Sułek znów walczy o medale. „Nie mam marzeń, tylko cele”

Sebastian Warzecha

23 marca 2026, 13:47 • 15 min czytania 4

Reklama
Sułek znów walczy o medale. „Nie mam marzeń, tylko cele”

W lutym 2024 roku Adrianna Sułek-Schubert urodziła syna. Do sportu wróciła szybko, bo wystartowała już na igrzyskach w Paryżu… ale wyniki się nie zgadzały. Oczywiście, mało kto oczekiwał, że po ciąży Ada będzie w stanie rywalizować na takim samym poziomie. Brakowało jednak progresu i w kolejnym sezonie. Ten jednak w końcu nastąpił – w Toruniu, na halowych mistrzostwach świata. Sułek-Schubert skończyła je tuż za podium. I zapowiadała, że to tylko początek.

W strefie rozmów z dziennikarzami Ada była bardzo rozgadana. I to dobrze, bo sporo się u niej działo, a teraz mogła o wielu rzeczach opowiedzieć. Mówiła więc o wyniku, co naturalne, ale też o współpracy z nowym trenerem, Harrym Marrą, czyli legendą wielobojów. Do tego opowiadała o wyjazdach do USA, trudnościach finansowych i wsparciu związku lekkoatletycznego, które wreszcie czuje. Wydaje się też, że nieco otworzyła się na media, że jest mniej sfrustrowana, niż była jeszcze w zeszłym roku, gdy tę frustrację potrafiła wylać. I chyba sama to po części zauważa, bo mówi, że „lepiej jej się żyje” odkąd odpuściła nieco social media.

Generalnie więc: mówiła o niemal wszystkim. Co więc u Ady słychać?

Adrianna Sułek-Schubert wraca na wysoki poziom. „Cel? Mistrzostwo olimpijskie”

Reklama

Zadowolona z czwartego miejsca. Pewnie ostatni raz

Czwarte miejsce i zdecydowanie najlepszy występ od ciąży. To wynik Adrianny Sułek-Schubert na halowych mistrzostwach świata w Toruniu. W wielobojach Polacy przed rozpoczęciem rywalizacji zerkali głównie na Paulinę Ligarską, która – nieco niespodziewanie – stała się w ostatnich tygodniach naszą nadzieją na medal. Ta jednak skończyła niżej, na szóstej pozycji. A Sułek (pozwólcie, że będę używać tylko jej panieńskiego nazwiska w dalszej części tekstu, by trochę sprawę uprościć) rywalizowała o medale długo.

I zasłużenie. Bo nieźle pobiegła na 60 metrów przez płotki (8,44 s, 10. miejsce). W skoku wzwyż wykręciła dobry rezultat (1,81 m, 3. miejsce), a w pchnięciu kulą rozkręciła się tak, że osiągnęła nową życiówkę (14,70 m, 3. miejsce). Po porannej sesji była więc podium bliska i to naprawdę bliska. Ale popołudniu wszystko zepsuł skok w dal – tylko 5,98 m i znów 10. miejsce w konkurencji. Jej niegdyś atut, teraz stał się problemem.

Ale Adrianna mówi, że spokojnie, to wciąż początek drogi.

– Czy to maksimum? Nie. przede wszystkim 800 metrów mogłam pobiec o 8 sekund szybciej, ale nie było takiej potrzeby i konieczności, bo potrzebowaliśmy do Irlandki 11 sekund, więc nie zmieniłoby to mojej pozycji. Bo oczywiście nikt nie liczył, że można odrobić stratę do Anny Hall [została wicemistrzynią świata – przyp. red.], to nie ten etap. Czy coś jednak mogłam zrobić lepiej? Na pewno mogłam lepiej skoczyć w dal. W tym sezonie skakałam już dalej. Ale patrząc na to, jakie nazwiska dziś startowały, na jakim poziomie było podium i jakie zawodniczki skończyły za mną, to jestem zwycięska z tym czwartym miejscem. Na 4850 punktów nie byłam gotowa, a wyszarpałam miejsce tuż za podium. Na ten moment to jest aż czwarte miejsce.

Reklama

Adrianna Sułek

Skok w dal to konkurencja, którą Sułek musi poprawić. Fot. Newspix

Wspomniane 4850 punktów było umowną granicą do walki o podium. Adzie udało się zdobyć ich 4638, choć gdyby przyłożyła się bardziej do biegu na 800 metrów, gdyby czuła, że ma tam szansę, pewnie przekroczyłaby 4700. To bardzo, ale to bardzo solidna podstawa do budowania formy na dalszą część sezonu. I zapowiedź tego, że Sułek wraca w okolice poziomu, jaki prezentowała przed ciążą.

Musimy zmienić jeszcze trochę fizyczność, bo technicznie jest naprawdę nieźle. Fizjologicznie też, brzuch jest już zagojony po ciąży. Wiem, że jeszcze nie wygląda, bo trzeba zrzucić wagę. Niestety, jak skaczę w dal na treningach 5,80 m, to wszyscy wiedzą, że nie skoczę 6,50 m na zawodach. Myśleliśmy, że może mi się poszczęści, trafię z odbiciem, jakiś centymetr do plasteliny i wyjdzie te 6,10 m chociaż, no ale nie. A w biegu na 800 metrów nie mogłam już nic odzyskać. Przykro mi, że nie powalczyłam przy własnej publiczności, ale myślę, że mi to wybaczą i pozwolą spokojnie przygotowywać się do sezonu letniego – mówiła.

Reklama

I wydaje się, że tak, wybaczą. Bo oklaskiwali w ostatni dzień zawodów Sułek i jej wysiłek, zresztą Paulinę Ligarską też. Adrianna była mocno dopingowana i fetowana. I poniosło ją to do bardzo dobrego rezultatu. A przecież ostatnie lata faktycznie naszej wieloboistki nie rozpieszczały.

Ciąża zmieniła wszystko

Jest rok 2022. Adrianna Sułek jedzie na halowe mistrzostwa świata do Belgradu. Ma niespełna 23 lata i jest gotowa pokazać, że posiada ogromny talent. Robi to. W Serbii zdobywa srebro, w wielkim stylu zresztą. Potem dokładnie ten sam kolor medalu zdobywa na mistrzostwach Europy na stadionie. Srebro się jej zresztą trzyma – zgarnie je też w Stambule, na europejskim czempionacie, ale w hali, już w 2023 roku.

To był niesamowity pięciobój. Sułek wykręciła tam genialne, kosmiczne 5014 punktów. Przez kilka sekund – choć oficjalnie nigdy nie zostanie to tak zapisane – był to rekord świata. Ale po tej chwili do mety biegu na 800 metrów dotarła Naffisatou Thiam, być może najlepsza wieloboistka w historii. I gdy podsumowano jej wyniki, wyszło, że zrobiła 5055 oczek. Była lepsza od Sułek.

Ale wynik Ady i tak był niesamowity, bo stała się wtedy piątą w dziejach zawodniczką, która przekroczyła te 5000 punktów.

Reklama

To też rezultat, który dawał wielką nadzieję na igrzyska w Paryżu. Co prawda na stadionie to już siedmiobój. Miał dojść rzut oszczepem – jej słaba konkurencja – ale też 200 metrów, które biegała dobrze. Przedsmak tego mieliśmy otrzymać na MŚ w Budapeszcie, na stadionie, ale tam Polka się nie pojawiła. To wtedy ogłosiła, że zostanie mamą. Nie miała więc szansy zdobyć medalu, który rok wcześniej, w Eugene, był tuż poza jej zasięgiem – z wynikiem 6672 punktów była wówczas czwarta.

Syn Ady i Kacpra Schuberta, Leon, urodził się w lutym. Sułek szybko przekonała się, że lekko po ciąży nie będzie.

Na igrzyskach była 12, a na mistrzostwach świata 15. Szukała rozwiązań, zmieniała trenerów, wdawała się w mniejsze lub większe konflikty ze środowiskiem. Wcześniej często kłóciła się też z Polskim Związkiem Lekkoatletycznym. Teraz przynajmniej to się zmieniło, bo akurat na wsparcie PZLA – jak mówi – narzekać nie może.

– Prezesem PZLA jest cudowny człowiek, który ma wielką sympatię do wieloboju [Sebastian Chmara]. Mamy ludzi, z którymi korespondencja jest przyjemna. Wiecie, ja nie jestem pewna, czy teraz zasługuję na to, by latać do Stanów i dostawać finansowanie. Oczywiście, ja dokładam i to dziesiątki tysięcy złotych, więc budżet domowy powoli się kończy. Ale wszystko, co w związku mogą mi zapewnić, żeby było fair wobec innych zawodników, którzy są ode mnie lepsi i zdobywają medale, to mam zapewnione. Mam nadzieję, że to czwarte miejsce nie pogorszyło mojej sytuacji. Bo płacenie w dolarach jest ciężkie – twierdzi Adrianna.

Reklama

Trudno też być matką w sporcie. Przekonała się o tym na własnej skórze. Do tego wątku jednak wrócimy. Najpierw wypada napisać bowiem o tym, że wreszcie jest w sportowym życiu Ady pewna stabilizacja.

Trener na złoto

Wiele było zmian, także w sztabie. Sporo się u Sulek działo. Ale teraz znalazła trenera i to takiego z najwyższej możliwej półki. W przygotowaniach pomaga jej bowiem Harry Marra, Amerykanin, niezwykle doświadczony, 78-letni. Człowiek, który zdobywał medale z wieloma zawodnikami, a Ashtona Eatona zmienił w jednego z najlepszych wieloboistów w historii. W 2016 roku, za sukcesy swoich zawodników, został lekkoatletycznym trenerem roku na świecie.

Sułek korzysta z jego wiedzy. I, jak mówi, już przynosi to efekty, choć trener jest surowy i wymagający. Na przykład po tym czwartym miejscu w Toruniu przypuszczała, że raczej nie będzie z jej postawy zadowolony.

– Podejrzewam, że może być „wścieknięty”. Ale na odległość nic mi nie zrobi, pewnie tylko opierdzieli, że nie powalczyłam na 800 m i zmarnowałam naszą pracę. Jednak uważam, że co się odwlecze, to nie uciecze. Jestem spokojna o kulę, rzut oszczepem i biegi na 200 oraz 800 metrów, bo szybkość jest. Zostały trzy konkurencje do poskładania, a jak wiecie płotki i skoki były moimi najlepszymi w całym siedmioboju. To musi wrócić prędzej czy później. Na razie jest później, ale ja cierpliwie czekam – mówiła.

Reklama

Marra to jednak człowiek-instytucja. Osoba, której warto, a wręcz należy ufać. Ada mówi też, że to „zadziora”. Wspomniała, że w stracił rekord świata, bo wynik Eatona poprawił w toruńskiej hali Simon Ehammer. No i pewnie będzie chciał status trenera z rekordem świata odzyskać. Sułek z kolei chętnie by mu ten rekord wręczyła, choć „na to trzeba jeszcze poczekać”. Niemniej: oboje wydają się zmierzać w jednym kierunku.

No, w miarę w jednym. Trener bowiem potrafi zmieniać zdanie i jest to momentami kłopotliwe.

– PZLA jest mi przychylny. Mam nadzieję, że moje koncerty życzeń i ciągłe zmiany, które wynikają z tego, co mówi trener, nie wpłyną na to. Bo mój trener ma 78 lat i spore wymagania. Jego zawodnicy mieli rekordy świata i medale olimpijskie, szczególnie złote. On zmienia zdanie, a ja muszę iść za nim, dostosować się. Natomiast jestem też łącznikiem między nim a związkiem. Więc mi się obrywa, że to ja jestem ta kapryśna. W ostatnim czasie nie, to raczej widzimisię mojego szkoleniowca. (śmiech) Ale mam nadzieję, że się dotrzemy.

Harry Marra

Reklama

Harry Marra udziela wskazówek w trakcie Copernicus Cup. Fot. Newspix

W każdym razie – wynik z HMŚ pokazuje, że zmierza to w dobrą stronę. Sułek twierdzi, że mogłoby być nawet lepiej, gdyby mistrzostwa odbywały się nieco wcześniej, bo wtedy znajdowała się w lepszej formie. Trenowała bowiem w Stanach, była u Marry przez pięć tygodni. Potem wróciła do Polski, trener miał być z nią przez cztery tygodnie, ostatecznie wyszło, że mógł być tylko przez jeden. Rolę szkoleniowca na miejscu przejął Paweł Wojciechowski, nasz były tyczkarz, który ma jednak wielką sympatię do wieloboju.

Ada zresztą chciałaby włączyć go do sztabu na stałe, ale jeszcze jej się to nie udało. Musi go przekonać, bo chciałaby, by ktoś był w stanie przekładać na działania zalecenia (a może raczej – wymogi), które trener Marra prześle przez WhatsAppa i prowadzić ją na miejscu, by nie musiała robić tego sama. W sztabie Ady jest też Kuba Rychlewski (były biegacz), wcześniej pomagał jej również mąż, ale to było zbyt kłopotliwe pod względem spraw domowych.

Wciąż więc wszystko się u niej dociera, sporo jest zmian. Ale to już nie zarys działań, a ich zaawansowana faza, po prostu nie są jeszcze w pełni ukończone, nie wszystko się wyklarowało.

Reklama

– To najmądrzejsza praca w moim życiu, przy tym na pewno nie jest najcięższa. Mój trener uwzględnia to, że jestem mamą, więc wie, że ten organizm nie może być aż tak eksploatowany, ale pewnie przyjdzie czas, że będę żałowała właśnie wypowiedzianych słów. To jest mądra praca, to jest praca siedmiobojowa, bo trener mówi, że żeby być dobrym w siedmioboju, to trzeba trenować siedmiobój. Wcześniej tak nie trenowałam – mówiła Ada. I dodawała:

– Nie ukrywam, że chciałabym wypracować porozumienie, że nieco tego siedmioboju, a nieco też pracy siłowej, żeby to nie było tylko bieganie. Natomiast trener uważa, że cały siedmiobój jest oparty na bieganiu, więc ten nasz trening to stała biomechanika, biomechanika, biomechanika… Moje ciało nie jest przystosowane do prędkości, jakie rozwijamy, tylne pasma mnie cały czas ciągną. Czeka nas dużo pracy, dotarcia się, ale w te pięć tygodni zrobiliśmy kawał dobrej roboty.

Jest więc powrót do formy. Jest też uznany trener, który w tym pomógł. Ale są i trudności. Największą – choć równocześnie największą radością – jest dziecko. Macierzyństwo i sport trudno połączyć. Ada próbuje i jakoś sobie radzi.

A poza tym? Problemy jak i u „zwykłych” ludzi. Głównie te finansowe.

Reklama

Matka wyszła z social mediów

Ciężko jest godzić macierzyństwo ze sportem. Moja rodzina cały czas jest z moim synkiem, ja staram się to wszystko łączyć z treningami. A jak wiecie – sport nie wybacza, nie lubi kompromisów. Ja za to płacę frycowe, tak myślę. Te wyniki, trochę słabsze… ma na nie wpływ to, że nie jestem w stanie być tak profesjonalna, jak byłam wcześniej i nie będę, bo jestem mamą. Myślę, że dlatego nie przychodzi mi wszystko tak łatwo, jak to było przedtem. Po prostu trzeba poczekać – mówi Ada.

Twierdzi też, że jest coraz łatwiej. Bo synek, który skończył już dwa lata, jest coraz bardziej komunikatywny, lepiej mówi, czego chce. Ale jest przy tym przepełniony energią. – Ma więcej energii niż ja. Moja mama mówi, że ja byłam diabłem wcielonym, a on jest dużo gorszy – śmieje się Sułek. Ale cieszy ją to, bo chciałaby mieć małego sportowca, zabierać go na obozy, do Stanów, pokazać nieco świata.

I umożliwić realizowanie się, to na pewno. Bo, jak mówi: jej i Kacprowi dano taką szansę i dzięki temu są tam, gdzie są. Niemniej – zapewne musi upłynąć jeszcze chwila. Bo na razie trudno syna zostawić w domu z dziadkami, szybko tęskni za rodzicami.

– Ja to wszystko doprowadzę do ładu i składu i niebawem będzie nam dużo prościej, gdy syn będzie chętniej będzie spędzać czas z bliskimi, a przestanie mieć tak zwaną „mamozę”. Próbowałam go tutaj przywieźć na Copernicus Cup i nie dało się startować, bo on chciał do mamy i co ja mam zrobić? Mistrzostwa świata oglądał z domu – mówiła Sulek. Z domu, dodajmy, właśnie z dziadkami. Bo Kacper był na mistrzostwach, pracując przy nich od strony organizatora. Dlatego nie było jak syna wziąć na HMŚ, by mógł oglądać mamę z trybun.

Reklama

Ogółem więc: trzeba synkowi poświęcić sporo uwagi, wciąż zdarzają się noce, gdy umyka nieco snu, trudniej o regenerację, ale z każdym dniem jest coraz lepiej.

Jeśli coś ma martwić, to raczej finanse.

– Jestem teraz biedna jak mysz kościelna. Gdyby nie wsparcie wojska, miałabym duży problem. Mogę powiedzieć śmiało, że wspiera mnie w dużym stopniu PZLA. A jeśli chodzi o sponsorów, to oprócz tego, że wielu zrezygnowało ze mnie, to i ja musiałam zrezygnować z największego, jakim jest PKN Orlen. Bo ja potrzebuję teraz spokoju, możliwości przygotowań i dzielenia ich z macierzyństwem. Chciałam móc skupić się tylko na tych dwóch rzeczach, a nie świadczeniach w mediach społecznościowych. Jak wiecie, od dłuższego czasu mnie w nich nie ma i żyje mi się lepiej. Nie dlatego, że nie lubię mediów, bo lubię, ale lubię w nich „trąbić”, jak się dzieje dobrze. Jeszcze trzeba troszeczkę na mnie poczekać – mówi Sułek.

Pięć tygodni w Stanach to, wiadomo, dziesiątki tysięcy złotych. Tym bardziej, że w Santa Barbara, w Kalifornii. – Przepięknie tam jest. To jest takie miasteczko dla emerytów, nikogo nie obrażając. Ale jest pięknie, spokojnie, czysto i… drogo. Bardzo drogo – wylicza Adrianna. Wynajęli tam dom, dla niej i członków jej sztabu. Ale taki na miarę możliwości, ostatecznie nie każdy nawet miał pokój, ktoś musiał spać na kanapie w salonie. Wierzy jednak, że to wszystko się opłaci i ułoży, że ten budżet domowy – już mocno nadwyrężony – będzie za niedługo lepszy.

Reklama

Zresztą ostatnio pojawiło się jakieś światełko w tunelu, a i czwarte miejsce na mistrzostwach świata – nawet halowych – powinno, wbrew obawom Adrianny, raczej pomóc, a nie zaszkodzić. Co do tego światełka – trafił się sponsor, który nie wymaga. To było dla Sułek bardzo cenne.

– Od paru dni pomaga mi IQ Development. To bydgoska firma, mam nadzieję, że wspólnie osiągniemy cele, bo to była taka przypadkowa sytuacja. Pan pogratulował mi wyniku po Tokio, zobaczyliśmy się w kawiarni. A ja powiedziałam, że jestem rozczarowana. I tak pogadaliśmy i on mówi, że „to śmieszne, bo nas byłoby teraz na ciebie stać”. To ja na to: „pomóżcie mi”. I tak od słowa do słowa doszliśmy do tego, że teraz mi pomagają. I rozumieją, że rezygnowałam z innych partnerów, bo miałam być słupem reklamowym. A ja tego nie lubię, nie nadaję się. Cieszę się, że ktoś mnie docenił za inne rzeczy, a nie dawanie filmików na TikToku. Jestem wdzięczna, mam nadzieję, że za nimi pójdą inni sponsorzy.

Czy pójdą – to się okaże. Ale pewnie tak… o ile Adrianna Sułek zrealizuje swoje cele.

Nie ma marzeń. Są tylko cele

Pomimo tych wszystkich problemów Adrianna Sułek pozostaje jednak sobą. Czyli osobą pewną siebie, właściwie aż do granic. Taką, że przeradza się to momentami w zarozumiałość i od tego, co zrobi w przyszłości zależy, jak będziemy patrzyć na jej przeróżne deklaracje. Bo mówi na przykład, ze jej trener odzyska kiedyś rekord świata – to już wiecie. Ale obiecuje też, że trenuje przyszłą mistrzynię olimpijską.

I to mistrzynię z Los Angeles, w 2028 roku, za dwa lata.

– Ja nie mam marzeń, mam tylko cele. Mistrzostwo olimpijskie to cel na Los Angeles. Na Brisbane [2032] to nie wiem, czy będę jeszcze trenowała, bo już będę stara, a nawet teraz jest ciężko. Mój trener też nie lubi innych miejsc na podium niż złote. A ja już wcześniej byłam zawodniczką kompletną… poza brakiem oszczepu. Jeżeli poprawiliśmy ten oszczep, to wystarczy wrócić na swój poziom i tyle. Nie powinno to być trudne, mamy na to kupę czasu. […] Teraz muszę się uczyć nowych bodźców. Przynajmniej wiem teraz, że mam szkoleniowca, który planuje wszystko od A do Z i to spory ciężar zdjęty z moich barków – mówi Ada.

Czego oczekuje od siebie latem? Po pierwsze, zdrowia. Żeby można było trenować, żeby organizm mógł się zaadaptować do amerykańskiego stylu treningowe, który różni się od polskiego. Czekają ją na pewno kolejne obozy w Stanach, harówka, ale mądra i w takim miejscu, że aż chce się pracować, choćby przez bieganie na plaży. Jasne, wie, że te podróże wywracają nieco życie do góry nogami czy to jej, czy jej bliskim, ale akceptuje to. I oni też.

Adrianna Sułek

Adrianna Sułek pokazuje, ile lat zostało do igrzysk w Los Angeles. A mediom mówi: „To kupa czasu”. Fot. Newspix

Cel na ten sezon jest jasny – wrócić do siebie. Czyli zacząć skakać w dal jak trzeba, podnieść jeszcze trochę płotki i skok wzwyż. Reszta – tak twierdzi – jest na poziomie. Może jeszcze nie tym na rekordy, ale na pewno wysokim. Na tyle, że może mierzyć w medal na mistrzostwach Europy na stadionie. Tam czwartego miejsca nie chce akceptować.

O nie, broń Boże! Nie będzie Anny Hall, to [patrząc na podium z HMŚ] już mamy trzecie. Wiecie, w skoku wzwyż już coś wraca, w skoku w dal… dla mnie to najprostsza konkurencja. Jeżeli wróci fizyczność, to będzie przyzwoicie. Myślę, że 6,30 m by powodowało, że nie oddawałabym medalu. Myślę, że jak popracujemy cierpliwie, to będzie dobrze. Dojdzie 200 metrów, które bardzo lubię. Będzie 800 metrów bez przepychanek, bo dziś to mnie laski zamknęły, zamuliłam na starcie jak jakiś osioł. (śmiech) Myślę, że będzie więcej spokoju i przez to będzie przyzwoicie.

Tak więc plan jest taki: trenować, dotrzeć się z trenerem, namówić Pawła Wojciechowskiego, by na stałe dołączył do sztabu. A poza tym: zajmować się synem, bawić się, dać mu tyle miłości, ile tylko się da.

I połączyć to wszystko tak, by wyszedł z tego sukces. Już w tym sezonie, ale to te kolejne – z mistrzostwami świata (2027) i igrzyskami olimpijskimi (2028) będą ważniejsze.

To tam Ada ma przejść do historii.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Czytaj więcej o HMŚ na Weszło:

4 komentarze
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Inne sporty