Arsenal kusi los. Skompromitował się z czerwoną latarnią

Patryk Idasiak

18 lutego 2026, 23:58 • 5 min czytania 0

Arsenal kusi los. Skompromitował się z czerwoną latarnią

Jeszcze niedawno wydawało się, że nikt nie zatrzyma pędzącego po mistrzostwo Arsenalu. Znalazł się jednak jeden śmiałek. To Arsenal. Przegrywa kolejny raz sam ze sobą i z presją osiągnięcia czegoś wielkiego. Nie da się powiedzieć inaczej niż kompromitacja. Kanonierzy prowadzili z Wolverhampton 2:0, a zremisowali 2:2 i to po kuriozalnym samobóju. 

Reklama

Jeżeli Arsenal traci punkty z zespołem, który już dawno wie, że jego miejsce jest w Championship, to nie najlepiej świadczy o formie. Kanonierzy wpadli w pułapkę własnej zachowawczości, wyrachowania i tego, by jak najmniejszym nakładem sił dowozić zwycięstwa. Dlatego że czasami może wydarzyć się coś nieoczekiwanego. Jak samobój po nieporozumieniu najlepszego obrońcy w lidze z najlepszym bramkarzem w lidze. Czy ktoś by coś takiego przewidział?

Dobrnęliśmy właśnie do momentu, w którym bezpośredni mecz Manchester City – Arsenal 18 kwietnia może decydować o tytule. Wszystko przez kryzys Kanonierów i pogubione ostatnio punkty. Dlaczego zespół Artety może to wypuścić z rąk? Jednym z powodów jest właśnie duży bagaż mentalny.

Reklama

5 powodów, dla których Arsenal może wypuścić mistrzostwo Anglii

Arsenal zremisował z Wolves. To wstyd

Arsenal objął prowadzenie już w piątej minucie. Trochę uśpili gospodarzy na prawej stronie boiska, Declan Rice posłał świetną wrzutkę, a Bukayo Saka urwał się obrońcy i uderzył z główki pomiędzy nogami Jose Sa. Wszystko rozpoczęło się tak, jak powinno. Nić porozumienia między Rice’em a Saką została uszyta perfekcyjnie. Kanonierzy błyskawicznie napoczęli ligową czerwoną latarnię, żeby sobie czasem nie pomyślała, że ma tu jakiekolwiek szanse.

Bukayo Saka właśnie dostał nowy kontrakt i uczcił go w najlepszy możliwy sposób.

W pierwszej połowie Arsenal grał dokładnie tak jak chciał. Strzelił szybko gola, a później… w pełni wszystko kontrolował. W ogóle nie miało się wrażenia, że Wolverhampton jest w stanie przeprowadzić jakąś ciekawą akcję. Kanonierzy też za specjalnie w ofensywie nie błyszczeli, ale przynajmniej przebywali z piłką na połowie przeciwników i byli w stanie się przy niej długo utrzymywać. Od czasu do czasu oddali jakiś średnio groźny strzał, ale po prostu grali na swoich zasadach. Takich, żeby przeciwnik nawet sobie nie pomyślał, że może tu coś wskórać.

To się udawało, ale też naprzeciwko nie stały jakieś tuzy futbolu, tylko jedna z najgorszych ekip Premier League w historii. Nawet kiedy miała zalążek okazji, by wyprowadzić kontrę, to ciągle wdzierała się w to jakaś niedokładność, podanie za plecy, złe decyzje.

Sami na siebie ukręcili bat

Gabriel Magalhaes pozazdrościł asysty Declanowi Rice’owi i zagrał taką piłkę, którą pewnie wielu kibiców uznało za jeszcze lepszą. Trafił w mysi korytarz i wypatrzył… Piero Hincapie, a ten zachował się niczym rasowy snajper. Zrobił to, czego często brakuje Viktorowi Gyokeresowi. Można było przyklasnąć na takie wykończenie akcji. Nie było oczywiście mowy o spalonym. W 56. minucie było więc 2:0.

Prowadzisz dwoma golami z zespołem, który ma dziewięć punktów i jedną wygraną na 26 spotkań. Poza tym nawet za specjalnie w tym meczu nie istnieje. Czy może się stać coś złego?

Arsenal pokazał, że tak. Myśląc najwyraźniej, że już nic nie trzeba robić. Najpierw gospodarzom nadzieję dał Hugo Bueno.

Mimo to Arsenal dalej kusił los. Wilki miały nawet wyższe posiadanie piłki. Być może piłkarską jakość dużo gorszą, ale czując, że przeciwnik oddał pole gry – postanowiły zaatakować.

A w końcówce zawsze może zdarzyć się coś niespodziewanego, irracjonalnego. Zawsze jest niebezpieczeństwo, że wpadnie jakiś farfocel, kiedy prowadzisz tylko jedną bramką. No i gorszy po prostu wpaść nie mógł. To było po prostu kuriozalne, niedorzeczne. Niezawodny zazwyczaj Gabriel zderzył się z niezawodnym zazwyczaj Davidem Rayą. Prosta sytuacja, wystarczyło złapać piłkę, nawet nikt ich tam nie atakował. Bramkarz ją jednak wypuścił przez nieporozumienie. Ta spadła pod nogi Toma Edoziego, który od razu huknął i się nawet nie zastanawiał.

Calafiori mógł jeszcze na koniec stać się bohaterem, bo to on na linii zatrzymał strzał. Tyle, że piłka odbiła się od słupka, trafiła jeszcze raz w jego nogę i wpadła do siatki. Ironii dodaje fakt, że obrońca dosłownie pół minuty wcześniej pojawił się na boisku, żeby chronić wyniku. Musiał je opuścić Leandro Trossard, którego nieładnie potraktował Santiago Bueno. Czy naprawdę coś tak poważnego stało się Belgowi, czy jednak Kanonierzy przedłużali tę przerwę w doliczonym czasie, by skraść trochę czasu? To wie pewnie tylko sam Belg i sztab medyczny.

W każdym razie potem tego czasu zabrakło na zwycięskiego gola i Arsenal we frajerski sposób stracił punkty. Inaczej nie da się tego napisać. A Wolverhampton? Ma obecnie dziesięć punktów. Jeszcze tylko dwóch brakuje, żeby nie zostać najgorszym zespołem w historii Premier League. Taki niechlubny tytuł dzierży Derby County z sezonu 2007/08.

Za plecami lidera czai się już Manchester City. Ma pięć oczek straty i jedno spotkanie rozegrane mniej. Co to oznacza? Że w przypadku dopisania sobie trzech punktów na konto, to właśnie mecz bezpośredni może zniwelować stratę i 18 kwietnia szykowalibyśmy się na absolutny hit. Tyle tylko, że Kanonierzy zmierzą się teraz z Tottenhamem i Chelsea. Najbliższy terminarz nie wygląda więc optymistycznie dla zespołu Mikela Artety.

Halo, halo, pora się obudzić. A nie ma lepszego na to czasu niż derby ze znienawidzonym rywalem, a później kolejne, także z mocno nielubianym przeciwnikiem. Najbliższe kolejki albo więc spowodują przełamanie kryzysu w świetnym stylu i napędzą Kanonierów, albo ich całkowicie pogrążą.

Wolverhampton – Arsenal 2:2

  • 5′ Saka – 0:1
  • 56′ Hincapie – 0:2
  • 51′ H.Bueno – 1:2
  • 90+4′ Calafiori (sam.) – 2:2

CZYTAJ WIĘCEJ O PREMIER LEAGUE NA WESZŁO:

Fot. Newspix

0 komentarzy
Patryk Idasiak

Jeżeli akurat nie pisze o piłce nożnej, to na pewno o niej czyta lub z kimś o niej rozmawia. Człowiek paradoksów, bo z jednej strony ma zarośnięte pajęczyną, osławione zero tituli, a z drugiej... mnóstwo tituli w ostatnich latach. Co to oznacza? Że mocniej bije jego serce, gdy na bramkę strzela Kamil Grosicki lub Erling Haaland. Ten mniej znany z rodziny Idasiak. Pogadasz z nim o filmowych klasykach lub starych teleturniejach. Uważa "Lot nad kukułczym gniazdem" za najwybitniejsze dzieło w historii. Chciałby zagrać kiedyś w "Milionerach", ale paraliżuje go możliwość ośmieszenia się na pierwszym pytaniu dotyczącym kulinariów. Może się przełamie, daj mu Boże.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Piłka nożna

Reklama
Reklama