Punkt widzenia zależy od chwili urodzenia? O zadowoleniu z igrzysk

Sebastian Warzecha

24 lutego 2026, 08:03 • 8 min czytania 8

Punkt widzenia zależy od chwili urodzenia? O zadowoleniu z igrzysk

Cztery medale – dużo to czy mało? Czy powinniśmy się z tych igrzysk cieszyć, czy wręcz przeciwnie? Na ile impreza w Mediolanie i Cortinie (a także kilku innych miejscach) spełniła nasze oczekiwania? I jak to się ma do przeszłości? Obserwując reakcje na nasze wyniki, zadawałem sobie te pytania od kilku dni. No to jak to z tymi igrzyskami jest?

Reklama

Zimowe igrzyska 2026. Jak właściwie je oceniać?

Wyobraźcie sobie taką sytuację – ba, może nawet znaliście kogoś takiego – że rodzicie się w 1915 roku na terenach, które niedługo potem na powrót staną się Polską. I wbrew wszystkiemu – wojnom, powstaniom, ustrojom i rządom – żyjecie w tej Polsce przez kolejnych 85 lat. Czyli gdzieś do końca XX czy początku XXI wieku.

Reklama

Wyobraźcie sobie jeszcze do tego, że z jakiegoś powodu jesteście miłośnikami sportów zimowych. Gdy więc czytacie w „Przeglądzie Sportowym”, że oto pojawia się wielka zagraniczna impreza i jadą tam Polacy, macie – dziewięciolatkiem będąc – wielką nadzieję na medale (a może i marzycie, że sami kiedyś po taki sięgnięcie?).

Ale medali nie ma.

Cztery lata później – gdy oficjalnie nazwano to już zimowymi igrzyskami – też nie. Latem, owszem, są. Kolarze, jeźdźcy, Halina Konopacka i inni sprawiają, że wpada nam co nieco do koszyka. Ale zimą? Nic w 1924, nic w 1928. No to może 1932? No nie, też nie. Podobnie 1936. Potem groza wojny, sport schodzi na dalszy plan. Ale po niej wracają i zimowe igrzyska. A Polacy swoje: 1948 – bez medalu. 1952 – również.

Letni sport zdaje się w tym czasie powoli rozwijać. Z kolei ten zimowy niekoniecznie. A przecież są w Polsce góry, są mroźne zimy, są – zdawałoby się – warunki i jakieś tradycje. W końcu jednak – przełamanie! Rok 1956, brązowy medal. Na kolejnych zimowych igrzyskach – dwa krążki: srebro i brąz. No to wszystko ruszy z kopyta, tak sobie myślicie.

CZYTAJ: ZIMOWE IGRZYSKA I POLSKIE MEDALE. CZĘŚĆ I, OPOWIEŚĆ O PIONIERACH

Ale nie rusza. Dopiero w 1972 kolejny medal. Złoto. Historyczny triumf. Doczekaliście się.

I wtedy jednak poruszenia nie ma. Ba, z igrzysk na igrzyska jest gorzej. Od 1976 do 1998 roku nie oglądacie już żadnego medalu. O żadnym nie przeczytacie, nie usłyszycie. I to nie kwestia tego, że wzrok czy słuch gorszy – po prostu nie wpadają medale. Gdy odchodzicie z tego świata – w 2000 czy 2001 roku – licznik zimowych polskich krążków, które przeżyliście, zatrzymuje się na czterech.

To dokładnie tyle, ile zobaczył dzieciak, dla którego zimowe igrzyska 2026 były pierwszymi, jakie świadomie oglądał.

A jednak… zdaje się, że nie wszyscy w Polsce jesteśmy tym występem naszej kadry usatysfakcjonowani.

To jak to jest?

Dlaczego można się nie cieszyć?

Wiadomo, są czynniki. Takie jak to, że dziś na igrzyskach jest znacznie więcej konkurencji niż kiedyś. Z drugiej strony jednak regularnie czytam nawoływania do tego, by w Polsce pójść w specjalizację – skoki, łyżwy, może coś jeszcze. I wystarczy. Czy to dobra droga, czy nie – niech wypowiedzą się badacze, eksperci, statystycy. Ja tam wolę – z czystej przyjemności kibicowania – mieć Polaków w jak największej liczbie sportów.

Ale to ja. Wy możecie mieć inne zdanie.

CZYTAJ TEŻ: 92 KRAJE, 116 KONKURENCJI. PEŁNA ANALIZA WYSTĘPÓW NA IGRZYSKACH

W każdym razie: konkurencji jest więcej, ale wiele z nowych to te, gdzie historycznie nas nie ma i pewnie długo – o ile kiedykolwiek zaistniejemy – nie będzie. Niespecjalnie więc nam to pomaga. Innym czynnikiem jest fakt, że wysyłamy większą liczbę sportowców niż, dajmy na to, w historycznym 1972 roku. To akurat powinno mieć jakieś znaczenie… no i w sumie ma. Medali faktycznie jest w końcu więcej.

Finalnie jest jeszcze czynnik Vancouver i Soczi. Wiele osób nadal odwołuje się do tamtych igrzysk. Do dwunastu medali w cztery lata, z czego pięciu złotych. To jednak już minęło, na emeryturę sportową przeszli lub przejdą zaraz wszyscy medaliści z tamtych dwóch imprez. Nie ma powrotu. Natomiast rozumiem perspektywę kogoś, kto w 2010 roku miał jakieś osiem lat i wychował się, jeśli o zimowe igrzyska chodzi, na czasie największej prosperity.

Justyna Kowalczyk. Vancouver 2010

Jeden z najważniejszych medali w historii polskiego zimowego olimpizmu – złoto Justyny Kowalczyk z Vancouver 2010. Fot. Newspix

Trudno potem zejść na ziemię, a dokładnie to stało się w Pjongczangu czy Pekinie. Mediolan i Cortina też nie zaspokoiły pragnień rozbudzonych przez wcześniejsze igrzyska – cztery medale są w porządku, ale przecież zabrakło złota.

A w Vancouver, Soczi i Pjongczangu były. I to też ma znaczenie.

A czemu nie powinno się narzekać?

Wiecie, moje pierwsze świadome zimowe igrzyska to Salt Lake City. Pamiętam przebłyski z konkursów Adama Małysza i… rozczarowanie związane z tym, że nie wpadły nam dwa złota. Przed Turynem byłem już świadomy tego, czego możemy się spodziewać i pogodzony z tym, że każdy medal trzeba będzie świętować, bo nie wiadomo, czy będzie jakikolwiek. I długo wydawało się, że nie będzie, bo 20 lat temu oba, które zdobyli Polacy, wpadły na koniec.

Może dlatego Vancouver i Soczi traktuję jako bonus, pewien błąd w systemie. Jasne, to poziom, do którego powinniśmy dążyć, ale równocześnie to splot równoczesnego zaistnienia kilku wielkich jednostek – Adama Małysza, Justyny Kowalczyk, potem Kamila Stocha – z absolutnym szczytem możliwości naszych łyżew.

Idealny moment. Gdyby igrzyska odbyły się rok później, sytuacja mogłaby być zupełnie inna.

Gdy w Pjongczangu zdobyliśmy tylko dwa medale… w sumie nie miałem z tym problemu. Jasne, były nadzieje na więcej, ale fakt, że wpadło kolejne złoto Kamila Stocha, w sumie mnie zadowalał. Pekinem byłem rozczarowany, bo zeszliśmy poniżej pewnego poziomu, ale mimo wszystko – choć mało brakowało, by było inaczej – przedłużaliśmy medalową serię, która trwa od początku XXI wieku. Tegoroczne igrzyska z kolei są – w moim odczuciu – wynikiem ponad stan. Trzy medale – tego można było oczekiwać – już byłyby czymś wielkim.

Każdy kolejny to – powtórzę to słowo – bonus. Choć prawda jest taka, że ten bonus dostaliśmy w sumie za sprawą samego Kacpra Tomasiaka.

I tak sobie to analizuję, patrzę na tę sytuację i myślę, że kurczę, urodziłem się w idealnym momencie, by zostać fanem sportu. Gdy zacząłem się interesować – mając trzy lata – wybuchła Małyszomania. Potem piłkarska kadra Polski wróciła na mundial, wzbudzając moje zainteresowanie piłką. Na letnich igrzyskach szło nam nadal w miarę solidnie, a zimą zaczęła się medalowa passa, która trwa do dziś.

Narzekać można, owszem, zawsze się da – ale stosunkowo niewiele.

Zabrakło przekroczenia granic?

W tym wszystkim mogę się zastanawiać, kto miał pod tym względem lepiej: ja czy też – cofając się o pokolenie – mój tata?

Rocznik 1972, więc ominęły go Orły Górskiego, ale znał je dobrze z opowieści, a potem mógł oglądać kadrę Piechniczka i kolejne trzecie miejsce na mundialu. Przeżył też jednak bojkot igrzysk w Los Angeles, ale i późniejsze wciąż wielkie dla nas igrzyska, bo przecież po Sydney (tych IO zupełnie nie pamiętam, Ateny uznaję za swoje pierwsze latem) zaczęły się te słabsze czasy, jeśli o Polaków na letnich IO chodzi (nie że katastrofalne, ale słabsze). A potem? Potem ma te same sportowe doświadczenia co i ja.

Ale zimowe igrzyska? On na jakikolwiek medal – Fortuna zdobył swój kilka miesięcy przed jego przyjściem na świat – czekał niemal 30 lat swojego życia! Ja jestem teraz w tym samym momencie swojego – trzydziestkę będę świętować za jakiś czas. I co? I zimowych medali mam „na koncie” 23. Czyli tyle, co i on.

CZYTAJ TEŻ: POLSKIE MEDALE ZIMOWYCH IGRZYSK. CZĘŚĆ II, CHUDE I GRUBE LATA

Tyle że moja średnia na zimowe igrzyska to 3,3 polskiego medalu. Jego? 1,6.

Wydaje się więc, że pokolenie 40-latków i starsze powinno te nasze obecne zimowe medale doceniać jeszcze bardziej. Choć doskonale wiem, że nie zawsze tak jest. Z kolei ci młodsi – powiedzmy, że aktualnie mający około 20 lat, mogą podchodzić do tematu nieco inaczej. Ich średnia z lat 2010-2026 wyniosłaby bowiem 3,8 medalu. Czyli Cortina to był wynik w jej okolicach, a nawet minimalnie ponad. Jeśli jednak zakładamy, że w sporcie chodzi o przekraczanie granic, to te igrzyska ich dla nich nie przekroczyły. Szczególnie wobec braku złota.

A może właśnie tego zabrakło? I im, i tym, którzy narzekają?

Trzeba znaleźć odpowiednią skalę

Mam poczucie, że gdybyśmy przeszli przez jeszcze jedne igrzyska takie, jak te pekińskie – z jednym medalem – to Mediolan z Cortiną byłyby zupełnie inaczej odbierane. Od Soczi minęłoby wiele czasu, nie startowałby już żaden z ówczesnych medalistów. Wspomnienia by się zatarły. Zresztą, prawda jest taka, że byliśmy takich igrzysk stosunkowo blisko – gdyby nie pojawił się Kacper Tomasiak, to właśnie dyskutowalibyśmy o tym, jak to się stało, że znów było tak słabo.

Ba, niektórzy i tak to robią.

Podium konkursu skoków w Pekinie 2022. Po prawej podskakuje Dawid Kubacki, czyli nasz jedyny medalista tamtych igrzysk. Fot. Newspix

A prawda jest taka, że wcale nie było słabo. Niezależnie od tego, jak przeanalizujemy te zimowe igrzyska – historycznie, pod kątem samych medali, czy nawet punktowo – będą na trzecim miejscu w dziejach polskiego sportu. Za Soczi – wiadomo – i minimalnie (!) Vancouver.

W Kanadzie byliśmy po prostu skuteczniejsi w zdobywaniu medali. To jedyna różnica. We Włoszech z kolei częściej punktowaliśmy, wiele sportów pokazało, że nadal w Polsce istnieją, że możemy się w nich liczyć (a przecież na pewno wielu z was pamięta igrzyska w Albertville w 1992 roku, gdy w TOP 8 – tam się punktuje – był tylko Sławomir Ustupski. I zajął 8. miejsce).

Był biathlon, biegi, nawet obarczone wieloma problemami saneczkarstwo. To też jakaś siła naszego sportu. Wiadomo, w klasyfikacji medalowej tego nie zobaczymy, ale jeśli zadowolenie z igrzysk opieramy tylko na medalach, to prawdopodobnie musielibyśmy zmieniać obywatelstwo na norweskie zimą, a amerykańskie latem, żeby czuć pełnię satysfakcji.

A że to nie wchodzi w grę, to cóż… zachowajmy skalę. A przede wszystkim – pamiętajmy, gdzie byliśmy zimą jeszcze pod koniec poprzedniego stulecia. Ba, gdzie byliśmy na poprzednich igrzyskach i jakie perspektywy wówczas nam się otwierały.

Jeśli macie już swoje lata, przypomnijcie sobie po prostu dawne czasy i zimowe igrzyska z lat 80. czy 90. Jeśli jesteście młodsi – poczytajcie, spytajcie ojców czy dziadków. Albo po prostu pomyślcie o tym Pekinie.

Wtedy ta skala powinna się znaleźć.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Czytaj więcej o igrzyskach na Weszło:

8 komentarzy
Sebastian Warzecha

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Reklama
Reklama