Trzy zwycięstwa, trzy remisy i jedna porażka – to bilans Arsenalu w tegorocznych meczach Premier League. Nie jest on oczywiście jednoznacznie zły, ale sprawia, że w walce po upragnione mistrzostwo fani Kanonierów muszą oglądać za siebie. Przez większą część sezonu wydawało się, że 22 lata oczekiwania na tytuł w północnym Londynie w maju dobiegną końca. Ekipa Mikela Artety nadal ma wszystko w swoich rękach, natomiast musi poradzić sobie z turbulencjami.
W głowach fanów Arsenalu już zaczynają się tworzyć czarne scenariusze zakładające wypuszczenie z rąk najcenniejszej zdobyczy. Mocno zamieszał im w myślach zwłaszcza zeszłotygodniowy remis z Brentford, w którym Kanonierzy nie dawali rady w starciach fizycznych, byli tam wyraźnie gorsi i śmiało mogli nawet przegrać. Piłkarze Artety zginęli również od własnej broni, bo stracili gola po… rzucie z autu oraz mieli kłopoty przy dośrodkowaniach z rzutów rożnych, w czym sami są przecież najlepsi w kraju.
5 powodów, dla których Arsenal może przegrać walkę o mistrzostwo Anglii
Arsenal pozostaje w grze na czterech frontach – oprócz rywalizacji w Premier League, walczy jeszcze o Puchar Anglii, Puchar Ligi oraz Ligę Mistrzów. Biorąc pod uwagę, że na jakąkolwiek zdobycz czeka już od sześciu lat (nie licząc niezbyt cenionej w kraju, wywalczonej w 2023 Tarczy Wspólnoty), zdobycie choćby jednego z tych pucharów będzie stanowić powód do satysfakcji. Nie od dziś wiadomo jednak, że w Anglii szczególne znaczenie ma mistrzostwo. Choć w pewnym momencie przewaga Kanonierów nad Manchesterem City mogła wynosić nawet dziewięć punktów, dziś są to tylko cztery.
Co doprowadziło do takiej sytuacji? Przedstawiamy 5 powodów, dla których Arsenal może na finiszu okazać się znów tym drugim.
1. Duży bagaż mentalny
Mikel Arteta objął Arsenal w grudniu 2019 roku i nie ulega wątpliwości, że od tamtej pory zmienił postrzeganie Kanonierów w oczach kibiców z całego świata. Fani The Gunners nie muszą już bowiem szukać swojego zespołu w tabelach Ligi Europy, a w Premier League pałętającego się w okolicach 8. miejsca. Nie muszą też oglądać w składzie Calluma Chambersa czy innego Shkodrana Mustafiego, a w defensywie mają graczy śmiało uznawanych za światowy top. Dziś Arsenal to zespół ze ścisłej światowej czołówki, który za kadencji trenera rodem z Kraju Basków potrafił wygrać 5:1 z Manchesterem City czy wyeliminować z Ligi Mistrzów Real Madryt.
Jeśli chodzi jednak o to, co w piłce najważniejsze, a więc zdobywanie pucharów, to tutaj nadal są duże braki. Jedynym dużym trofeum, jakie Arteta zdobył za swojej ponad już sześcioletniej kadencji pozostaje Puchar Anglii w 2020 roku. To wymyka się piłkarskiej logice, bo jeszcze wówczas miał skład odziedziczony po poprzedniku Unaiu Emerym, który zazwyczaj zawodził. Tacy gracze jak Rob Holding, Nicolas Pepe czy Ainsley Maitland-Niles mogliby zapewne maksymalnie odgrywać rolę głębokich rezerwowych. Wówczas w finale byli jednak lepsi od Chelsea dzięki dwóm trafieniom Pierre’a-Emericka Aubameyanga. W półfinale także to szybkość Gabończyka załatwiła Manchester City.

Pierre-Emerick Aubameyang i Dani Ceballos świętują awans do finału Pucharu Anglii w 2020 roku
Później jednak zawsze czegoś brakowało, a ostatnie trzy sezony z rzędu to poczucie sporej porażki związane z tym, że Kanonierzy zawsze kończyli na drugim miejscu. Dwukrotnie byli gorsi Manchesteru City, a raz od Liverpoolu. W sezonie 2023/24 The Gunners zdobyli 89 punktów. Taki dorobek choćby rok temu pozwoliłby na świętowanie. Arsenal musiał patrzeć za siebie i potknął się o Aston Villę u siebie, a The Citizens ten poślizg wykorzystali. Rok temu Kanonierzy również się posypali i wiosną przegrali z West Hamem, a do tego doszły remisy z Nottingham Forest, Brentford czy Evertonem. To utorowało drogę do mistrzostwa The Reds Arne Slota.
Ale najgorszy był chyba mimo wszystko sezon 2022/23, w którym to niemal przez cały sezon prowadzili, wówczas jeszcze jako spora sensacja, nie mając tak głębokiego składu. Te braki obnażył kontuzjowany William Saliba. W zespole musiał grać kompletnie nieprzystający do tego poziomu Rob Holding (zmasakrował go wręcz Erling Haaland) i wydarzyło się to:

Gabriel grał wtedy zresztą w krótkim czasie z Holdingiem, Kiwiorem, White’em i trudno było o porozumienie w takiej defensywie. Arsenal się rozpadł.
W głowach piłkarzy i kibiców na pewno siedzą więc spotkania, w których tylko zwycięstwo podtrzymywało nadzieje na tytuł, a Arsenal kończył po przegranej stronie. W kadrze nadal znajduje się wielu piłkarzy pamiętających tamte chwile. Niewielu jest natomiast tych, którzy świętowali ostatnie trofeum, bo w 2020 roku na ławce był jedynie 18-letni Bukayo Saka. Aby sięgnąć po tytuł, w najbliższych tygodniach na pewno Arsenalowi przyda się więc wzmożona pewność siebie.
2. Nawracające kontuzje
Po wydaniu latem niespełna 250 milionów funtów wydawało się, że Arsenal będzie już niezniszczalny w kontekście radzenia sobie z kontuzjami. Mikel Arteta wyciągnął wnioski z ostatnich lat, gdy w osiągnięciu sukcesu przeszkadzały mu urazy Saki, Odegaarda, Saliby czy Gabriela. Kanonierzy mieli także wciąż braki na pozycji środkowego pomocnika. Trudno było sobie jednak wyobrazić lepszy skok jakości niż zamienienie Thomasa Parteya na Martina Zubimendiego. To wszystko pomogło, podobnie jak przybycia Piero Hincapie czy Christiana Mosquery, ale ostatnie tygodnie pokazują, że do ideału trochę jeszcze brakuje.
W pierwszej kolejności należy wskazać kłopoty Kaia Havertza. Niemiec ledwo co zdążył wyleczyć poważną kontuzję kolana, a teraz znów zmaga się z drobnym kłopotem zdrowotnym. Arteta niedawno poinformował, że być może będzie już gotowy na niedzielny mecz z Tottenhamem, co na pewno daje nadzieję fanom. W kilku meczach, w których zdążył się zaprezentować wyglądał obiecująco, zwłaszcza przeciwko Sunderlandowi, kiedy Arsenal efektownie wygrał 3:0. Strzelił też gola w meczu z Chelsea, który przypieczętował awans do finału Pucharu Ligi. Dał nadzieję na to, że stanie się lekarstwem na brak łącznika pomiędzy pomocą a atakiem.
I miss Kai Havertz 😭pic.twitter.com/zMqb63IfN2
— Triple M (@Tripple____M) February 14, 2026
Od dłuższego czasu z urazem zmaga się również Mikel Merino, którego fizyczność mogła by się na pewno przydać w meczach, z takimi rywalami jak Brentford. Odczuwalny może być również brak wypożyczonego do Olympique Marsylia Ethana Nwaneriego. Mógłby on wspomóc rywalizację na pozycji prawego środkowego pomocnika. Często z drobnymi urazami wypadają również Riccardo Calafiori czy William Saliba. Kapitan Odegaard też nie ma szczęścia do zdrowia – a to bark, a to kolano, ostatnio też miał drobny uraz.
Kadra Arsenalu nadal jest na tyle szeroka, że Arteta powinien poradzić sobie z tymi dolegliwościami, ale na pewno brak możliwości zbudowania mocniej kilku piłkarzy w newralgicznym momencie sezonu może doskwierać.
3. Brak wyraźnego lidera w ofensywie
13 goli strzelonych we wszystkich rozgrywkach przez Viktora Gyokeresa to najlepszy wynik jakiegokolwiek zawodnika Arsenalu w tym sezonie. Forma Szweda w ostatnich meczach zwyżkuje, ale nie jest to rezultat, który rzuca na kolana. Liczby strzeleckie wśród Kanonierów rozkładają się na większą liczbę zawodników, bo 11 goli ma choćby Martinelli, a po siedem Saka oraz Trossard. Niewiele za nimi w klasyfikacji znajdują się Madueke, Zubimendi oraz Merino.
Arsenal ma aktualnie na koncie 50 strzelonych goli w lidze, a średnia wykręcona przez mistrzów Anglii w ostatnich latach wynosi 92. Nawet aby dobić do wyniku zeszłorocznego triumfatora, a więc Liverpoolu, który strzelił tych goli 86, to w pozostałych 12 ligowych meczach Kanonierzy musieliby strzelić 36 goli, tak więc przynajmniej trzy na mecz. Oczywiście, jest to realne, natomiast fani mają prawo zastanawiać się, czy uda się to zrobić bez wyraźnego lidera w ofensywie. Siła Arsenalu tkwi raczej w kolektywie, wyrachowaniu, no i w niesamowitych stałych fragmentach.

Viktor Gyokeres strzelił dwa gole przeciwko Sunderlandowi
Na końcu cel uświęci środki, więc jeśli Arsenal zdobędzie mistrzostwo, to nikt nie będzie przesadnie narzekał. Na dziś można się jednak zastanawiać, czy zbyt duże uzależnienie od stałych fragmentów gry nie ogranicza w pewien sposób Kanonierów. Tylko w Premier League strzelili oni bowiem w ten sposób aż 18 goli, a starcie z Brentford pokazało, że można się temu przeciwstawić, irytując Kanonierów. W jaki sposób? Bijąc ich własną bronią.
Nieźle radził sobie z tym również Liverpool, który nie dopuścił w dwóch meczach w tym sezonie do utraty choćby jednego gola z liderem. – W 28 przypadkach na 30 swoje plany przedmeczowe musiałem wyrzucić do kosza. Rywale zawsze zmieniają bowiem swój styl i nastawienie na mecze z nami. Jednym z tych dwóch meczów, gdy jednak było inaczej, to Arsenal. Oni zagrali podobnie jak miesiąc czy dwa miesiące wcześniej – powiedział nawet po styczniowym remisie 0:0 szkoleniowiec mistrzów kraju Arne Slot.
Fani na pewno będą liczyli na Gyokeresa, który w poprzednim sezonie potrafił przecież strzelić aż 54 gole we wszystkich rozgrywkach. Być może też jeszcze większy wpływ będzie miał Saka. Wychowanek Arsenalu przedłużył w tym tygodniu kontrakt do 2031 roku i z pewnością stanowi jeden z głównych symboli drogi, jaką przeszedł klub pod wodzą Artety. W tym sezonie ma jednak tylko cztery gole i trzy asysty w Premier League, co w jego przypadku jest czymś mocno poniżej standardu. Być może więcej dołoży jeszcze Odegaard, którego trapiły kontuzje, ale również legitymuje się kiepskim dorobkiem gola i asysty w lidze.
4. Przytłumiony Eberechi Eze
Dwie asysty z Wigan w wykonaniu Eze trudno jeszcze nazywać odrodzeniem formy, ale reprezentant Anglii w końcu przypomniał, dlaczego fani Arsenalu aż tak bardzo latem wytężali słuch na każdą wieść o jego możliwym przyjściu. 60 milionów funtów zapłacone za niego Crystal Palace, zwycięstwo o jego podpis na ostatniej prostej z Tottenhamem oraz historia z kibicowaniem Arsenalowi od dzieciństwa stanowiły bajkowy wstęp do pięknej historii.
Na razie jednak 27-latek nie może odnaleźć się w nowym otoczeniu. Poza spektakularnym hat-trickiem w derbach z Tottenhamem, wygląda często na boisku niczym ciało obce. Jego przykład często stanowi wyjście do szerszej dyskusji o taktyce Mikela Artety, w której brakuje elementu zaskoczenia. Nie ma gry bezpośredniej, a jest za to nadmierne szukanie miejsca w bocznych strefach do wrzutki. Często też można dostrzec brak odwagi przy podejmowaniu decyzji o strzale z dystansu. Zubimendi przeciwko Sunderlandowi pokazał, że można i dzięki temu strzelił ładnego gola.
Niewiele jest również udanych dryblingów czy stwarzania przewagi poprzez prowadzenie piłki. Tymi cechami charakteryzowała się przecież gra Eze podczas kilku lat w Crystal Palace, gdy wzbudził zainteresowanie właściwie wszystkich możnych Premier League.
Hiszpański trener szuka rozwiązań, a jednym z nich w meczu z Wigan było przesunięcie Saki do środka, tak aby grał bliżej napastnika. Głębiej został przesunięty Eze, co tym razem się sprawdziło, gdyż Anglik popisał się kilkoma znakomitymi prostopadłymi zagraniami. Arsenal bardzo rzadko może posyłać piłki za plecy obrońców, bo mało kto ustawia się tak naiwnie, jak w ostatnią niedzielę trzecioligowiec. To utrudnia życie Gyokeresowi czy Eze, którzy potrzebują więcej miejsca, aby najlepiej czuć się na boisku.
Eze’s real superpower is his passing.
Not his dribbling or shooting (he’s great at those too)
His passing is top-tier in the EPL. Not many are better creators than Eberechi Eze. pic.twitter.com/k8OgHJ4up7
— Uzumaki Tony (@thearsfamily97) February 16, 2026
Nic nie usprawiedliwia jednak braku chęci do podjęcia jakiejkolwiek próby wywarcia wpływu na wydarzenia boiskowe. A to można było zaobserwować w postawie Eze zarówno przeciwko Brentford, jak i w innych spotkaniach, gdy dostawał swoje szanse. Zbyt wiele Arteta mu ich nie daje, ale nie ma również ku temu argumentów.
Być może jednak potencjalne nawiązanie do lepszych chwil nastąpi już w niedzielę z Tottenhamem, a później na bazie tego Arsenal złapie drugi oddech w pogoni za tytułem.
5. Odświeżony Manchester City
Czas na ostatni argument, czyli tych, którzy Arsenal ścigają. Były takie chwile w tym sezonie, gdy można było uznać, że zespół Artety, nawet jeśli popadnie w jakieś kłopoty, to i tak nie będzie miał z kim przegrać mistrzostwa. Liverpool dawno już bowiem stracił szanse na obronę tytułu, Aston Villa osiągała jednak wyniki ponad stan, a Manchester United czy Chelsea to zbyt duży chaos i brak stabilizacji.
Wątpliwości można było mieć też względem Manchesteru City, który jesienią był zbyt uzależniony od dyspozycji Erlinga Haalanda. Do tego doszły również kłopoty w defensywie związane z kontuzjami Josko Gvardiola czy Rubena Diasa. Swojej najwyższej formy po wielu poważnych kontuzjach nie był w stanie także osiągnąć Rodri, a skrzydłowi nie potrafili zrobić różnicy. Poza tym Phil Foden zniknął i pojawił się tylko na miesiąc. To dużo minusów.
Coraz więcej spekulacji pojawia się i pojawiało również wokół Pepa Guardioli. Katalończykowi latem 2027 roku wygasa kontrakt, ale możliwe, że po wielu latach pracy już w czerwcu zdecyduje się opuścić Manchester. Jeśli trwające pół roku mają być ostatnim tańcem byłego szkoleniowca Barcelony na Wyspach, to na razie odbywa się on godnie. Zimą The Citizens przypuścili frontalny atak na rynku transferowym i wydali 84 miliony funtów na Marca Guehiego oraz Antoine’a Semenyo. Oni robią w tej chwili za gamechengerów. Całkowicie odmienili grę City.

Guardiola zdecydowanie w tym roku „Pokazuję, jestem!” w walce o mistrzostwo Anglii
Obaj błyskawicznie wprowadzili się do ekipy. Dzięki temu Manchester City po serii trzech remisów na przełomie roku i porażce z Manchesterem United od tamtej pory wygrał trzy mecze w lidze. Nadal oczywiście musi być czujny w końcówkach meczów, bo niedawno wypuścił choćby prowadzenie z Tottenhamem, ale odrobienie strat i triumf na Anfield z Liverpoolem na pewno sporo pomagają mentalnie w tym względzie. Marc Guehi stworzył ścianę na Anfield, a niedawno był jednoosobową maszyną w obronie, gdy napierało Fulham. A nawet dorzucił gola w Pucharze Ligi. Semenyo także nie przestał strzelać i z marszu stał się najlepszym skrzydłowym City (od razu zaczął dawać więcej niż Bobb, Savinho i Doku).
Drużyna Guardioli, który walczy o siódmy tytuł mistrza Anglii w karierze, awansowała również do finału Pucharu Ligi. Tam zagra zresztą z Arsenalem. Mecz na Wembley 22 marca na pewno będzie ciekawą próbą sił w kontekście późniejszej rywalizacji w lidze. 18 kwietnia dojdzie do wielkiego skonfrontowania mocy na Etihad Stadium, po którym Kanonierzy mogą już osiągnąć wystarczająco dużą przewagę.
Mimo skoku formy drużyny Guardioli nadal największym rywalem Arsenalu jest… Arsenal oraz psychiczna presja związana z tym, że zawsze czegoś brakowało w poprzednich latach, która z każdym meczem będzie rosła. Na finiszu sezonu wszystko sprowadzi się nie tylko do taktyki, zdrowia czy formy dnia, ale przede wszystkim do charakteru. Arsenal wielokrotnie udowadniał już, że potrafi grać piłkę na mistrzowskim poziomie, jednak prawdziwy egzamin nadejdzie wtedy, gdy margines błędu zniknie całkowicie.
Jeśli Kanonierzy wyciągnęli wnioski z bolesnych lekcji ostatnich lat, to właśnie teraz jest moment, by to udowodnić. W przeciwnym razie historia znów może zatoczyć koło, a opowieść o pięknym sezonie zakończy się jedynie kolejnym rozdziałem o niespełnionej obietnicy.
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Kluczowy piłkarz Arsenalu z nową umową!
- Koszmar Zinczenki. Wypada do końca sezonu
- Cunha o kibicu United: Jego fryzura totalnie mnie nie obchodzi
fot. Newspix