Lech Poznań obronił mistrzostwo Polski. Zasłużone pochwały zbierają poszczególni piłkarze i władze klubu za konsekwentne trzymanie się planu, ale trzeba też oddać to, co należne Nielsowi Frederiksenowi i jego sztabowi. To nie tak, że ten tytuł wygrał się sam lub pomimo duńskiego szkoleniowca.
Gdy Kolejorz zaczął od falstartu wiosenną rywalizację, apelowałem o spokój w kontekście Frederiksena. Jego drużyna przegrała co prawda mecze z Lechią Gdańsk i Piastem Gliwice, ale nie dlatego, że nie potrafiła nic zrobić na boisku i biegała, jakby była bez mapy.
Drugie z rzędu mistrzostwo Lecha Poznań to też duża zasługa trenera
Skumulowały się wtedy niefortunne zdarzenia pod jednym i drugim polem karnym. Lech był ekstremalnie nieskuteczny (powinien w tych dwóch spotkaniach obowiązkowo strzelić 5-6 goli, a strzelił jednego). Jednocześnie wyjątkowo namnożyła się liczba kuriozalnych i poważnych błędów indywidualnych w defensywie, że wspomnę samobója nieatakowanego przez nikogo Antonio Milicia i Mateusza Skrzypczaka wycofującego piłkę pod nogi przeciwnika.
Rzucała się w oczy jednowymiarowość Lecha i brak planu B, kiedy nie udawało się prowadzić poprzez dominację i ekspansję w ataku. Rywale często dawali się we znaki w fazach przejściowych. Nie oglądaliśmy jednak zespołu, który wali głową w mur i nie wie, co ma robić. Pretensje należało mieć wtedy bardziej do piłkarzy niż do sztabu. Gdy więc Frederiksen mówił, że przy takiej grze dobre wyniki nadejdą, wierzyłem mu, bo widziałem podstawy.

I okazało się, że Duńczyk miał rację. Porażka w Gliwicach z 3 lutego była przedostatnią dla Lecha w tym sezonie ligowym. Później potknął się jeszcze tylko w Łodzi z Widzewem. Odkąd Kolejorz mógł się skupić wyłącznie na Ekstraklasie po pechowym, trzeba przyznać, odpadnięciu z Szachtarem Donieck w Lidze Konferencji, w ośmiu kolejkach odniósł pięć zwycięstw i trzy razy zremisował. Frederiksenowi udało się to, co z czym problem miał Adrian Siemieniec. Jagiellonii dość długo pożegnanie z pucharami nie pomagało w kontekście ligi. Dopiero w ostatnich kilku tygodniach zaczęło być lepiej, lecz w temacie mistrzostwa było już za późno.
Większa elastyczność taktyczna
Wcześniej Lech pokazał też, że potrafi wygrywać sposobem i jeśli trzeba, jest w stanie odejść od dotychczas jedynego słusznego sposobu grania. Tak wyglądał jego mecz w Zabrzu, gdy zagrał bardzo pragmatycznie i trochę pocierpiał na boisku. Przetrzymał również drugą połowę w Lubinie, oddając sporą część inicjatywy Zagłębiu. W obu przypadkach dowiezione zostało cenne 1:0.
Jasne, że pod względem punktowym szału nie ma. Mamy jednak najbardziej wyrównaną Ekstraklasę w historii, która w pewnym sensie znajduje się jeszcze w fazie przejściowej. Granie w pucharach na wiosnę powoli staje się dla nas standardem, ale regularne godzenie kilku frontów przez tak długi czas nie jest jeszcze codziennością i czymś oczywistym dla poszczególnych klubów. Dla potentatów z ostatnich lat to nadal nauka i oswajanie się z czymś nowym.
Jednocześnie wyraźnie urosła nam klasa średnia, która na dziś nie jest na tyle mocna, żeby w pełni wykorzystać zaabsorbowanie faworytów grą w Europie, ale już na tyle silna, żeby regularnie napsuć im krwi. Zaawansowanie w kwestii taktyki i organizacji gry w większości drużyn jest znacznie wyższe niż kilka lat temu. Nie ma to niestety jednoznacznego przełożenia na wrażenia wizualne. Jeśli trafią na siebie dwa dobrze zorganizowane zespoły, możemy otrzymać mecz nudny dla oka i w tym sezonie wielokrotnie to przerabialiśmy. Ale spokojnie, z czasem będzie lepiej.

Sporo problemów kadrowych
Fakt, iż Kolejorz drugi raz z rzędu triumfuje w takich okolicznościach naprawdę zasługuje na docenienie, zwłaszcza że Frederiksen – być może wbrew pozorom – nie miał sielanki kadrowej od startu do mety. Sezon zaczynał z niemal całkowicie przebudowaną ofensywą. Sprzedano mu Afonso Sousę, a poważniejsze kontuzje leczyli Ali Gholizadeh, Patrik Walemark i Daniel Hakans. Łącznie na rok wypadł Radosław Murawski. W późniejszym czasie urazy dawały się we znaki chociażby Antonio Miliciowi i Filipowi Jagielle. W okresie jesienno-zimowym poważny kryzys formy dopadł Luisa Palmę. To nie była jedna wielka sielanka, której należało po prostu nie przeszkadzać.
Ciągle trzeba było sobie radzić z jakimiś trudnościami i znajdować warianty zastępcze. Wojciech Mońka nie wykreował się sam na czołowego obrońcę sezonu, ktoś musiał mu zaufać.
Koniec końców Niels Frederiksen i jego ludzie poradzili sobie świetnie. Nowy kontrakt dla Duńczyka powinien być formalnością. A jeśli są wątpliwości, czy przypadkiem prawdziwym mózgiem całego przedsięwzięcia nie był odchodzący do samodzielnej roboty asystent Sondre Tjelmeland, wkrótce powinniśmy się przekonać, ile jest w tym prawdy.
ZOBACZ RÓWNIEŻ
Fot. FotoPyK/Newspix