Był nazywany szefem środka pola w mistrzowskim Lechu Poznań Macieja Skorży, jak i sytym kotem w rozczarowującej ekipie Mariusza Rumaka. Świętował awans do ćwierćfinału Ligi Konferencji, a rok później odpadał w eliminacjach ze Spartakiem Trnawa. Po wyjeździe z Polski stał się filarem występującego w Serie A Udinese, gdzie z dumą nosi opaskę kapitana. W 2022 roku to jego błąd w finale baraży z Polską przyczynił się do porażki Szwecji. Teraz Jesper Karlstroem ma okazję zmazać tę plamę.
Dobiega końca 47. minuta meczu Polska – Szwecja, którego stawką jest awans na mistrzostwa świata w Katarze. Na tablicy wyników 0:0, Polacy wpadają z piłką w pole karne rywala. Szymański zagrywa piłkę do środka, gdzie ruszają do niej Karlstroem i Krychowiak. Reprezentant Polski jest szybszy, wbiega przez Szweda, który pakuje mu się w nogi. Polak upada, sędzia Daniele Orsato odgwizduje rzut karny. Pomocnik gości z niedowierzaniem rozkłada ręce szukając litości u arbitra, ale Orsato jest nieubłagany. Do jedenastki podchodzi Robert Lewandowski i z olbrzymim spokojem pokonuje Olsena. Szwedzi szukają wyrównania – w najlepszej sytuacji Forsberg trafia w Szczęsnego – ale po drugim golu Polaków już właściwie nie istnieją na boisku. Marzenia o wyjeździe na mundial pryskają.
Zwykle historie, w których na drodze polskiej drużyny staje ktoś związany w ten czy inny sposób z naszą ligą to potencjał na dramat. Futbolowi bogowie bardzo lubią zabawić się w ten sposób, zresztą taki scenariusz pisze się sam. Bo kto miałby pokarać Polaków, jak nie ten zawodnik, który wcale nie jest największą gwiazdą zespołu, ale którego akurat doskonale znamy?
A jednak było inaczej. Nasz potencjalny kat tym razem stał się ofiarą.

Mecz Polska – Szwecja w barażach do mistrzostw świata w Katarze – fot. FotoPyK
Idąc dalej w dramatyzm, ten moment w pewnym sensie zapoczątkował chude lata dla szwedzkiej kadry. Po przegranych barażach przyszedł spadek do dywizji C Ligi Narodów, następnie fiasko w eliminacjach do mistrzostw Europy, a po nim koszmarne eliminacje do mundialu. Gra w Lidze Narodów z Azerbejdżanem, Estonią i Słowacją paradoksalnie okazała się jednak wybawieniem, bo dała Szwedom możliwość dostania się na mistrzostwa świata właśnie tą boczną ścieżką.
I tak oto koleje losu sprawiły, że na drodze do sukcesu, jakim byłby dla Szwedów wyjazd na wielki turniej po pięciu latach przerwy, znów staje Polska. Jeśli mielibyśmy wskazać zawodnika, dla którego wtorkowy mecz to sprawa osobista, musiałby to być Karlstroem. Nawet jeśli on sam stara się sprzedawać bajki, że skupia się tylko na drużynie i nie myśli o rewanżu.
Jesper Karlstroem i Lech Poznań. Od szefa do sytego kota
Po przegranych barażach na Karlstroema wylał się w sieci tak wzmożony hejt, że piłkarz musiał zablokować możliwość dodawania komentarzy na swoim profilu w mediach społecznościowych. Na fali złości pojawiły się także groźby, które szwedzka federacja zgłosiła na policję. On sam jednak twierdził, że nie zrobiło to na nim wrażenia.
– Jest wielu idiotów, którzy siedzą w domu i piszą dziwne rzeczy za ekranem. Niestety, tak to już jest. Mam wrażenie, że większość zawodników jest do tego przyzwyczajona – tłumaczył w rozmowie z Aftonbladet.
Trzeba natomiast podkreślić, że jego obecność w kadrze na baraże nie była dziełem przypadku, a konsekwencją dobrej gry w Lechu Poznań. W swoim pierwszym pełnym sezonie w Ekstraklasie Szwed błyszczał. Był liderem drużyny, która pod wodzą Macieja Skorży zakończyła rozgrywki z mistrzostwem Polski, osiągając jeden z najwyższych dorobków punktowych w ostatnich latach (74). Nie dziwiły też dalsze powołania do reprezentacji, ponieważ w kolejnym sezonie, mimo zmiany trenera, Kolejorz nadal radził sobie dobrze. Nieco gorzej w lidze, za to znakomicie w Europie, gdzie dotarł do ćwierćfinału Ligi Konferencji.

Wtedy nadszedł jednak katastrofalny dla Lecha sezon 2023/2024. Po zaprzepaszczonych eliminacjach do europejskich pucharów klub rozstał się z Johnem van den Bromem, licząc, że dokończenie sezonu z Mariuszem Rumakiem u sterów wystarczy na co najmniej awans do pucharów. Jak to wyszło, pamiętamy. Lech zakończył rozgrywki na piątym miejscu, a podczas ostatniego meczu sezonu kibice urządzili sobie na trybunach imprezę.
W tamtym czasie coraz rzadziej można było usłyszeć o Karlstroemie, że jest „szefem”, przykleiło się zaś do niego, podobnie jak do innych doświadczonych liderów Lecha określenie „syty kot”. Raczej pogardliwe sformułowanie – mające symbolizować piłkarza, który swoje już wygrał, dobrze zarabia i nie ma w nim odpowiedniej motywacji – rozpowszechnił jeden z kibiców Kolejorza i popularny użytkownik portalu X (wcześniej Twitter), Kevol, który nawet skonfrontował się ze Szwedem na żywo, gdy obaj spotkali się w pobliżu jednej z poznańskich restauracji.
– Powiedział to po polsku, myślał, że nie zrozumiałem, ale rozmawialiśmy o tym w szatni. To szaleństwo, że teraz o tym mówię, nie chcę już poświęcać na to czasu. On był zdenerwowany, że przez jakiś czas graliśmy źle, a problem w tym, że mu odpowiedziałem. Czasami lepiej milczeć i odejść – tłumaczył później piłkarz w szwedzkich mediach.
I nie ukrywał, że końcówka jego pobytu w Poznaniu nie należała do najprzyjemniejszych.
– Kibice mają tam wysokie wymagania, pod koniec było trochę ciężko w całym klubie, trochę toksycznie. To nie było dobre – wspominał na łamach fotbolldirekt.se.
W największym skrócie.
Idąc z partnerką koło Lars Lars Lars zażartowałem sobie, być może za głośno że stoi Syty Kot 🐈 To Karlstrom nagle zaczął iść obok mnie pytając ’ Czemu nie powiem tego po angielsku ’ może myśląc że się przestraszę. No to mu odpowiadam Hello Mr Fat Cat 1/ https://t.co/xOfyYqdCyu
— Kevol (@KevolKKS1922) June 20, 2024
Karlstroem po odejściu z Lecha najwyraźniej nie wyrzucił od razu tego określenia z głowy. W marcu 2025 roku po zremisowanym 1:1 wyjazdowym meczu z Lazio wrzucił na swój instagramowy profil relację opatrzoną hasłem „Syty kot na Stadio Olimpico”.
Żołnierz Runjaicia w Udinese
Ostatecznie za przegrany sezon i tak otrzymał jednak zawodowy awans w postaci transferu do lepszej ligi. Jak mówił, gra we Włoszech była dla niego spełnieniem marzeń. Ale też bez fałszywej skromności podkreślał, że po prostu miał na to papiery.
– Zawsze czułem, że mogę grać na wyższym poziomie niż w polskiej lidze, bo grałem z wieloma zawodnikami na naprawdę wysokim poziomie w reprezentacji i w europejskich pucharach z Lechem Poznań. Czuję, że prezentuję wysoki poziom, a ten tutaj na treningach i w meczach taki jest – mówił niedługo po dołączeniu do Udinese w rozmowie z fotbollskanalen.se.
Trener Kosta Runjaić przyznał, że sprowadzenie Szweda było jego osobistym pomysłem.
– U mnie zawsze musi być dobra szóstka. Łącznik między formacjami. Potrzeba nam zawodnika odpowiedzialnego, wybieganego, odbierającego piłkę. Nie mieliśmy czasu, a zaczęliśmy bez nominalnej szóstki. Jesper Karlstroem nie był z nami na obozie przygotowawczym, a teraz jest kluczowym graczem, od początku wiedziałem, że takim będzie. To taki typowy transfer trenera, nie znalezisko skautingu – mówił szkoleniowiec na kanale Foot Truck.

Mając tak wysokie notowania u trenera, Karlstroem w swoim pierwszym sezonie opuścił tylko jedno ligowe spotkanie. Zaliczyłby komplet, gdyby nie zawieszenie za żółte kartki.
W kolejnym jego rola w drużynie jeszcze wzrosła. To jemu Runjaić powierzył opaskę kapitańską, co zwiększyło jednocześnie zakres jego obowiązków – teraz musi być liderem nie tylko na boisku. I przywyknąć, że koledzy tytułują go „Il Capitano”.
– Słyszałem to już kilka razy. Mam wrażenie, że prawie zmieniłem imię – opowiadał uradowany szwedzkim mediom. Przydomek ten przyjął się także w szatni reprezentacji.
– To zabawne, ale bywa też dziwne. Jakbym awansował w hierarchii z dnia na dzień. Prawie jakbym stał się kimś innym. Wolę być nazywany Jesperem, ale muszę spróbować płynąć na tej fali – tłumaczył.
Sytuacja klubowa nie pozostawała bez wpływu na pozycję w kadrze. W październiku 2023 roku Karlstroem nie otrzymywał już powołań od Janne Andersona. W marcu na zgrupowanie zaprosił go nowy selekcjoner, Jon Dahl Tomasson, ale wtedy ówczesny gracz Lecha zmagał się z chorobą. Na czerwcowe i wrześniowe mecze powołania już nie dostał.
Tomasson przypomniał sobie o Karlstroemie dopiero w październiku 2024 roku, gdy pomocnik występował już w Udinese i trudno było przejść obojętnie wobec jego regularnej gry w mocnej lidze. Nie znaczy to jednak, że w reprezentacji odgrywał pierwszoplanową rolę. Na 12 meczów, w których mógł zagrać, wystąpił w siedmiu, z czego w czterech od początku. W eliminacjach do mundialu Tomasson postawił na niego tylko raz.
Nie znaczy to też, że gdy dostawał szansę, to zawsze stawał na wysokości zadania. To po jego błędzie Szwedzi zaliczyli wpadkę w meczu towarzyskim z Luksemburgiem (0:1).

Gyokeres strzelał, Karlstroem czyścił. „Był potworem”
Tak czy inaczej, nie dziwi, że zmianę selekcjonera pomocnik przyjął raczej z entuzjazmem.
– Mamy niesamowity zespół, myślę, że najlepszy w historii naszej kadry. Eliminacje nie poszły dobrze, zwłaszcza biorąc pod uwagę naszą grę, ale wciąż mamy szansę w barażach. Mamy nowego trenera i mamy nadzieję, że pójdzie nam lepiej, ale to zawsze zaszczyt grać dla Szwecji przed rodziną i przyjaciółmi. Chcemy pojechać na mistrzostwa świata – to marzenie każdego piłkarza – mówił w rozmowie na oficjalnej stronie Udinese.
Graham Potter obdarzył go zaufaniem. W jego debiucie Karlstroem rozegrał pełne 90 minut przeciwko Szwajcarii. Brak występu w kolejnym spotkaniu ze Słowenią trzeba w tym przypadku zrzucić na prawo nowego selekcjonera do przeglądu składu, wszak był to ostatni mecz przegranych już eliminacji. Natomiast w najważniejszym meczu, czyli półfinale barażów z Ukrainą, Anglik ponownie wybrał pomocnika Udinese.
I raczej się nie zawiódł.

Show przeciwko Ukrainie skradł Viktor Gyokeres, ale występ Karlstroema też nie przeszedł bez echa.
– Był niesamowity. Czuło się, że jest wszędzie. Pracował bardzo ciężko i wykonał kilka ważnych wybić w polu karnym, gdy było 2:0. Wiem, że jest niesamowicie dobry i pokazał to po raz kolejny – komplementował kolegę Carl Starfelt, cytowany przez fotbollskanalen.se.
Wtórował mu Herman Johansson.
– Był potworem. Był bezlitosny. Po prostu się pojawiał i oddalał niebezpieczeństwo. Kiedy się martwiłeś, on się pojawiał.
To opinia, której nikt nie wygłosiłby o nim cztery lata temu po meczu w Chorzowie, gdy jego faul był dla Biało-Czerwonych niczym wyciągnięcie pomocnej dłoni. Trudno jednak liczyć, że coś takiego się powtórzy. Na dodatek, tym razem to Szwecja będzie miała atut własnego boiska.
– To w pewnym sensie przeznaczenie, że będzie kolejny mecz z Polską. I to u siebie. Jestem niesamowicie podekscytowany. To będzie świetna zabawa – stwierdził sam Karlstroem.
Też na to liczymy. Ale oby bawili się jednak Biało-Czerwoni.
***
Polecamy też tekst Szymona Janczyka z 2022 roku o historii Jespera Kalstroema – jego walce z uzależnieniami i trudnych początkach w Djurgardens IF. Link poniżej:
Przez głowę do kadry. Jak Jesper Karlstroem wygrał ze swoimi słabościami
WIĘCEJ O MECZU SZWECJA – POLSKA NA WESZŁO:
- Duże osłabienie Szwedów! Obrońca nie zagra z Polską
- Szwed, który grał z Grabarą: Uważa się za najlepszego na świecie
- Lepiej w finale baraży nie grać ze Szwecją. To może być pułapka
Fot. Newspix