Fręch gorsza od Paolini. Połowa Polaków poza Australian Open

Sebastian Warzecha

21 stycznia 2026, 14:19 • 3 min czytania 4

Fręch gorsza od Paolini. Połowa Polaków poza Australian Open

Szóstka Polaków w drugiej rundzie Australian Open to był historyczny wynik. Wiedzieliśmy jednak, że po dzisiejszych meczach sytuacja może wyglądać gorzej. Tak też się stało. Linda Klimovicova nie była faworytką w starciu z Eliną Switoliną i swoje spotkanie przegrała. Kamil Majchrzak, walcząc z Fabianem Marozsanem i własnym zdrowiem, też poległ. Wygrała tylko Magda Linette, rywalizująca z Ann Li. A Magdalena Fręch –  ostatnia z Biało-Czerwonych, która wyszła dziś na kort – nie zdołała do niej dołączyć. Inna sprawa, że się tego nie spodziewaliśmy.

Reklama

Magdalena Fręch poza Australian Open

Dwa lata temu Magdalena Fręch była na Australian Open w IV rundzie i to był jej przełomowy turniej. Rok temu doszła do trzeciej i odpadła w niej z Mirrą Andriejewą po dobrym meczu. Wstydu więc nie było. I w tym roku tak naprawdę też nie ma. Fręch bardzo pewnie przeszła pierwszą rundę, wypełniając plan minimum, ale w drugiej musiała uznać wyższość Jasmine Paolini.

Choć finalny wynik nie oddaje tego, jak wyrównane było to spotkanie.

Reklama

Fręch potrafiła już w swojej karierze ogrywać znacznie wyżej notowane rywalki. I teraz potrzebowała kolejnego takiego meczu: Polka była przed dzisiejszym spotkaniem notowana na 57. miejscu w rankingu WTA. Włoszka – na 8. W teorii różnica klas. W praktyce – detali. Bo to właśnie detale zadecydowały o tym, że do trzeciej rundy przeszła nie Magdalena Fręch, a Jasmine Paolini. Choć, jako się rzekło, finalny wynik może nie do końca o tym świadczyć.

Początek meczu był naprawdę wyrównany. Pierwszych pięć gemów trwało ponad 30 minut. Gdyby obie doszły do tie-breaka – set zająłby im dobrze ponad godzinę. I to tylko licząc samą grę, bo w pewnym momencie ich spotkanie zostało dodatkowe przerwane przez opady deszczy. A potem jeszcze raz, aż wreszcie przeniesiono je na kort z dachem i tam dokończono. Ale wtedy było już 1:0 w setach dla Jasmine. Bo Włoszka przełamała Magdalenę stosunkowo szybko.

I w sumie szkoda. Bo i Fręch miała wcześniej szanse, by samej zdobyć breaka, i mogła wygrać swoje gemy serwisowe. Generalnie: gra była naprawdę równa, właściwie trudno było o gemy, w których nie byłoby rywalizacji, a łatwo wpadały na konto jednej lub drugiej. Przy okazji kluczowych punktów lepsza jednak na ogół była Jasmine.

To właśnie stanowiło różnicę.

Był też okres gry, gdy Magdalena trochę zwolniła. Grała pasywniej, popełniała więcej błędów. Wydawało się, że przerwa spowodowana przez deszcz wybiła ją z rytmu. Gdy jednak przeszły na kort z dachem, Fręch odżyła. Grała odważniej, atakowała, wygrywała nawet dłuższe wymiany. Gdyby tylko była nieco bardziej precyzyjna – trudno zliczyć, ile piłek dziś wyrzuciła o jakieś 5 czy 10 centymetrów – to ten mecz na pewno trwałby dłużej. Może nawet trzy sety.

A tak skończyło się w dwóch, a Magdalena ugrała tylko pięć gemów. Bo brakowało jej trochę precyzji, trochę agresji, trochę serwisu. Wszystkiego po trochu. Jasmine też nie grała momentami nadzwyczajnego tenisa, ale gdy przychodziło do tych istotnych punktów, to regularnie przejmowała inicjatywę i piłki wygrywała.

W efekcie wygrała cały mecz. A Magdalena Fręch dołączyła do Lindy Klimovicovej i Kamila Majchrzaka. W trzeciej rundzie z kolei na razie jest Magda Linette, ale dołączyć do niej mogą jeszcze Hubert Hurkacz (zagra w nocy ze środy na czwartek, nie przed 3:00) oraz Iga Świątek (wyjdzie na kort nie przed 7:00).

Magdalena Fręch – Jasmine Paolini 2:6, 3:6

Fot. Newspix

Czytaj więcej o tenisie na Weszło:

4 komentarze

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Polecane

Reklama
Reklama