Barcelona najadła się wstydu w Madrycie. I prosiła o dokładkę

Antoni Figlewicz

12 lutego 2026, 23:02 • 5 min czytania 31

Barcelona najadła się wstydu w Madrycie. I prosiła o dokładkę

Rywalizacja o Puchar Króla wkroczyła w decydującą fazę – w stawce nie ma już Realu Madryt, więc naturalnie głównym faworytem do tytułu powinna być ekipa ze stolicy Katalonii. Tyle że po dzisiejszym meczu… na pewno już tym faworytem nie jest. Barcelona na Metropolitano wyglądała koszmarnie, od początku wykazywała się tylko żałosną grą w obronie i przed rewanżem na własnym stadionie jest w katastrofalnym położeniu. Bo Atletico to nie są jakieś dziady, co z gigantycznych baboli nie zrobią użytku. Przeciwnie – piłkarze Diego Simeone zrobili dziś ze swoich rywali pośmiewisko, rozgrywając doskonałe zawody.

Reklama

Niezbyt skoncentrowana Duma Katalonii mogła i powinna przegrywać już w 3. minucie, kiedy Simeone po ładnej, kombinacyjnej akcji wyszedł sam na sam z Joanem Garcią. Bramkarz Barcelony uratował jednak skórę kolegom i w sobie tylko znany sposób zdołał zatrzymać rywala. Przechylił ciało w prawo, ale z lewej strony zostawił nogi i to nimi odbił strzał piłkarza Atletico.

Co jednak wypracował, szybko oddał kilka minut później, przepuszczając piłkę pod nogą po podaniu Erica Garcii. Kuriozalny był ten gol, naprawdę. Jeśli myśleliście, że tego typu zagrania zdarzają się tylko w A-klasie albo w reprezentacji Polski, to – jak widać na załączonym obrazku – jednak jest zupełnie inaczej. Dobry bramkarz, a błąd jak z najbardziej zawstydzającej składanki – nieodżałowane Watts ze starego Eurosportu wiecznie żywe.

Reklama

Najgorsze dla Barcelony i jej kibiców jest jednak to, że babol Joana Garcii nie był ostatnim przykrym momentem w tym meczu. Nawet nie był ostatnim przykrym momentem w pierwszym kwadransie.

Atletico – Barcelona. Duma Katalonii niezbyt dumna w Madrycie

Właściwie każdy atak gospodarzy wiązał się z godnym odnotowania zagrożeniem. Nie dlatego, że Atletico robiło z igły widły – to była raczej prosta piłka, oparta na dużej ochocie do gry i robieniu marmolady z całkowicie nieporadnej defensywy gości. Madrytczycy byli szybsi, bardziej zdeterminowani, wyglądali o niebo lepiej od przeciwników. Szybko na 2:0 strzelił Griezmann.

Potem miał zresztą kolejną okazję.

Później dynamiczny kontratak zmarnował Alvarez, który strzelał na prawie pustą bramkę i dał zarobić bohaterską interwencję Julesowi Kounde.

Nie ulegało jednak wątpliwości, kto tu dominuje. Wyjścia Atletico do szybkich ataków siały w szeregach gości spustoszenie. Barca miała piłkę i żadnych korzyści z jej posiadania. A po jednej ze strat mogła nawet kończyć ten mecz w dziesięciu, bo na taką solidnie pomarańczową kartkę faulował Casado. Oszczędzony przez sędziego, choć zdawał się jeszcze kopać przeciwnika w drugie tempo, byle go tylko powalić.

Obraz nędzy i rozpaczy. Barcelony sposób na katastrofę

Po pół godzinie nie zmieniło się w grze Barcy kompletnie nic. Jak było tragicznie od początku, tak i było tragicznie dalej. Trudno ustalić, czy piłkarze Hansiego Flicka mieli jakieś kamienie w spodniach, czy może po prostu nie chciało im się dziś w Madrycie grać. Lookman, Alvarez, Simeone i nawet siedemdziesięcioletni Griezmann – KAŻDY z tych piłkarzy był od swoich rywali zdecydowanie szybszy i w efekcie po prostu lepszy.

Trzeciego gola po kolejnej składnej kontrze strzelił pierwszy z tej listy. Akcja jak akcja – chłopaki podawali piłkę w poprzek pola karnego jak w meczu rugby, na koniec wystawiając ją temu ustawionemu w najbardziej dogodnej pozycji. Z dzisiejszą Barceloną to było wręcz dziecinnie łatwe.

Trudno się w sumie dziwić Flickowi, że już w 37. minucie postawił na jak najszybsze zniwelowanie strat i… wpuścił na boisko Roberta Lewandowskiego. Polak zmienił Marca Casado, miał pewnie zwiększyć siłę rażenia, ale tak po prawdzie Barcelonie bardziej by się dziś przydał chociaż jeden zawodnik grający w obronie.

Tylko tyle i aż tyle. Bo zamiast odrabiać straty z Lewandowskim na boisku, Duma Katalonii (dziś bardziej Wstyd Katalonii) dostała czwartego gola. Na komicznej obronie gości przełamał się nawet Julian Alvarez.

Barcelona Barceloną, ale gospodarze zagrali dziś koncert

Żeby nie było, że my się tu tylko znęcamy nad biedną Barceloną, może warto jeszcze docenić Atletico. To był simeonowski futbol totalny – szczelna defensywa, ani chwili zbędnego posiadania piłki, niesamowita intensywność. I kontrataki tak zabójcze, że chyba nikt by się przed nimi nie uchronił. Trener Los Colchoneros wychodząc z szatni na drugą część tego meczu wypuścił tylko ciężko powietrze, bo wcześniej oglądał futbol doskonały, otarł się o perfekcję w ramach swojego pomysłu na piłkę nożną. Trzeba mu pozazdrościć spełnienia, którego doświadczył tego wieczoru na Metropolitano. Nawet jeśli jego zespół zdjął potem nogę z gazu.

Nawet jeśli jego syn w pewnym momencie stracił głowę i omal nie wyleciał z boiska po ostrym faulu na Balde.

Nawet jeśli Barcelona trochę jeszcze powierzgała, a rozmiary porażki – po jednej z najdłuższych analiz VAR jakie kiedykolwiek widzieliście – mógł zmniejszyć obsłużony przypadkowym podaniem Lewandowskiego Cubarsi.

Nawet jeśli ten spalony był ostatecznie bardzo, bardzo wątpliwy.

To wszystko jest niczym po doskonałej pierwszej połowie Atletico, bo madrytczycy roznieśli rywali i wydaje się, że zamknęli tym samym dwumecz półfinałowy. Szczególnie jeśli Barcelona – osłabiona jeszcze dzisiejszą czerwoną kartką Erica Garcii – na swoim stadionie też postanowi bronić jak banda klaunów.

Atletico Madryt – FC Barcelona 4:0 (4:0)

  • 1:0 – Eric Garcia 6′ (gol samobójczy)
  • 2:0 – Antoine Griezmann 14′
  • 3:0 – Ademola Lookman 33′
  • 4:0 – Julian Alvarez 45’+2

Czerwona kartka: Eric Garcia 85′

CZYTAJ WIĘCEJ O HISZPAŃSKIEJ PIŁCE NA WESZŁO:

Fot. Newspix

31 komentarzy
Antoni Figlewicz

Wolałby pewnie opowiadać komuś głupi sen Davida Beckhama o, dajmy na to, porcelanowych krasnalach, niż relacjonować wyjątkowo nudny remis w meczu o pietruszkę. Ostatecznie i tak lubi i zrobi oba, ale sport to przede wszystkim ciekawe historie. Futbol traktuje jak towar rozrywkowy - jeśli nie budzi emocji, to znaczy, że ktoś tu oszukuje i jego, i siebie. Poza piłką kolarstwo, snooker, tenis ziemny i wszystko, w co w życiu zagrał. Może i nie ma żadnych sportowych sukcesów, ale kiedyś na dniu sąsiada wygrał tekturowego konia. W wolnym czasie głośno fałszuje na ulicy, ale już dawno przestał się tego wstydzić.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

La Liga

Reklama
Reklama