Kiedyś trochę się z niego śmiano, wydawał się dziwaczny, ale dziś curling to jeden z najbardziej popularnych sportów podczas zimowych igrzysk. W swojej słynnej książce pisze o nim Jo Nesbo, inni porównują ten sport do szachów albo koncertu w filharmonii. Szkoda, że we Włoszech nie występują Polacy. U nas curling powoli podnosi się z gruzów po wielkiej aferze, która skutkowała wyrzuceniem polskiego związku przez międzynarodowe władze. – Dostawaliśmy po 450 złotych. Resztę finansowaliśmy z własnej kieszeni – mówi nam kapitan polskiej kadry. Tymczasem w finale włoskich igrzysk obejrzymy starcie geniusza tej dyscypliny z prowokatorem.
„To bliskie medytacji zapatrzenie w powolną żeglugę kamienia, sunącego przez pozornie pozbawiony tarcia wszechświat” – w taki sposób opisywał curling znany norweski pisarz Jo Nesbo z książce „Pierwszy śnieg”.
Ale to nie jedyny tego rodzaju patetyczny opis. „Na lodzie panuje cisza, która nie jest brakiem dźwięku – to cisza pełna gęstego napięcia, przypominająca moment tuż przed pierwszym uderzeniem batuty w filharmonii. Niskie, miarowe huczenie dwudziestokilogramowego granitu, który z gracją przecina białą taflę, to sygnał, że zaczyna się spektakl precyzji (…) To walka o perfekcję, w której lód staje się szachownicą, a zawodnicy strategami najwyższej próby. Ten sport wciąga powoli, ale nieodwracalnie, dowodząc, że droga do sukcesu wymaga nie tylko siły, lecz przede wszystkim pokory i wzajemnego szacunku” – pisała Justyna Kupiec w tekście „Dlaczego curling to najbardziej dżentelmeński sport świata?”.
Kapitan reprezentacji Polski: Gdy gram mecz curlingu, mam stan podobny do medytacji
Konrad Stych, kapitan reprezentacji Polski, mówi w rozmowie z Weszło: – Gdy rozgrywam mecz, jestem w stanie zbliżonym do medytacyjnego. Staram się skupić tylko na graniu i, jeżeli mi się udaje na poziomie podświadomości, mało później pamiętam ze spotkania.
Curling wiele lat temu był na zimowych igrzyskach dyscypliną pokazową. Od 1998 roku i igrzysk w Nagano jest już dyscypliną pełnoprawną, za którą przyznaje się medale. Na początku wydawał się niektórym dziwaczny, może nawet nieco śmieszny, ale teraz, również w Polsce, zdobywa coraz większą popularność.
Jego zasady są stosunkowo proste: gra się 10 tzw. „endów”. W każdym z nich obie ekipy mają do wykorzystania po osiem kamieni. Chodzi o to, żeby umieścić kamień jak najbliżej środka kolorowego okręgu, nazywanego „domem”. Ważne – w każdym endzie może punktować tylko jedna ekipa, a każdy twój dodatkowy kamień, który znalazł się bliżej centrum niż najlepszy kamień rywala, to dodatkowy punkt. Wynik końcowy jest po prostu sumą punktów w kolejnych etapach. Chodzi o to, żeby dotrzeć do środka, ale też wybijać czy blokować kamienie przeciwnika. Duże znaczenie ma szczotkowanie, które może wydawać się czymś groteskowym, ale dzięki temu zabiegowi na tafli tworzy się mikroskopijna warstwa wody, sprawiająca, że kamień może dotrzeć dalej.
Podczas igrzysk mamy rywalizację mężczyzn, kobiet (w czteroosobowych składach), były też zmagania par mieszanych, w których po złoto sięgnęła Szwecja. Szkoda tylko, że we Włoszech nie oglądamy w rywalizacji naszej reprezentacji. Jak daleko byli Polacy od zakwalifikowania się na igrzyska?
Ile Polsce brakuje do najlepszych? „Tam jest ogromne zaplecze, a u nas żadne”
Z jednej strony może wydawać się, że byli dość blisko. W ubiegłym roku Polacy zajęli siódme miejsce w mistrzostwach Europy. Patrzę na czołową ósemkę tej imprezy: znaleźli się w niej Biało-Czerwoni, a pozostałe ekipy to drużyny, które dostały się na trwające jeszcze igrzyska. Polacy wygrali trzy spotkania: 12:3 z Austrią, 7:5 z Danią i 9:8 z Norwegią, co można było odebrać jako dużą niespodziankę, bo mowa o ekipie, która w piątek przegrała półfinał olimpijski 4:5 z Kanadą. Stych i spółka w marcu tego roku wystąpią w mistrzostwach świata, które odbędą się w USA.

Mecz mikstów Polska – Szwecja w Łodzi. 2018 rok
Kapitan naszej kadry przekonuje mnie jednak, że Polakom do najlepszych wciąż sporo brakuje.
– Zgadza się, potrafiliśmy pokonać Norwegię, ale to nierówny zespół i, mówiąc szczerze, ich awans do czwórki we włoskich igrzyskach trochę mnie zaskoczył. Jednak do Brytyjczyków, a w zasadzie Szkotów, a także do takich zespołów jak Szwedzi czy Włosi brakuje nam bardzo wiele. Prawda jest taka, że jesteśmy daleko za nimi. Dopiero od niedawna Polska Federacja Klubów Curlingowych została wpisana do rejestru jako związek sportowy. Jest więc szansa, że będzie jakieś normalne finansowanie. To budowanie środowiska dla przyszłych pokoleń. Może za 12 albo 16 lat będzie realna szansa, by walczyć o awans na igrzyska. Teraz to odbywa się trochę na zasadzie: „pojedyncza drużyna ma własne środki, ktoś ją wesprze, to jedziemy i próbujemy”. Do igrzysk, oprócz zespołów z Europy, dostały się USA i Chiny. W tych krajach jest ogromne finansowe zaplecze, a u nas niestety żadne – tłumaczy Stych w rozmowie z Weszło.
Dlaczego Polska została wyrzucona z międzynarodowych struktur?
Żeby zrozumieć, dlaczego polski curling dopiero odbudowuje się z gruzów, trzeba opisać wydarzenia sprzed kilku lat. Często narzeka się na PZPN, przed igrzyskami była afera związana z nominacjami Polskiego Związku Narciarskiego i ingerowaniu w nie ze strony Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Podczas włoskiej imprezy na realia narzekały saneczkarki czy bobsleistki, a panczenistka Andżelika Wójcik powiedziała, że przygotowywała się bez trenera. No to wyobraźcie sobie, że Polski Związek Curlingu pięć lat temu… został wyrzucony z międzynarodowych struktur.
We wrześniu 2021 roku, na walnym zgromadzeniu Światowej Federacji Curlingu aż 179 osób zagłosowało za wyrzuceniem polskiego związku. PZC został zarejestrowany w 2005 roku. 14 lat później, gdy wyszły na jaw liczne nieprawidłowości i oszustwa, ministerstwo sportu złożyło do sądu wniosek o likwidację związku. Niedługo później władze międzynarodowe zawiesiły polską federację. A następnie doszło do wyrzucenia ze struktur. Co ciekawe, stało się to na wniosek samych zawodników.
– W pewnym momencie nagraliśmy filmik, w którym apelowaliśmy do międzynarodowych władz o wyrzucenie Polskiego Związku Curlingu. Gdyby tak się nie stało, sąd mógłby nie rozwiązać tej organizacji. Działacze kradli pieniądze, później to był w zasadzie związek-słup, w którym pewni ludzie siedzieli do końca. Nie chcieli oddać stołków – opowiada Stych.
Wzrosła wtedy rola Polskiej Federacji Klubów Curlingowych, ale, jako że było to stowarzyszenie, na mocy prawa jej członkowie nie byli reprezentantami Polski, członkami kadry narodowej. Efekt? Polacy przez jakiś czas nie mogli brać udziału w największych imprezach, a do tego wszystkiego nie otrzymywali systemowych środków, jako jedyna zimowa dyscyplina olimpijska.
Kuriozum, ale do tego doprowadziły działania kilku osób, którym dobro sportu raczej nie leżało na sercu.
Członkowie reprezentacji Polski dostawali tylko 450 zł miesięcznie
Stych: – Według mnie to jakoś bardzo mocno nie odbiło się na poziomie curlingu w Polsce, choć pewnie trochę zahamowało rozwój. Niektórzy mówili, że zawodnicy mieli przez to mniejszą motywację. Dla mnie takie podejście to abstrakcja: jeżeli dla kogoś motywacją było samo pojechanie na mistrzostwa Europy, to jest to słabe. Ja myślę o tym, żeby maksymalnie dobrze się przygotować i grać jak najlepiej. Mogliśmy wykorzystać ten czas na trening.

Konrad Stych w akcji
A kiedy pytam go, w jakich realiach obecnie funkcjonują członkowie reprezentacji, którzy znów mogą rywalizować z najlepszymi (bo PFKC została przyjęta do światowych władz – przyp. red.), Stych odpowiada: – Dziś wygląda to tak, że dostajemy 450 zł netto miesięcznie na osobę jako stypendium. Do niedawna resztę finansowaliśmy z własnej kieszeni. W pewnym momencie pojawił się sponsor, który zapewniał jakieś 25-30 procent budżetu. Tym sponsorem była firma moich rodziców, zajmująca się zielenią. Mocno dokładaliśmy do interesu z własnych kieszeni. Teraz mieliśmy prekwalifikacje i kwalifikacje do igrzysk, mistrzostwa Europy, niebawem są mistrzostwa świata. Nie było szans, żebyśmy to spięli, ale na szczęście pojawił się anonimowy sponsor, który pokrył bardzo dużą część zapotrzebowania. Do tego poprzez federację udało się załatwić pieniądze od firmy Lotto. To pozwoliło jakoś dopiąć budżet. Dzięki tym środkom w marcu polecimy na mistrzostwa świata.
W curlingu reprezentacje narodowe buduje się różnie. Są kraje, gdzie następuje selekcja najlepszych graczy. W innych, w tym w Polsce, najlepsza drużyna klubowa, która sięga po mistrzostwo kraju, staje się z automatu na rok reprezentacją Polski. – Ma to sens, bo w curlingu bardzo ważne jest zgranie – komentuje Stych, który w kadrze występuje z kolegami z Wałbrzyskiego Klubu Curlingowego. Taka konstrukcja powoduje też, że łatwiej jest prosić różne podmioty o wsparcie.
Polacy oglądają igrzyska i chcą spróbować grać w curling
Konrad zaczął grać w curling ponad 20 lat temu. Jego ojciec miał znajomego, którego syn zaczął uprawiać ten sport. – Jestem ze Śląska, na pierwsze zajęcia trafiłem na lodowisko w Tychach, tyle że byłem dzieckiem, a trening zaczynał się o 22.30 i trwał do północy. Początki były ciężkie, bo ojciec uznał, że to za późna pora, ponieważ mam szkołę i powinienem skupiać się na nauce. Ale później zacząłem się coraz bardziej w to wkręcać – wspomina.

Rok 2007, trening amatorów na Torwarze
Dziś polska infrastruktura curlingowa nie rzuca na kolana. Jest jedna profesjonalna hala w kraju, w Łodzi. To obiekt prywatny, państwo nie gwarantuje zawodnikom żadnego godnego obiektu treningowego, mimo że koszt stworzenia takowego to nie są wielkie pieniądze. Jest też kilka pojedynczych torów curlingowych: w Pawłowicach, w Gdańsku, w Świdnicy, Krakowie i Olkuszu. Wszystkie obiekty działają sezonowo, tylko przez parę miesięcy.
Pytam Stycha, czy widzi zwiększone zainteresowanie Polaków curlingiem. Mówi, że tak. Tuż przed naszą rozmową nagrywał materiał wideo z ekipą Kanału Zero. – Zwłaszcza podczas zimowych igrzysk jest cała masa telefonów. Ludzie oglądają curling, ten sport ich intryguje i sami chcą spróbować. Problem w tym, że przy jednej hali curlingowej oraz dość wysokich cenach za lód, odstraszających wiele osób, nie jest tak łatwo sprawić, by Polacy masowo lgnęli do tego sportu – komentuje kapitan reprezentacji Polski.
Finał igrzysk olimpijskich będzie starciem geniusza i prowokatora
Przed nami finał igrzysk w rywalizacji mężczyzn. W sobotę (początek o 19.05) o złoto zagrają Wielka Brytania z Kanadą. Ci pierwsi to w zasadzie Szkocja, ale akurat w igrzyskach reprezentują Zjednoczone Królestwo. Po jednej stronie wiele będzie zależało od geniusza curlingu, a po drugiej od gościa, który uważa, że w tej eleganckiej dyscyplinie, opartej raczej na spokoju i wzajemnym szacunku, nazywanej „szachami na lodzie”, brakuje emocji i odrobiny prowokacji.
Liderem Szkotów jest Bruce Mouat, wicemistrz olimpijski z Pekinu i aktualny mistrz świata. Gdyby zrobić w środowisku sondę, kto zdaniem ekspertów jest obecnie najlepszym zawodnikiem na świecie, jest niemal pewne, że to on by wygrał. Ma 31 lat, na uniwersytecie w Edynburgu studiował zarządzanie festiwalami, a dziś sam daje wielkie show. Choć robi to raczej w spokoju, w ciszy. Mouat ma też świetny wpływ na zespół, który w jednym sezonie potrafi wygrać niemal wszystkie największe imprezy.

Bruce Mouat
W sporcie tak często jest, że wielkimi rywalami są swoje przeciwieństwa. Tu czeka nas podobna historia. Liderem Kanadyjczyków – gościem, który, podobnie jak Mouat, będzie rzucał ostatni kamień – jest Brad Jacobs.
– W curlingu następuje pewna ewolucja. Coraz więcej osób uważa, że podczas meczu brakuje większej ekspresji. Można powiedzieć, że Jacobs jest tego pionierem. To facet, który polaryzuje ludzi, nawet w Kanadzie. W 2014 roku miał wielki wpływ na wywalczenie olimpijskiego złota w Soczi. Już wtedy był ekspresyjny i podobnie zaczęli zachowywać się jego koledzy. Kiedy dwa lata temu dołączył do drużyny klubowej, nie każdy go akceptował, bo jest z Ontario, a zespół należał do prowincji Alberta. A gdy podczas jednego z turniejów wybuczeli go kibice, Jacobs zaczął jeszcze bardziej podburzać tłum. On to uwielbia – opowiada o nim Stych. Jacobs na co dzień pracuje w banku, jako account manager.
We włoskich igrzyskach doszło już do jednego zamieszania z reprezentacją Kanady. W spotkaniu ze Szwecją jej reprezentant, Mark Kennedy, dotknął palcem kamienia, gdy nie było to dozwolone. Rywal, Oskar Eriksson, zwrócił mu na to uwagę, a Kanadyjczyk odparł: „Spierd… Nie dotknąłem go”. Później wyszło na jaw, że Szwedzi już od dłuższego czasu podejrzewali rywali o drobne oszustwa, dlatego telewizja z ich kraju ustawiła kamerę w miejscu, gdzie normalnie jej nie ma. Kennedy najprawdopodobniej świadomie próbował oszukać, ale nie spotkało go za to nic, ponieważ sędziowie nie zauważyli naruszenia przepisów.
Bywa i tak w sporcie dżentelmenów, gdy gra idzie o najwyższą stawkę.

Brad Jacobs
A kto w wielkim finale okaże się górą? W fazie zasadniczej Kanada wygrała siedem meczów i przegrała tylko dwa, a Brytyjczycy osiągnęli bilans 5:4. W poprzednich igrzyskach Kanadyjczycy wywalczyli brąz, a Brytyjczycy srebro.
Stych: – To bardzo trudne pytanie. Stawiam na Wielką Brytanię, ale bardziej sercem. Obie drużyny są naprawdę mocne i czeka nas wyrównany mecz.
JAKUB RADOMSKI
WIĘCEJ O IGRZYSKACH NA WESZŁO EXTRA:
- Hejtowali go, a przywiózł medale. Jakim trenerem jest Maciusiak?
- Pokonała Małysza, on wygrał morderczy bieg. Oto nasi skialpiniści
- Tomasiak lepszy od Małysza i Stocha [WIDEO]