Gdy polscy sportowcy zajmują na igrzyskach dalsze miejsca, słyszę głosy pytające: „po co w ogóle jechali na igrzyska?”. Gdy ktoś narzeka na warunki przygotowań czy w ogóle uprawiania dyscypliny, pojawia się oburzenie na to, jak to możliwe, że się mu nie pomaga. A jednak w publicznym dyskursie na ogół wciąż brakuje nam połączenia tych zjawisk. Bo lepsza infrastruktura i warunki, to na ogół lepsze wyniki… a przynajmniej większa szansa na nie. Tak to w świecie sportu działa. A w Polsce często – zbyt często! – chcielibyśmy sukcesów bez inwestycji.
Inwestycje w sport? Przecież Adam Małysz radził sobie bez!
Czasem myślę sobie, że Adam Małysz zepsuł polski sport. Adam-skoczek, nie Adam-prezes. Bo wyskakał swoje, mimo że miał – przynajmniej początkowo – dużo gorszy sprzęt od rywali, kilka podupadających skoczni do treningów, a na zawody jeździł dwoma starymi passatami z nadzieją, że te się nie rozpadną. Potem do tego wizerunki sportowca, co sobie ze wszystkim poradzi dołożyła się Justyna Kowalczyk, która też wyciągnęła polskie biegi narciarskie z absolutnej otchłani (do której powoli na powrót wpadają).
A więc – przynajmniej zimą – Adam i Justyna. Dwie absolutnie wybitne jednostki, pełne samozaparcia, ale i talentu.
Kochamy takie historie. Uwielbiamy opowiadać o tym, jak to ktoś nie miał nic, a potem nagle – wszystko. „My” w znaczeniu – ludzie, bo przecież opowieści o brazylijskich piłkarzach, co wyszli z faweli dzięki piłeczce, też nas niezmiennie pociągają. Ale akurat Adam i Justyna to nasze, polskie historie. Nie to, że oboje żyliby w biedzie, gdyby nie sport. Tak to by nie było. Ale warunki zapewnione im przez sportowe władze? Przeciwności, jakie musieli pokonać? A przede wszystkim: jak wdarli się do czołówki i ucierali nosa wielkim, rozbijając zastany układ sił?

Justyna Kowalczyk i Adam Małysz osiągnęli sukcesy wbrew wszystkiemu. Ale dobrze by było, gdyby inni tak nie musieli. Fot. Newspix
O, to nas kręci. Może aż za bardzo. Bo tego typu opowieści utarły się już w naszych głowach na tyle, że czasem różnej maści eksperci mówią:
– O, popatrzcie! Kiedyś to sportowcy mieli motywację do odniesienia sukcesów! Pokonywania przeciwności! Ten i ten lata temu w PRL-u czy tuż po zmianie sukcesu nie miał nic, a jednak doszedł na szczyt! Bo wiedział, że jak tam dojdzie, to mu się życie odmieni. A teraz? Teraz młodym to nie zależy. Mają dużo lepsze warunki i co? I nic!
Wiecie, prawdy w tym niewiele. W sumie to na przełomie wieków warunki faktycznie były paskudne, ale w PRL-u nierzadko bywały… lepsze. Owszem, sprzętowo pewnie i wtedy odstawaliśmy. Ale sport był ważną częścią społecznego życia. Świetnie działały inicjatywy dla młodzieży. Oczywiście, mniej też było alternatyw, łatwiej było przyciągnąć dzieciaka na boisko, bieżnię czy skocznię. Jednak też bardziej o to dbano, po prostu.
To jednak na zupełnym marginesie. Bo zmierzam do czegoś innego.
Konkretnie do tego, że nie możemy patrzyć na historię Adama Małysza i mówić sobie: skoro on tak mógł, to inni też mogą. Pewnie trafi się kilka osób, które – owszem – mogą. Ale wiele innych nie da sobie rady. I ich stracimy. Zostanie nam jedynie tworzenie zestawień największych „zmarnowanych talentów”.
A może warto byłoby się zastanowić, ile z nich nie byłoby zmarnowanych, gdyby w sport poważnie zainwestować? Stworzyć im warunki? Pomóc, po prostu?
To się opłaca. Serio
Przy czym, ustalmy jedno: nie mówimy o inwestycjach w – dajmy na to – kluby w prywatnych ligach. Te pieniędzy momentami dostają aż zbyt dużo. Mówimy o sportowcach, którzy wypruwają sobie żyły, by móc pojechać na igrzyska, a potem – jeśli ich na to stać – powalczyć o medal. Bo robią to dla siebie, owszem, ale też dla Polski.
To nasza flaga, a czasem i nasz hymn są dzięki nim na największej możliwej scenie. I na wielu mniejszych: Pucharach Świata, mistrzostwach Europy czy globu.
Jeśli chcemy, by działo się to jak najczęściej, potrzebujemy inwestycji. Inwestycji PRZED sukcesami, nie po nich.
Zainwestować po tym, jak ktoś coś osiągnie – to łatwizna. Wiecie, każdy sprytny polityk – choćby z najmniejszej miejscowości – czy działacz sportowy z miejsca podepnie się pod taki sukces. I rzuci obietnicami, z których część być może faktycznie zrealizuje, a o części pewnie szybko zapomni. Jeśli chcemy sukcesów, nie można czekać na to, aż ktoś przebije sufit – nie szklany, a betonowy – i wprowadzi nas na sportowe szczyty.
Tym bardziej, że są dyscypliny – jak saneczkarstwo, o którym niedawno było przecież bardzo głośno – gdzie bez inwestycji to właściwie niemożliwe
A niestety w Polsce tak to zazwyczaj działa. Spójrzcie jednak na miejsca, gdzie w XXI wieku faktycznie zainwestowano sporo. Skoki po Małyszu? Przez lata miały się dobrze, a teraz – z Kacprem Tomasiakiem i wieloma zdolnymi juniorami – jest nadzieja, że nadal tak będzie. Wiecie, kiedy powstały skocznie w Bystrej, tam gdzie mieści się klub Tomasiaka? W latach 2009-10, a więc gdy je otwierano, młody Kacper miał trzy lata (niedawno z kolei je odnowiono po tym, jak podupadły z powodu wielu czynników, w tym solidnego zalania).
Skocznie w Bystrej zyskują nowe życie! Jak tlenu w Polsce potrzebujemy takich obrazków i informacji. Bardzo, bardzo kibicujemy tej przebudowie!#skijumping pic.twitter.com/7ZN2bpTEsS
— inSJders (@inSJders) August 22, 2025
Wydaje się, że opłaciło się stworzyć takie obiekty.
Opłaca się też – choć to znacznie większa inwestycja – mieć tor w Tomaszowie Mazowieckiem. Gdybyśmy go nie mieli, zapewne nigdy nie trafiłby do nas Władimir Siemirunnij i nie mielibyśmy srebra olimpijskiego oraz dwóch medali mistrzostw świata, a to przecież tylko początek. Nie byłoby też wielu innych łyżwiarskich sukcesów. To też jednak zasługa sukcesu – gdyby nie medal łyżwiarek w Vancouver i późniejsze sukcesy w Soczi (na czele ze złotem Zbigniewa Bródki) – krytego toru mogłoby nie być do dziś.
CZYTAJ TEŻ: NIE BĘDZIEMY HOLENDRAMI. ALE MOŻEMY ICH PODGRYZAĆ
A bez niego nie byłoby naprawdę dużej liczby osiągnięć. Jasne, na igrzyskach to wciąż tylko medal Siemirunnija, więc „napływowy”. Ale tu dochodzimy do jeszcze jednej rzeczy.
Naprawdę ważnej rzeczy.
Inwestycje nie gwarantują sukcesu. Ale mu pomagają
Widzicie, w świecie sportu nie da się wszystkiego przewidzieć. Można jednak znacząco zwiększyć prawdopodobieństwo.
Jeśli w całej Polsce istnieją kluby siatkarskie – zarówno te na najwyższym poziomie, jak i wiele młodzieżowych – to szansa na to, że nie przegapi się zdolnych dzieciaków, rośnie, a kadra ma w efekcie regularny napływ świetnych zawodników. Jeśli mamy dobrze opracowany program stypendiów w lekkiej atletyce (to akurat tylko połowicznie rzeczywistość, bardzo dużo jest tu bowiem do poprawy), to istnieje nadzieja, że uzdolniona młodzież nie rzuci sportu przy pierwszych niepowodzeniach.
A to sprawia, że finalny sukces staje się bardziej prawdopodobny.
Nie jest pewny, bo nigdy nie będzie. Kontuzje, osobiste predyspozycje, a nawet forma dnia – to wszystko może zdecydować o tym, czy „Misja: Medal” się powiedzie. Spójrzcie nawet na Damiana Żurka czy Kaję Ziomek-Nogal. Byli faworytami do medali, ale akurat w dniu zawodów nie pojechali najlepiej. A rywale i rywalki – tak. Skończyło się tym, że z nadziei na trzy krążki nie został nam ani jeden.
Z kolei Kacper Tomasiak wręczył nam na srebrnej tacy trzy medale, gdy nieśmiało liczyliśmy na walkę o brązowy na normalnej skoczni.
To sport, tak bo już bywa.
Wróćmy jednak do początku – do komentarzy o wynikach polskich sportowców. Bo jak co igrzyska naczytałem się wiele o tym, że mamy „mentalność przegrywów”, że „pękamy w najważniejszych momentach”, że w „klasyfikacji medalowej wyprzedza nas Brazylia”. I tak dalej, i tak dalej. Raz, że trudno to odnieść do rzeczywistości – te igrzyska już są trzecimi najlepszymi w naszej historii, a dobrych wyników mamy tu naprawdę sporo.
Dwa?
Wiadomo – chcecie sukcesów? No to musimy odważyć się na to, żeby wydać na nie nieco pieniędzy. I nie, nikt nie wmówi mi, że państwa na to nie stać. Nie mówimy o kwotach z kosmosu. Najdroższa inwestycja, o jakiej się ostatnio rozmawiało – mrożony tor dla saneczkarzy, bobsleistów i skeletonistów – to, owszem, ponad 100 milionów złotych. Ale zaspokoiłby potrzeby trzech sportów, a poza tym mógłby przyciągnąć do Polski duże imprezy w sportach, których do tej pory u nas brakowało, a może i inne kadry chciałyby u nas trenować – tak jak my teraz na Łotwie czy w Niemczech.
Taki tor ożywiłby z miejsca sektor sportów zimowych, w którym prawdopodobnie mamy wiele do zaoferowania… ale nie mamy jak tego pokazać.
A poza tym to skrajny przykład. Na co dzień mówimy o mniejszych inwestycjach. Zapewnieniu pomocy dietetyka, fizjoterapeuty, psychologa. Zagwarantowaniu możliwości wyjazdów na obozy bez tworzenia zbiórek w Internecie. Kupno sprzętu dobrej jakości. Każda taka drobnostka to szansa na polepszenie wyniku. Spójrzcie na nasze biathlonistki – ich biegowe wyniki znacznie poprawiły się, odkąd mają bardzo dobrych serwismenów i odpowiednio przygotowane narty.
Czyli pomogło coś, co – w świecie sportu – jest naprawdę mikroskopijnym wydatkiem.
Sport jest ważny. Warto o tym pamiętać
Wiem, wiem. Wiele osób jest inwestycjom przeciwnych na zasadzie: „chcą trenować, to niech robią to za swoje pieniądze”. Dobrze, ale jeśli chcemy to postrzegać w ten sposób, będziemy musieli równocześnie przestać narzekać na to, że na igrzyskach nie osiągamy sukcesów.
Bo bez wsparcia państwa będzie ich jeszcze mniej – to pewnik. Zawodowy sport olimpijski opiera się bowiem w dużej mierze na publicznych pieniądzach.
Ale to też oparcie uzasadnione.
Sport odgrywa ważną rolę w codziennym życiu całego narodu. Wiecie, zgodnie z hasłem, że lepiej zapobiegać niż leczyć – motywowanie obywateli do aktywności może uchronić ich przed szeregiem problemów w przyszłości. Oczywiście, sport zawodowy to nie to samo co amatorski, ale widok sportowców w telewizji to też motywacja do ruszenia tyłka.
A teraz pomyślcie o tym jeszcze w ten sposób: jeśli „zgarniemy” do sportu jak najwięcej dzieciaków, jeśli zaszczepimy w nich tę sportową nutkę, to profilaktyka zacznie się już we wczesnym wieku.
Bo na zawodowstwo przejdzie tylko część z nich. Ale reszta będzie mieć wyrobione zdrowe nawyki i lepiej funkcjonujący organizm.
A tym łatwiej będzie nam to zrobić, im więcej taki dzieciak będzie mieć alternatyw (wiecie, ilu przyszłych wielkich sportowców szukało swojego sportu metodą prób i błędów?). Ba, łatwiej będzie też wyławiać talenty. Oglądanie wielkich sportowców w telewizji zachęca bowiem do spróbowania swoich sił. Ilu z was marzyło o tym, by stanąć na olimpijskim podium, gdy byliście mali, bo widzieliście jak robią to Polacy? Ilu chciało grać w NBA, bo oglądało kosza w TVP? A ile współczesnych dzieciaków patrzy na Roberta Lewandowskiego i marzy o tym, by mu dorównać?
A przecież trafiają się też nieco bardziej szalone dzieci – takie, które w telewizji jara widok saneczkarstwa, rzutu młotem i wielu innych, bardziej niszowych dyscyplin.
Tej „sportowej młodzieży” na początku często, owszem, wystarczą warunki podwórkowe. Ale z czasem – na pewno nie. A fajnie byłoby przecież, gdyby część takich dzieciaków finalnie dochodziła na najwyższy poziom. Stawała na olimpijskich podiach, grała w wielkich zespołach, zostawała legendami.
Warto by im pomóc. Jeszcze zanim udowodnią swoje. Lub wręcz przeciwnie: zanim ich dla polskiego sportu stracimy i nigdy nie przekonamy się, na co faktycznie było ich stać.
Bo dzięki tej pomocy, drodzy kibice, zwiększa się znacząco szansa, że przysporzą wam sporo radości. Z kolei wy, szanowni działacze i politycy, faktycznie będziecie mogli się zagrzać w blasku tych medali. Niech to będzie motywacją.
Bo owszem, możemy czekać na sukces i na jego fali budować kolejne. Ale istnieje możliwość, że po prostu się nie doczekamy.
SEBASTIAN WARZECHA
Fot. Newspix