to nie wygrała żadnej z nich. A potem pojechała na US Open, jako 150. zawodniczka świata.

W Nowym Jorku rozegrała 10 meczów. Nie straciła w nich ani jednego seta.

Owszem, można Raducanu zarzucić, że nie grała w tym okresie z tenisistką z czołowej „10” rankingu – jej najwyżej notowaną rywalką była 12. Belinda Bencić – ale to nie wina Brytyjki, że te się wykruszyły. Ona robiła swoje i to w wielkim stylu. Tylko Mariak Bolkvadze z Gruzji urwała jej więcej niż cztery gemy w którymkolwiek z dwudziesty setów (było 6:3, 7:5 dla Raducanu). Poza tym Emma dominowała, grając cudowny tenis.

Reklama

Bibiane Schoofs, Mariam Bolkvadze, Mayar Sherif, Stefanie Voegele, Shuai Zhang, Sara Sorribes Tormo, Shelby Rogers, Belinda Bencic, Maria Sakkari, Leylah Fernandez. Tak wygląda lista nazwisk, które Emma pokonała przez tamte trzy tygodnie w Nowym Jorku. W 10 meczach straciła wtedy 50 gemów, średnio ledwie 5 na spotkanie! To była dominacja i to w wykonaniu nastolatki, która ledwie dwa trzy miesiące wcześniej była w czwartej setce rankingu.

Niewiarygodny, historyczny turniej.

Historyczny również dlatego, że jest Raducanu do dziś jedyną w historii zawodniczką, która nie tylko doszła do półfinału wielkoszlemowego z kwalifikacji, ale też w nim wygrała. Naturalnie jest też jedyną, która triumfowała potem w całym turnieju. Nikomu innemu się to nie udało – również u mężczyzn. A era open trwa już przecież 48 lat.

Reklama

Możliwe jednak, że zmieni to Maja Chwalińska. Ale zanim o Polce, mamy jeszcze jeden przystanek.

Australian Open 2024. Dajana Jastremska

Zdaje się, że to nieco zapomniany występ. Może przez to, że Jastremska – wtedy niespełna 24-letnia – już od kilku lat przed tym turniejem grała na poziomie Szlemów, choć bez wielkiego powodzenia. Była jednak kojarzona, kibice zdążyli się obyć z jej nazwiskiem. Trzeba jednak przyznać, że nie miała wcale łatwej drabinki – ba, możliwe, że ze wszystkich przywoływanych tu postaci dostała najtrudniejszą.

Bo po przejściu kwalifikacji od razu dostało jej się turniejową „7” i mistrzynią Wimbledonu, czyli Marketą Vondrousovą. Ukrainka jednak odprawiła ją gładko – 6:1, 6:2. Potem była solidna Warwara Graczowa, już reprezentująca Francję po zmianie obywatelstwa. Jastremskiej i tu wystarczyły dwa szybkie sety. Trzy partie z kolei były jej potrzebne ze wspinającą się wtedy w rankingu Emmą Navarro, rozstawioną z „27”, ale ta decydująca padła jej łupem wynikiem 6:1.

Po Navarro była jej zupełna odwrotność – nie tenisistka na dorobku, a wielka mistrzyni, powoli schodząca ze sceny, w osobie Wiktorii Azarenki. Tu mecz był zacięty, choć dwusetowy – pierwsza partia skończyła się tie-breakiem granym na przewagi, drugą Jastremska wygrała 6:4. Łatwiej poszło jej w ćwierćfinale z Lindą Noskovą. Czeszka nie była rozstawiona, ale pokazała co potrafi eliminując wcześniej Igę Świątek.

Reklama

Ukrainka jednak się jej nie przestraszyła. I nagle była w półfinale.

I tak jak osiem innych podobnych przygód, tak i ta jej się na tej fazie zakończyła. Pokonała ją Zheng Qinwen, która nieco ponad pół roku później została mistrzynią olimpijską. Rozstawiona z „12” Chinka w Australii zaliczyła pierwszy finał wielkoszlemowy (i jak na razie jedyny), a rundę wcześniej skończyła ten „run” Jastremskiej z kwalifikacji do półfinału.

Ciekawe, że kolejny taki – w głównym turnieju – zaczął się od niej właśnie.

Roland Garros 2026. Maja Chwalińska

Historia nie stoi po stronie Polki. Chwalińska gra co prawda w Paryżu świetnie – począwszy od kwalifikacji, przez pokonanie wspomnianej Zheng, a potem Elise Mertens, Marii Sakkari, Diane Parry i Anny Kalinskiej – jednak do tej pory zdecydowana większość przygód takich jak ta jej, kończyła się właśnie na meczu, na którym teraz jest Polka.

Konkretnie: dziewięć na dziesięć. Tylko Raducanu się tej historii wyrwała.

Czy Maja też zdoła?

Na pewno ma szansę. Diana Sznajder nie jest tenisistką tak groźną – mimo że ją pokonała – jak Aryna Sabalenka. Ale to będzie ciekawy mecz, dwie leworęczne zawodniczki, możliwe, że Rosjanka będzie miała przez to łatwiej z rotacjami Mai. Na pewno jednak Chwalińska już i tak dokonała rzeczy wielkiej. Przez 48 lat trwania ery open taki przypadek jak jej, jest dopiero 11. W rywalizacji kobiet to z kolei szósta taka historia.

Możliwe, że za 50 lat statystycy będą ten wyczyn wspominać. Jeśli Maja dołoży jeszcze jedną wygraną – jest to właściwie gwarantowane. Gdyby dołożyła dwie – stanie się to pewne.

A że historia nie sprzyja? Nie sprzyja. Ale to tylko historia. A teraźniejszość pisze Chwalińska po swojemu.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

3 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama