Vidal i Turan. Czas przywitać się na Camp Nou

redakcja

Autor:redakcja

06 stycznia 2016, 14:22 • 4 min czytania

Vidal i Turan. Czas przywitać się na Camp Nou

17 maja 2015. Atletico Madryt gra mecz 37. kolejki Primera Division. Rywal? Późniejszy mistrz – FC Barcelona. Dla Ardy Turana to ostatni mecz w sezonie i – jak się później okazało – ostatni w roku, przynajmniej w koszulce klubowej. Wtedy jeszcze nie spodziewał się, że po raz kolejny na hiszpańskim boisku pojawi się za ponad pół roku i to po przeciwnej stronie barykady. Drugi piłkarz, który zaryzykował sześć miesięcy bez występów w oficjalnym meczu klubowym to Aleix Vidal. W obu przypadkach było wielkie wyczekiwanie i spoglądanie z trybun z zazdrością w kierunku boiska. Ich czas w końcu nadchodzi. Turek i Hiszpan powracają na boisko już jako piłkarze „Dumy Katalonii”. 

Reklama

Pytań w związku z tym faktem pojawia się co nie miara, w tym jedno z ważniejszych, na które Luis Enrique zdążył już udzielić odpowiedzi: tak, obaj zagrają w dzisiejszych derbach z Espanyolem w Copa del Rey, nie wiem tylko ile minut. W internetowych wydaniach największych hiszpańskich dzienników można zobaczyć grafiki przedstawiające wyjściowy skład Barcelony z Ardą Turanem i Aleixem Vidalem. Optymistów tego rozwiązania jest tyle samo co pesymistów. Ci drudzy nie przestają zadawać pytań: o formę, o gotowość na 90 minut, o ewentualne wpasowanie tej dwójki do składu. Pierwsze dwie kwestie to w zasadzie jeden wielki znak zapytania, choć Lucho przekonywał na konferencji o doskonałym przygotowaniu i gotowości do rozegrania całego meczu przez ten duet.

mundodeportivo.7502

Reklama

A jak wygląda bieżąca sytuacja obu piłkarzy? W nieco lepszym położeniu wydaje się być Arda. Jesienią regularnie grał w tureckiej kadrze, której pomógł awansować na Euro 2016. Licząc starcia towarzyskie, zagrał łącznie 8 spotkań i walnął 3 gole. Vidal? Ten w zasadzie jest większą niewiadomą. W poprzednim roku dostał szansę tylko w mało znaczącym czerwcowym meczu z Kostaryką (45 minut), a w eliminacyjnej potyczce z Białorusią ani przez chwilę nie powąchał murawy. Na pozostałych zgrupowaniach kadry nawet go nie uświadczyliśmy. Rzeczywistość dla niego wygląda trochę brutalnie – ostatni poważny mecz rozegrał w… Warszawie, w finale Ligi Europy (bo za poważny trudno uznać sparing Katalonii z Krajem Basków) Jego główny konkurent w walce o skład, Dani Alves, „przywitał się” z  nim bez cienia egzaltacji, zapowiadając, że… rywalizacji nie przegrywa. Jeśli do tego dołożymy fakt, iż Brazylijczyk w ostatnich miesiącach jest w kapitalnej dyspozycji – Vidalowi będzie ciężko posadzić go na ławce. Ale też nie ma co czarować – Barcelona ma taki natłok meczów, że okazję do gry Aleix będzie miał niejedną.

Pewnym plusem jest fakt, że ich czas na zaprezentowanie się kibicom przypada nie w meczu z Realem, Sevillą, Atletico ani żadnym Villarrealem, tylko z Espanyolem. Zgoda – mecz derbowy, ekipa rywala została w ostatnich tygodniach całkiem znośnie poukładana przez Constantina Galcę i w dodatku urwała ostatnio punkty Blaugranie, ale – cholera – to wciąż tylko Espanyol, który w dodatku w tym sezonie na wyjazdach zdaje się zapominać jak się gra w piłkę. Przednia okazja by zacząć zjednywać sobie bordowo-granatową część Katalonii. O ile Aleix Vidal nie ma z przeszłości szczególnych wspomnień ze starć z „Los Pericos”(poza asystą przy golu Vitolo z lutowego meczu wygranego 3:2), o tyle Arda zdążył już rozjuszyć kibiców tej drużyny, grając w Atletico. Jak? Między innymi takim dziełem sztuki:

Abstrahując od wszelkich pytań i niejasności, Barcelona najzwyczajniej w świecie potrzebowała świeżego zastrzyku krwi. Przez ostatni rok rotacja w kadrach była – co oczywiste ze względu na zakaz rejestrowania piłkarzy – niewielka. Powszechnie narzekano na krótką ławkę i brak wartościowych dublerów. Jeżeli wypadł ktoś z trójki MSN, pojawiał się problem, bo automatycznie trzeba było wypełniać lukę Munirem lub Sandro, którzy żadnego przeciwnika przestraszyć nie potrafili, za to rozśmieszyć – jak najbardziej. Teraz pojawia się alternatywa w osobie Ardy, którego dotychczasowe dokonania i nazwisko na kolana może i nikogo nie powalają, ani nie powodują u przeciwników rozwolnienia, ale wyglądają lepiej niż łączny dorobek wspomnianej dwójki. Jasne, to piłkarz stricte ofensywny, ale należy się spodziewać, że – przy obecności całego ofensywnego trio MSN  – Lucho nieraz ustawi go na pozycji Rakiticia lub Iniesty.

Jeden mecz – nie oszukujmy się – wszelkich wątpliwości ani obaw nie rozwieje. Być może da namiastkę tego, co czeka kibiców z ich strony w najbliższych miesiącach, ale w prognozowanie nie będziemy się teraz bawić – po prostu jest za wcześnie. Czas pokaże, czy pomysł „Lucho” był trafiony.

MARIUSZ GRZEGORCZYK

Najnowsze

Reklama

La Liga

La Liga

Ter Stegen zabrał głos po kontuzji. „To dla mnie wyjątkowo trudne”

Mikołaj Duda
0
Ter Stegen zabrał głos po kontuzji. „To dla mnie wyjątkowo trudne”
Reklama
Reklama