Ostatni mecz Włochów w fazie pucharowej mistrzostw świata – wygrany finał z Francją w 2006 roku. Ostatni mecz na mundialu w ogóle – naznaczona ugryzieniem Giorgio Chielliniego przez Luisa Suareza porażka z Urugwajem w 2014 roku. Nic więc dziwnego, że Italii spływa strużka potu po czole wobec wyjazdowego barażu z Bośnią i Hercegowiną. Zwłaszcza że gospodarze zapowiadają piekło.
Pewności siebie brak
Na przestrzeni minionych dwóch dekad włoska piłka przeszła gigantyczny regres. Widać to po klubach – po zawodnikach, na których mogą sobie pozwolić i osiągnięciach w europejskich pucharach. Pokazuje to też reprezentacja, już dawno nie będąca w gronie murowanych faworytów przed każdym turniejem. Nie zmieniła tego jedna jaskółka w postaci niezapomnianego dla Squadra Azzurra Euro 2021.
Jesienią 2017 roku katem Włoch okazała się Szwecja. Wtorkowy rywal Polski najpierw pokonał utytułowanych rywali 1:0 u siebie, by potem bohatersko obronić bezbramkowy remis na San Siro. Szok stał się faktem – stojący we łzach Gianluigi Buffon wiedział, że koło nosa przechodzi mu okazja życia i jeszcze jeden mundial w karierze. Winę zrzucono na ówczesnego selekcjonera, Giampiero Venturę, oraz jego wątpliwe wybory.
W marcu 2022 z kolei nastąpił szok i to z gatunku tych najbardziej porażających. Raptem osiem miesięcy wcześniej Włochami wszyscy się zachwycali, a ci wznosili na Wembley puchar za triumf w mistrzostwach Europy. A w barażu w Palermo wyeliminowała ich Macedonia Północna po jedynym golu w doliczonym czasie gry.
Nie może zatem dziwić, że skoro podchodzisz do walki o mundial po raz trzeci po dwóch wtopach takiego rozmiaru, psychika ma prawo szorować po dnie. A zwłaszcza, że dodatkowo na świeżo – w 2025 roku – Norwegia zrobiła z ciebie marmoladę, wygrywając 3:0 u siebie i 4:1 w Mediolanie. Biorąc pod uwagę wszystkie te okoliczności, baraże o mundial dla Włochów przedstawiały się jak wizyty u dentysty – i to na skomplikowane leczenie kanałowe.
Zachowawcze i niezbyt pewne siebie podejście widać było nawet po słowach selekcjonera Gennaro Gattuso, którego przecież pamiętamy z boiska jako totalnego wojownika niekłaniającego się nikomu. Przed półfinałowym spotkaniem z Irlandią Północną stwierdził, że sam wybrał na miejsce rozgrywania meczu Bergamo, bo „na przykład na San Siro zasiadają fani Interu i Milanu, a to oznacza, że jak kiepsko podasz, to zaczną gwizdać”.
Zaskakujące podejście w roli szkoleniowca jednej z najbardziej utytułowanych drużyn świata, a może po prostu wreszcie realna, bez cienia pudru i różu, ocena sytuacji? Jakby tego nie tłumaczyć, widzieliśmy czarno na białym, że Italia nie przystąpiła do walki o mundial absolutnie przepełniona wiarą we własne możliwości.

Wkurzeni Bośniacy
A nie mówiliśmy przecież o konieczności pokonania najlepszych, tylko pierwszym meczu z Irlandią Północną i drugim z Walią lub Bośnią i Hercegowiną. No właśnie, ta druga kwestia też wzbudziła sporo emocji. Kiedy Italia uporała z Irlandczykami z Północy, w Cardiff trwała dogrywka, a potem rzuty karne. W „jedenastkach” wygrał zespół z Bałkanów, a włoski nadawca Rai opublikował na żywo, jak piłkarze Gattuso… okazują radość, że przyjdzie im zmierzyć się z teoretycznie słabszym rywalem.
Classica arroganza di chi poi paga tutto.
Non va bene esultare ora, si esulta martedì. Ci vuole rispetto per la Bosnia e per l’avversario che andremo ad affrontare.
Bisogna essere concentrati, non si va mai convinti di essere più forti#ItaliaIrlandaDelNord#ITANIR pic.twitter.com/s0jHeGIpH3— Max Vader (@Potereaisith) March 26, 2026
I tutaj zaczęło się robić gęsto. Bośniaccy kibice i dziennikarze poczuli oburzenie, odbierając reakcję Włochów jako lekceważenie. Miralem Pjanić, była bośniacka gwiazda i piłkarz między innymi Romy czy Juventusu, udzielił wywiadu, w którym kazał nastawić się Italii na „prawdziwe piekło”. W swoich piłkarzy strzelali także włoscy kibice, zarzucając im buńczuczność i niczym nieuzasadnioną arogancję. Od czci i wiary odsądzono także telewizję, która wrzuciła zespół na minę.
Do tablicy wywołany został jeden z głównych bohaterów wideo, Federico Dimarco. Piłkarz Interu Mediolan pojawił się w niedzielę na konferencji prasowej i zaznaczył, że jego reakcja była instynktowna, a już na pewno nie miała na celu nikogo obrazić. Dodał też, że wymienił wiadomości ze swoim byłym kolegą z drużyny i liderem Bośni, Edinem Dżeko.
No właśnie – 40-latek też wystąpił w mediach na dzień przed meczem o wszystko. Co prawda uspokoił sytuację, zaznaczając, że „każdy ma jakieś preferencje i to było zupełnie normalne”, ale nie omieszkał przy tym wbić szpileczki.
– Włosi to czterokrotni mistrzowie świata. Jeśli bali się wyjazdowego meczu z Walią, to ewidentnie coś tutaj nie gra – stwierdził napastnik.
No właśnie. Italia – niech będzie, że instynktownie – ucieszyła się, że nie musi podróżować na nowoczesny stadion do Cardiff, wypełniony raczej spokojniejszą publiką. W zamian czeka ją podróż na wysłużony obiekt w Zenicy, otoczony tysiącami ludzi, którzy będą chcieli zgotować swoim rywalom prawdziwe piekło.
Atmosfera rozgrzana do granic
Wokół miejsca rozgrywania tego spotkania narosło sporo historii, jeszcze zanim Włosi zdążyli w ogóle postawić nogi na Bałkanach. Przede wszystkim – pogoda. Końcówka marca w środkowej Bośni jest dość surowa, a prognozy wskazują raptem na 3-4 stopnie na plusie, nie wykluczają także opadów śniegu. Choćby o murawę dbali najlepsi fachowcy na świecie, ta idealna na pewno nie będzie.
Z tego powodu Gattuso zmienił program swojej drużyny. Zamiast oficjalnego treningu w Zenicy, w poniedziałkowy poranek Italia trenowała jeszcze u siebie w kraju, a podróż do Sarajewa (z którego drużyna musi pojechać jeszcze około godziny autokarem) zaplanowała na późne popołudnie.
W bałkańskim kraju w związku z nadchodzącym meczem panuje absolutne szaleństwo i nie ma się czemu dziwić. Bośnia może pojechać na drugi mundial w swojej historii. Pierwszy i jedyny dotychczas awans udało im się wywalczyć na MŚ 2014 w Brazylii. Wtedy wyprzedzili Grecję i na turniej dostali się bezpośrednio, ale decydujący krok postawili na wyjeździe, pokonując 1:0 Litwę. Można zatem zaryzykować stwierdzenie, że przed nami najważniejszy mecz domowy w historii Bośni i Hercegowiny.
Ponad 50-letni stadion w Zenicy jest gotów przyjąć około 13 tysięcy kibiców, a atmosfera na pewno będzie gorąca. To obiekt typowo piłkarski, w kształcie prostokąta, przez co fani są usadowieni blisko boiska. Ceny wejściówek na czarnym rynku osiągają zawrotne kwoty rzędu ponad 2000 złotych za zwykły bilet na przeciętny sektor.
Jest też inna opcja, czyli… balkon w którymś z mieszkań sąsiadujących ze stadionem Bilino Polje. Tak, mecz doskonale widać także z budynków otaczających arenę tego wydarzenia.
C’è anche chi Bosnia-Italia potrà guardarsela dalla finestra di casa…
Grazie signor Miki per l’ospitalità 😄 pic.twitter.com/Yopu064jGV— Gianluigi Bagnulo (@GianluBagnu) March 29, 2026
Ale o ile Włosi mogą czuć strach przed energią kibiców gospodarzy i całą otoczką pchającą Bośnię do osiągnięcia wielkiego sukcesu, o tyle na infrastrukturę przesadnie narzekać nie powinni. W końcu gdzie jak gdzie, ale w Italii porządnych obiektów trzeba szukać z lupą w ręką.
W podobnym tonie wypowiedział się Dżeko, zagadnięty, że Włosi narzekają na stan boiska. – Są przyzwyczajeni – wypalił były piłkarz Romy i Interu.
Trzeba jednak powiedzieć, że lider gospodarzy zakończył swoje przemówienie pięknym apelem. – Chciałbym, aby podczas włoskiego hymnu także nasi kibice wstali i pokusili się o aplauz. Nie zapominajmy, że po wojnie to Włochy jako pierwsze przyjechały do nas, by zagrać tutaj mecz – podkreślił legendarny zawodnik Bośni i Hercegowiny.
– Jestem świadomy, że niosę na swoich barkach ciężar całego kraju – powiedział natomiast jeszcze przed spotkaniem z Irlandią Północną Gattuso. A jeszcze wcześniej złożył deklarację, że jeśli Italia nie mundial się nie dostanie, to wyprowadzi się z kraju „daleko, bardzo daleko”.
Jako trener legendarny pomocnik Milanu potrafił już zremisować w ostatniej akcji po golu bramkarza, przegrać awans do Ligi Mistrzów na ostatniej prostej, remisując u siebie ze średniakiem, przeżyć burzliwe chwile w chaotycznie zarządzanych Valencii i Marsylii, czy – ostatnio – na ostatniej prostej przegrać tytuł w Hajduku Split i finiszować na trzeciej pozycji.
Dla Gattuso trenerska klęska nie byłaby niczym nowym. Ale piłkarskie Włochy mogłyby już tego nie udźwignąć. Czy po dwunastu latach druga najbardziej utytułowana reprezentacja świata wreszcie wróci na mundial? To możliwe, ale bilet wstępu czeka do odebrania w bośniackim piekle.
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Zbigniew Boniek podał swój skład na Szwecję. Bez Pietuszewskiego
- Gyokeres jak Lewandowski. „Daje Szwecji przewagę nad Polską”
- Różne style bycia. Lewandowski w Szwecji jak Ibrahimović w Polsce?
Fot. Newspix